strona główna arrow wywiady arrow Tam nie było zdrady narodowej

Tam żadna ze zwaśnionych stron, ani czarni, ani tym bardziej biali nie działali przeciw własnemu krajowi – z WOJCIECHEM ALBIŃSKIM, urodzonym w Warszawie geodetą i pisarzem (laureatem Nagrody im. Mackiewicza w 2004), który od lat mieszka i pracuje w RPA, rozmawia Waldemar Żyszkiewicz

Tam nie było zdrady narodowej

– Czy Komisja Prawdy i Pojednania w RPA pomogła rozładować konflikty polityczne, czy raczej uśmierzyła chęć odwetu czarnej dyskryminowanej większości?


– Twórcom południowoafrykańskiej Komisji Prawdy i Pojednania (Truth and Reconciliation Commission – TRC) nie przyświecały względy polityczne, lecz głównie moralne i społeczne. Komisja nie powstała, aby ułatwić poszukiwanie politycznych rozwiązań konfliktu między czarnymi i białymi obywatelami RPA. Przeciwnie, to rozwiązania polityczne, które umożliwiły bezkrwawą, negocjacyjną formułę przekazania czarnym władzy sprawowanej dotąd przez białych, stworzyły przesłanki do utworzenia TRC.


– Jak to się odbyło?


– Przejęcie władzy politycznej przez Afrykański Kongres Narodowy (ANC) oznaczało potępienie zasady podziału rasowego, ale dokonało się bez zmiany dotychczasowego systemu ekonomicznego. Zachowano instytucje, od których zależy sprawne funkcjonowanie państwa. Nie można przecież wymienić od ręki całej administracji, jeśli stabilność kraju traktuje się jako wartość nadrzędną.


– Stawką było też pojednanie czarnych i białych.


– Twórcy kompromisu uznali racje moralne obu walczących stron, bez wartościowania kierujących nimi motywów ideowych. Potępili jednak wszelkie drastyczne akty przemocy, bez względu na to, czy dokonywali ich obrońcy apartheidu czy rebelianci z antyrasistowskiej opozycji. Ale nawet sprawcy zabójstw i tortur mogli uzyskać amnestię. Warunkiem było przekonanie komisji, że nie doszło do przekroczenia otrzymanych rozkazów, że popełnione zło wynikało z logiki walki, a nie np. z osobistej nadgorliwości, mściwości czy chęci zysku.


– Kto stawał przed komisją? Jakie motywy skłaniały ludzi do ujawniania swych nagannych czynów?


– Można mówić o trzech kategoriach aplikantów. Jedni chcieli oczyścić sumienie, pozbyć się brzemienia przeszłości. Warto pamiętać, że u podstaw działania TRC legły wyraźne inspiracje chrześcijańskie, a jej pracom przewodzili dwaj duchowni. Innych motywowała zapewne obawa, że winy zostaną i tak ujawnione w toku działań śledczych. Może więc woleli sami wybrać moment, w którym to nastąpi. A tym, którzy już odbywali karę, działalność komisji przyniosła realną szansę uzyskania amnestii.


– Głosy o potrzebie powołania u nas komisji analogicznej do tej, którą kierowali Desmond Tutu i Alex Boraine, skłaniają do refleksji. RPA zrzuciła gorset apartheidu. Polska wychodzi z uzależnionego od sąsiedniego mocarstwa totalitaryzmu. Czy w sytuacji tych dwóch krajów przeważają, Pańskim zdaniem, podobieństwa czy różnice?


– W Republice Południowej Afryki nastąpiło całkowite przejęcie władzy politycznej przez czarnych. Co więcej, zważywszy na strukturę tamtego społeczeństwa, dokonało się ono bezpowrotnie, gdyż procedury demokratyczne praktycznie uniemożliwiają białej mniejszości powrót do władzy. Czarni współobywatele raczej na nich nie będą głosować. Wszystkie wolne wybory partia Nelsona Mandeli (ANC) zdecydowanie wygrywała, uzyskując nawet przeszło 70 proc. poparcia. Natomiast w Polsce tzw. postkomuniści już dwukrotnie po 1989 roku uzyskali demokratyczny mandat do rządzenia krajem.


– Czym to tłumaczyć?


– Może nazbyt zatarła się wyrazistość podziałów... Różnicy między białymi a czarną większością nie sposób ukryć.


– W czasach stalinizmu, potem w latach 80. również w Polsce wyczuwało się wyraźną linię podziału. Z jednej strony byliśmy „my”, z drugiej – „oni, ze Związkiem Radzieckim na czele”.


– W RPA było inaczej. Żadna ze zwaśnionych stron, ani czarni, ani tym bardziej biali nie działali przeciwko własnemu krajowi. Owszem, konflikt osiągał temperaturę nienawiści, a w walce uciekano się nieraz do zbrodni. Ale nie sposób mówić tu o działaniu w interesie obcego mocarstwa. Rządzony przez białych, choć z krzywdą i upośledzeniem czarnej większości, kraj jednak się rozwijał. Powstawała nowoczesna infrastruktura. Nie rabowano naturalnych zasobów, optymalizowano kierunki rozwoju, a bogactwo nie wypływało za granicę. I różnica może najważniejsza: w Polsce lat 80. ani Solidarność, ani ugrupowania opozycyjne nie odwoływały się do przemocy.


– A więc ta analogia kuleje. Czy mimo to Komisja Prawdy i Pojednania mogłaby również u nas odegrać jakąś pozytywną rolę?


– Tak, o ile stałaby się narzędziem ujawniania prawdy o represjach i prześladowaniach, o zdradzie. Trzeba przecież pamiętać, że działalność komisji kierowanej przez arcybiskupa Tutu szła kilkoma nurtami. Prowadzono działania śledcze. Weryfikowano zgłaszane fakty naruszeń praw człowieka. Uruchomiono procedury rehabilitacyjne i odszkodowawcze dla ofiar przemocy lub ich pozostałych przy życiu krewnych.


– Priorytet „ofiary przed prześladowcami” wydaje się właściwy.


– Ale dano też szansę ludziom, którzy mieli krew na rękach. Nie oczekiwano po nich skruchy, za to bezwzględnie żądano prawdy. Dzięki pracom TRC wiele osób dowiedziało się o losach najbliższych, którzy zaginęli bez wieści. Wiele ofiar poznało swych prześladowców. Jednocześnie wielu sprawców amnestionowano, co zresztą wywołało protesty.


– W Polsce roku 2005, gdzie nie udało się dotąd skazać zabójców górników z kopalni Wujek, nawet lustracyjni kłamcy szukają raczej alibi niż amnestii.


– Stanąć twarzą w twarz z ofiarą. Odpowiadać na pytania jej bliskich. Drobiazgowo opisać swój czyn lub czyny. Ujawnić rozkazodawców oraz współsprawców. To wymaga cywilnej odwagi albo poczucia zagrożenia. Nie wiem, czy w dzisiejszej Polsce ustawią się kolejki do świeckiego konfesjonału.

„Tygodnik Solidarność” nr 22, z 3 czerwca 2005