strona główna arrow wywiady arrow RPA albo Rzecz Pospolita Agentów

Zawsze gdy pojawiał się problem lustracji, pojawiał się również szantaż sformułowany przez Jacka Kuronia: jak lustracja, to z ludźmi Kościoła włącznie. I ten szantaż okazywał się skuteczny – z KRZYSZTOFEM WYSZKOWSKIM, działaczem antykomunistycznej opozycji, współzałożycielem Wolnych Związków Zawodowych, doradcą dwóch premierów III RP, rozmawia Waldemar Żyszkiewicz

RPA albo Rzecz Pospolita Agentów

– Wyrok sądu, który ponownie uznał Józefa Oleksego za lustracyjnego kłamcę, oraz „dzika autolustracja”, jaką z wykorzystaniem mediów przeprowadziła na sobie Małgorzata Niezabitowska, znów ożywiły dylemat: lustrować czy nie?


– Widziałem kiedyś program prowadzony przez dziennikarza telewizyjnego, który był tajnym współpracownikiem SB, z udziałem pisarza, agenta SB, i drugiego dziennikarza, który również współpracował ze służbami. No i oni, we trójkę, analizowali sensowność lustracji oraz „zagrożenia”, jakie stanowi ona dla społeczeństwa. Taka jest prawda o przeciwnikach ujawnienia peerelowskiej agentury. Nie mówię tu o osobach politycznie naiwnych, które powinny uważać, w czyim towarzystwie występują, żeby nie stać się tzw. pożytecznymi głupcami sprzyjającymi mimo woli służbom sowieckim. Są również ludzie, tacy jak Adam Michnik, który posiadł tę wiedzę przez nielegalny dostęp do archiwów SB i który teraz może ją wykorzystywać, choćby wobec swego własnego środowiska, wchodząc w ten sposób niejako w buty oficera prowadzącego. Natomiast lustracja uwalnia agentów od ewentualnych nacisków czy rozgrywania ich przez różnego rodzaju szantażystów... Prawda nie jest zagrożeniem dla agentów, wręcz przeciwnie, to nieujawnieni agenci są zagrożeniem dla państwa i narodu.


– Ale co z wiarygodnością archiwów, które pozostały po służbach specjalnych PRL? Niezabitowska twierdzi, że padła ofiarą prowokacji, a zawartość jej teczki to tylko wytwory fantazji funkcjonariusza SB.


– TW „Nowak” został pozyskany do współpracy przy rozpracowywaniu redakcji Tygodnika Solidarność. Za prowadzenie tzw. sprawy obiektowej pod kryptonimem „Walet” odpowiadał czteroosobowy zespół. Wchodzący w jego skład funkcjonariusze nie działali indywidualnie, więc twierdzenie, że oficer prowadzący agenta mógł dowolnie zmyślać treści swych raportów jest absurdalne. Po nakreśleniu sylwetki psychologicznej i odkryciu słabych punktów u osoby wytypowanej do „pozyskania” funkcjonariusz musiał uzyskać na to zgodę całego zespołu oraz swych przełożonych. O ile sam werbunek odbywał się w cztery oczy, o tyle tzw. zadaniowanie, czyli wyznaczanie kolejnych zadań do wykonania, oraz ocena pracy agenta były przeprowadzane zespołowo. Rezultaty tych działań raportowano kierownictwu MSW, w przypadku „TS” raporty raz w tygodniu trafiały na biurka najwyższych osób w państwie. Meldunki szły w górę, instrukcje – w dół. Jakakolwiek próba konfabulacji w tej sprawie musiałaby się skończyć dla funkcjonariusza katastrofą. Z zachowanych materiałów wynika, że Niezabitowska pomagała co najmniej w typowaniu kolegów z redakcji do werbunku.


– Ciekawe, że Niezabitowskiej, która neguje prawdziwość zawartych w jej teczce materiałów, przychodzi w sukurs gen. Gromosław Czempiński.


– Niezabitowska sporo obracała się w środowiskach żydowskich zarówno w Polsce, jak i w USA, dokąd pojechała w 1985. Trzeba pamiętać, że dostęp do tych kręgów zawsze stanowił łakomy kąsek dla sowieckich służb specjalnych. Natomiast zbieżność w czasie spraw Oleksego i Niezabitowskiej to zapewne zwykły przypadek. Są jednak sygnały, dość czytelne dla uważnych obserwatorów, które wskazują na zaniepokojenie w kręgach dawnej peerelowskiej agentury. Powiedziałbym nawet, że trwa szeroka ponaddepartamentalna akcja pod hasłem: agenci wszystkich departamentów łączcie się!


– Po co mieliby to robić?


– Z powodu zagrożenia. Część agentury zbyt łatwo uwierzyła zapewnieniom swych dawnych oficerów prowadzących o zniszczeniu dokumentacji ich współpracy z resortem. I rzeczywiście, tej dokumentacji nie ma w tym sensie, że np. główna teczka Niezabitowskiej zniknęła, bo ktoś ją z ministerstwa wyniósł, ale pozostały jednak inne dokumenty, wystarczające do identyfikacji agenta Nowaka. I teraz cały blok agenturalny, dotąd święcie przekonany, że żadna krzywda mu się nie stanie, występuje jako front odpowiedzialności narodowej...


– Pan oczywiście żartuje...


– Wręcz przeciwnie, oni naprawdę uważają się za dobrych Polaków, szczerych patriotów, którym dzięki kolaboracji z sowietyzmem udało się bezkrwawo rozmontować opresyjny system. Tak, agenci w Polsce chodzą z dumnie podniesionym czołem, nie czują się źle, ani nie mają moralnego kaca. Co więcej, tkwi w tym myśleniu pewne racjonalne jądro, gdyż komuniści z pewnością nie oddaliby władzy środowiskom niepodległościowym i rzeczywiście antykomunistycznym. Broniliby się, doszłoby pewnie do krwawych zajść. Taką próbę sił ostatecznie by przegrali, ale w roku 1989 to wcale jeszcze nie było przesądzone. Rząd Mazowieckiego mógł powstać dzięki „miękkiemu” przebiegowi transformacji i właśnie dzięki wszechobecności aktywnej agentury.


– I za to mamy kochać „grubą kreskę”?


– Nie, nad tym trzeba ubolewać. Te narody, w których elity opozycyjne nie miały charakteru agenturalnego, lepiej wykorzystały swą historyczną szansę. Weźmy, dla przykładu, Czechów. Mają takiego polityka jak Vaclav Klaus. Prawdziwe, głębokie reformy. Mają niepodległe państwo. I listę agentów StB w internecie.


– Mówi Pan, że byli agenci zwierają szeregi. Czy powinniśmy się ich bać?


– Oczywiście wiele się zmieniło, ale system nie rozpadł się do końca. Część agentów odeszła, jednak część nadal jest prowadzona na krótkiej smyczy, ponieważ środowisko byłych funkcjonariuszy służb specjalnych jest zwarte i samo się dyscyplinuje. Dawni oficerowie resortu, obecni we wszystkich strukturach, od tajnych służb, przez policję, aż po najważniejsze instytucje państwa, wciąż mogą sprawować kontrolę, przynajmniej częściowo, nad swą byłą agenturą. I robią to.


– Jakie są rozmiary tego zjawiska? Mówił Pan o stu tysiącach, ale to chyba przesada...


– Nawet dziesiąta część tej liczby stanowi już trwałe poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa, a w chwilach kryzysu może stać się zagrożeniem śmiertelnym. Gdy nawet prezydent Rumunii ujawnia, że kapitał zachodni wspiera postkomunistów, bo ci ułatwiają mu gangsterską prywatyzację, w Polsce mówi się o agentach jako o zbolałych owieczkach. Trzeba również pamiętać, że komplet dokumentacji SB, szczególnie dotyczącej agentury, jest w Moskwie. Każde jednostkowe dossier zawiera materiały do szantażu, portret psychologiczny, nawet analizę stosunków erotycznych. Ci nasi „obrońcy moralności”, którzy nawołują do spalenia archiwów służb peerelowskich, niech dokonają tego najpierw na Łubiance.


– To są dane sprzed 15 lat. Chyba się nieco zdezaktualizowały.


– A kto dziś w Polsce prowadzi wywiadownie gospodarcze, firmy detektywistyczne, ochroniarskie? Głównie byli esbecy, dawni funkcjonariusze służb, którzy na życzenie dysponenta mogą w każdej chwili zaktualizować istotne dane. I ten mechanizm wciąż działa, choć agenci nie składają już raczej meldunków.


– To jaki z nich pożytek?


– Opozycyjny polityk, na którego są tzw. trzymania, to dla postkomunistów wielka gratka. Czy nigdy nie dziwiły pana kłótnie i podziały, działalność rozbijacka, puste albo samobójcze gesty wśród polityków prawicy? Tłumaczenie tego wyłącznie chorobliwymi ambicjami czy brakiem politycznego rozsądku to tylko czarny PR uprawiany przez agenturę dla osłonięcia własnej roli. Od lat 70. służby nie tylko zwalczały ruch antykomunistyczny, ale inicjowały wiele działań i nasyłały stada prowokatorów. Po 1989 niewiele się zmieniło.


– Wróćmy do Tygodnika Solidarność. Kim był TW „Zygmunt”?


– To był kierownik działu technicznego w Tysolu pan Boguszewicz. Ciekawa postać, sam później przyznał mi się do wszystkiego. W stanie wojennym zaprojektował dwa antysolidarnościowe plakaty, m. in. ten z prezydentem Reaganem w płaszczu krzyżackim. Dobry fachowiec, który przyszedł do nas z jakiegoś wydawnictwa wojskowego. Bardzo antysemicko nastawiony, ale potrafił się tak dobrze zamaskować, że Stefan Bratkowski zaprotegował go Mazowieckiemu. Mogę się pochwalić, że w listopadzie 1981 doprowadziłem do usunięcia go z tygodnika. Niestety, po 13 grudnia Wojciech Arkuszewski zaproponował Boguszewiczowi pracę w NOW-ej oraz innych wydawnictwach podziemnych. To dobrze ilustruje skuteczność SB.


– Mówi pan o tym człowieku bez wielkiej sympatii, ale i bez gniewu.


– Mam wiele wyrozumiałości dla agentów, którzy się przyznali do współpracy. Tak, ja z nimi rozmawiam. Nie ma mowy o powrocie do przyjaźni, ale utrzymujemy w miarę normalne, ludzkie stosunki. Czy wyraża się w tym chrześcijańska postawa miłosierdzia? W Polsce nie trzeba do tego nikogo specjalnie namawiać. Arcybiskup Życiński, postulując miłosierdzie dla agentów, mistyfikuje problem. Polakom nie brakuje miłosierdzia dla zdrajców, lecz rozsądnej troski o bezpieczeństwo państwa, niszczonego i rozkradanego przez dawnych agentów, którzy służą każdemu, kto tylko ma o nich „wrażliwą” wiedzę... Zaproponowana przez lubelskiego metropolitę instytucja pojednawcza miałaby sens o tyle, o ile naśladowałaby swój południowoafrykański pierwowzór. A istotą procedury przed Komisją Prawdy i Pojednania w RPA nie było bynajmniej okazywanie skruchy ani moralna ekspiacja, lecz pełne wyznanie wszystkich okoliczności swej winy. Wskazanie motywów oraz ewentualnych wspólników. Raczej prawda o nagannym czynie niż relatywizowanie jego szkodliwości. Warto pamiętać, że np. Januszowi Walusiowi, zabójcy Chrisa Haniego, nie udało się przez to przebrnąć. Uznano, że nie był dość szczery.


– Wersja Niezabitowskiej też raczej nie przekonuje...


– Ale ona sama potrafi być bardzo perswazyjna. W wywiadzie radiowym, udzielonym w przeddzień Wigilii dla Tok FM, daje wyraźnie do zrozumienia, że jeśli pójdzie na dno, to w dobrym towarzystwie. Proszę posłuchać: „ (...) przede wszystkim zginęły teczki: Mazowieckiego, Balcerowicza i wszystkich innych członków Solidarności. Czyli co? Tamte teczki się nie znalazły. Równie dobrze można powiedzieć, że dlatego, że w tamtych teczkach była wiedza o tym, że byli współpracownikami... Po co zabrać teczkę Mazowieckiego? Czy tam było coś złego? Jestem pewna, że jeśli chodzi o pana Tadeusza Mazowieckiego, nie było nic złego, natomiast czy tam czegoś nie wrobiono panu Tadeuszowi... to jest zupełnie co innego”.


– Tak brzmi zawoalowana groźba...


– Nazwałbym to obroną przez atak. Niezabitowska ostrzega, że nie ma zamiaru zostać jedyną ofiarą tej lustracyjnej zawieruchy. Pamiętajmy, że na liście agentów byli prezydent, premier, marszałek Sejmu. Całe kierownictwo państwa było na tej liście. Zawsze gdy pojawiał się problem lustracji, pojawiał się również szantaż sformułowany przez Jacka Kuronia – jak lustracja, to z ludźmi Kościoła włącznie. I ten szantaż okazywał się skuteczny. Mam powody, aby sądzić, że ten egzotyczny sojusz agentury laickiej i kościelnej odnowiony wspólnym, wielkim strachem zamierza z pomocą nowego rzecznika interesu publicznego doprowadzić do skompromitowania idei lustracji.


– W jaki sposób?


– Wystarczy, że oficerowie prowadzący będą konsekwentnie twierdzić przed sądem lustracyjnym, że dokumenty były fałszowane. Okazało się to skuteczne w przypadku Aleksandra Kwaśniewskiego, mimo iż sąd twierdził, że wpis o jego agenturalności był prawdziwy. Wpis prawdziwy, a agent nieprawdziwy! Zabawne, że wbrew temu, co mówi gen. Czempiński, który usiłuje w tym celu wykorzystać przypadek marszałka Chrzanowskiego, sam Chrzanowski potwierdził prawdziwość obciążającej go dokumentacji, co dobrze świadczy o jego uczciwości i odwadze cywilnej.


– Wspomniał pan o agenturze kościelnej...


– Kościół katolicki w PRL stale był na celowniku służb. Paradoksalnie jednak, duchowni stanowili najmniej zinfiltrowane środowisko. Liczba pozyskanych sięgała 10 proc., ale tej lojalnej, ściśle dyspozycyjnej agentury nie było więcej niż 5-7 proc. I to raczej na dole niż na górze. Podczas gdy np. wśród dziennikarzy agenturalność sięgała 60 proc., a piramida wpływów była odwrócona. Im wyżej w hierarchii, tym większe nasycenie agenturą. Judasz to zaledwie jeden agent na dwunastu apostołów. Niby niewiele, ale zdrada w Kościele zawsze bardziej boli. Warto też pamiętać, że jako zdrajcę wskazał go sam Chrystus... Wybaczył oprawcom, którzy go przybijali do krzyża. Zbudował swój Kościół na Piotrze, który się go trzykrotnie zaparł. Ale ucznia-zdrajcy od sznura nie uwolnił.

„Nasza Polska” nr 3, z 18 stycznia 2005