strona główna arrow wywiady arrow Żyć dobrze, być u siebie

Dziś, gdy gospodarcze i polityczne gry dawnej agentury przerodziły się już w jawną wojnę zrekomunizowanych służb, zaniepokojeni stanem rzeczy wydają się nawet ci, którzy potrzebę lustracji nazywali wtedy wymysłem nieodpowiedzialnych oszołomów – z ANDRZEJEM NOWAKIEM, historykiem, redaktorem naczelnym „Arcanów”, rozmawia Waldemar Żyszkiewicz

Żyć dobrze, być u siebie

– Mija piętnaście lat od pamiętnych wyborów z czerwca 1989 roku. Co przez ten czas stało się z państwem polskim? W jakiej kondycji jest dziś III Rzeczpospolita?


– Nie ulega wątpliwości, że państwo jest w złym stanie. To jeszcze nie katastrofa, nie jakiś ostateczny zawał. Mamy jednak do czynienia z poważnym kryzysem. Po części, uwarunkowanym obiektywnie, ale w dużej mierze wywołanym błędami o charakterze politycznym. Trzeba pamiętać, że zmiana struktury władzy w Polsce po roku 1989 dokonywała się pod dyktando ukrytych gospodarczych i agenturalnych wpływów ludzi dawnego systemu, dziś zwanych postkomunistami. Drogę do przejęcia kontroli nad gospodarką otworzyły im ustawy uwłaszczeniowe przyjęte jeszcze za rządów premiera Rakowskiego. A układ przy „okrągłym stole” dopełnił reszty.


– Co było istotą tego paktu?


– Gruba kreska. W praktyce politycznej premiera Tadeusza Mazowieckiego to werbalne „odcięcie się grubą linią od przeszłości” oznaczało pełną zgodę na funkcjonowanie peerelowskiej agentury w życiu publicznym III RP, bez jakiejkolwiek możliwości jej wyeliminowania. Jeszcze mocniej symbolizuje tę politykę osoba ówczesnego wiceministra, później ministra spraw wewnętrznych Krzysztofa Kozłowskiego. Dziś, gdy gospodarcze i polityczne gry dawnej agentury przerodziły się już w jawną wojnę zrekomunizowanych służb, zaniepokojeni stanem rzeczy wydają się nawet ci, którzy potrzebę lustracji nazywali wtedy wymysłem nieodpowiedzialnych oszołomów.


– Obecnie środowisko polityczne Mazowieckiego nie neguje już sensu lustracji, tylko podkreśla ówczesną niemożność jej przeprowadzenia.


– Pierwszy rząd po przełomie, po upadku starego reżymu, zawsze ma największą swobodę działania, to ogólna prawidłowość dobrze znana historykom. Z wiedzy źródłowej, jaką już dziś dysponujemy, wynika jasno, że ekipa Mazowieckiego mogła rozmontować układy przygotowywane w ostatniej fazie komunizmu. Mogła, ale nie zrobiła tego. Zamiast kierować się poczuciem odpowiedzialności wobec wyborców, którzy 4 czerwca 1989 roku zapewnili jej mandat do rządzenia, postanowiła bronić ustaleń „okrągłego stołu”.


– Bronić jak niepodległości? Czy jak socjalizmu?


– Elity polityczne opozycji, przynajmniej te, które strona rządowa wybrała sobie za partnerów do rozmów, nie chciały i nie umiały wziąć władzy z rąk komunistów. Otwarcie przyznawał to np. Bronisław Geremek. W efekcie zaakceptowano chory układ – nominalna władza przy braku efektywnych narzędzi jej sprawowania. Skutki są czytelne: brak kontroli nad wielką częścią realnych procesów gospodarczych, naganny styk kapitału z władzą, czyniący z polityków narzędzie grup interesu, wreszcie obszar powiązań ze służbami, czyli słynne teczki. Jeśli podejrzenia o agenturalność dotyczą najwyższych funkcjonariuszy państwa w ciągu całych piętnastu lat, to chyba nadal mocno tkwimy w minionym okresie.


– Powiedział pan, że to strona rządowa dobierała sobie partnerów do „okrągłostołowego” kontraktu. Według jakich kryteriów?


– Tzw. stronę solidarnościowo-opozycyjną stanowili przy „okrągłym stole” ci, którzy zostali wybrani na naszych reprezentantów. Ale przecież myśmy ich nie wybierali. Przeciwnie, to dopiero negocjacje „okrągłego stołu” uczyniły ich naszymi reprezentantami. Generał Kiszczak, który był architektem tego porozumienia, nie szukał bynajmniej trudnych rozmówców, lecz raczej ludzi, którzy z punktu widzenia władzy mogli stanowić najwygodniejszych przeciwników.


– Byłych towarzyszy?


– Niekoniecznie. Raczej ówczesnych lub byłych agentów, ludzi złamanych, na których są kompromitujące papiery. Również takich, którzy w swej bohaterskiej skądinąd biografii mieli tragiczny epizod współpracy ze służbami PRL.


– Czy rodowód nowych elit władzy odcisnął swe piętno na III RP?


– Przede wszystkim, zapewnił przejęcie rządu dusz przez jedną opcję ideologiczną. Szefem Radiokomitetu, mającego wówczas status monopolisty w zakresie mediów elektronicznych, Mazowiecki mianował Andrzeja Drawicza. Wyobraźnią zbiorową Polaków miał kierować świetny tłumacz i wybitny znawca literatury rosyjskiej, niestety człowiek agenturalnie uwikłany. Szeroko kolportowano wtedy porzekadło Drawicza o legitymacji partyjnej zostawianej na portierni... Mniej znana jest za to np. jego instrukcja wewnętrzna z grudnia 1989, aby dziennikarze, komentując rocznicę stanu wojennego, starali się równo rozkładać racje między tych, którzy strzelali, oraz tych, do których strzelano.


– To rzeczywiście chybiona nominacja...


– Albo niezwykle celna, ocena zależy od obranej strategii. Zwłaszcza że doradcami prezesa Drawicza ds. telewizji zostali Lew Rywin oraz... Jan Dworak! Ten sam, który od blisko trzech miesięcy znów kieruje TVP!


– Za krótka ławka rezerwowych?


– Nie, raczej przejaw konsekwencji, z jaką elity polityczne III RP starały się zaniżać samoocenę Polaków i zmieniać ich stosunek do tradycji narodowych. W myśl tej koncepcji, uporczywie lansowanej po 1989, to nie komunizm był zły, ale Polska jest zła. Źli są Polacy. Co więcej, Polak jest nieudolny, Polak nie potrafi. Jest zaledwie półdzikim stworzeniem, które dopiero dzięki surowej tresurze, po opanowaniu zachodnich wzorców, zostanie przystosowane do życia w cywilizowanym świecie.


– A tysiąc lat tradycji, a katolicyzm?


– To, według postępowców, tylko okowy zacofania, ignorancji, szowinizmu. Złe dziedzictwo, z którego musimy się wyzwolić. Podobnie jak z fatalnych tradycji politycznych. Nawet pozornie życzliwy Polsce Timothy Garton Ash zagrożenie dla przyszłości UE widzi w... tradycjach polskiego sejmikowania w XVII stuleciu. Ale cóż ten dziennikarz z Oxfordu wie o siedemnastowiecznej Polsce i jej cnotach republikańskich? Zna jedynie nieprzychylne nam stereotypy wyniesione z lektury Gazety Wyborczej oraz Tygodnika Powszechnego, medialnego tandemu, którego rolę w procesie „amputacji” świadomości historycznej Polaków trudno wprost przecenić.


– Obrzydzanie i negowanie polskich tradycji, owo „wyprowadzanie Polaka z Polaka”, jak powiedziałby Gombrowicz, musiało mieć jakiś cel...


– Szło o unieważnienie naszego ogromnego sukcesu, o przekreślenie dziedzictwa Solidarności. Z bohaterskim stoczniowcem, z uczestnikiem Sierpnia 1980 roku wypadałoby się liczyć, natomiast pijanego robola można całkiem bezkarnie wypchnąć na bezrobocie. Polityka Balcerowicza najlepiej ilustruje stosunek państwa do ogromnej rzeszy ludzi pracy najemnej w III RP. Natomiast sprawdzianem nowego patriotyzmu miała być umiejętność zdobycia pierwszego miliona. Mniejsza o to, jakim sposobem.


– Miała być. A więc już nie jest?


– Obserwuję pewne objawy otrzeźwienia. Nawet Tygodnik Wprost, w którym przez lata lansowano model cynicznego dorobkiewicza jako tzw. Nowego Polaka, zaczyna nawiązywać do wcześniej opluwanych przez siebie wartości tradycyjnych. Wymusztrowany po europejsku polski inteligent po referendum akcesyjnym chyba wreszcie pojął, że tam nikt specjalnie na niego nie czeka. I zmęczony skrajną propagandą prounijną pragnie powrócić do siebie, do Polski. A wydawca doskonale wie, jak trudno sprzedawać 200 czy 300 tys. egzemplarzy tygodniowo, pisząc wciąż przeciwko odbiorcy...


– Proszę wskazać jakieś mocniejsze symptomy nadziei.


– Po latach przymusowego małpowania zachodu, po latach głoszenia przegranej Polski walkowerem na wszystkich niemal polach, w czym celował np. Andrzej Olechowski, politycy III RP uznali, że warto jednak zdefiniować nasz interes narodowy i podjąć się jego obrony. Zwłaszcza w starciu z bardzo egoistycznie akcentowanymi interesami narodowymi Francji, Niemiec czy innych krajów współtworzących UE. Okazuje się więc, że mimo „nauczania” Tygodnika Powszechnego oraz Gazety Wyborczej istnieją polskie wartości, istnieją polskie interesy, których należy bronić na arenie międzynarodowej.


– Jak ratować państwo polskie? Czy da się jeszcze to zrobić?


– Błędy polityczne można naprawić, bo ich skutki są odwracalne. Oczywiście, po integracji z UE margines swobody będzie znacznie mniejszy. Ale podstawą musi być powrót do godnego uprawiania polityki. Trzeba przywrócić więź między władzą a obywatelami, więź jednostronnie zerwaną przez zlekceważenie rzeczywistego wyniku wyborów z czerwca 1989. Po tej lekcji, po wielu następnych – odmowa uczestnictwa w wyborach jest dowodem poczucia realizmu wyborców. Gorzkim dowodem, że w Polsce nie da się niczego zrobić bez Polaków. Ani wbrew Polakom.


– Nawet zaprowadzić dobrobytu?


– Tu nie idzie wyłącznie o dobrobyt. Pod obcymi rządami nieraz żyło się nam lepiej. Ale nie byliśmy u siebie. Ma być nam dobrze, u siebie.

„Tygodnik Solidarność” nr 22, z 28 maja 2004