strona główna arrow kultura arrow Antynomie świadomości postmodernej

Waldemara Łysiaka interesuje prawda, co do tego nie ma wątpliwości. Prawda historyczna, społeczno-polityczna, artystyczna. Ale dla Łysiaka, pisarza i myśliciela, architekta i wytrawnego znawcy malarstwa, ważna jest nie tylko rzetelność poczynionych rozpoznań, a w konsekwencji – trafność formułowanych sądów. To, co zadowoliłoby chłodnego i sceptycznego intelektualistę, nie wystarcza bowiem historiozofowi czy moraliście, dla którego Prawda, jeden z czynników współtworzących rzeczywistość, ma istotną moc sprawczą. W takim ontologicznym ujęciu Prawda, czy szerzej: wartości w ogóle – współtworzą i dookreślają strukturę tego, co istnieje. Kreują ład aksjologiczny. Jednak współczesny człowiek, zamiast żyć podług wartości, często je neguje. Łysiak, w swej najnowszej książce, przed taką nieroztropnością gromko nas przestrzega, z uporem tropiąc powszechne dziś

Antynomie świadomości postmodernej

Przez całą dziewiątą dekadę kończącego się właśnie stulecia najmocniejszą „walutę” na coniedzielnej giełdzie książek na krakowskich Grzegórzkach, obok „Ennead” Plotyna czy innych rzadkich tytułów z Biblioteki Klasyków Filozofii, stanowiły kolejne pozycje pióra Waldemara Łysiaka, po części wydawane zresztą wówczas właśnie w Krakowie. W tamtym czasie krakowska giełda wprowadzała na rynek całkiem nowe tytuły, niejednokrotnie wygrywając z księgarniami „Domu Książki” bitwę o czytelnika złaknionego absolutnych nowości. Ale żeby kupić po przyzwoitej cenie „Szachistę”, „Flet z mandragory”, „MW”, „Milczące psy”, czy „Dobrego”, trzeba było przyjść rano, ewentualnie zamówić egzemplarz u znajomego dostawcy. Dla handlujących każdy „nowy Łysiak” oznaczał po prostu „dobre przebicie”. I nikt z bywalców giełdy nie wątpił, że w kategorii pokupności książek autor z Saskiej Kępy bije na głowę galicyjskiego Stanisława Lema, który zresztą, zdegustowany niewygodami życia w stanie wojennym, lata 80. spędził głównie w Wiedniu. Wspominam o tym, w związku z niedawną nieszczęsną kompromitacją rankingową „Rzeczpospolitej”, która –ignorując realne dane o wysokości sprzedanych nakładów – zdegradowała Łysiaka, przyznając miano zwycięzcy rankingu właśnie Lemowi.

Jednak ludzie chętniej kupują i czytają książki Łysiaka niż Lema. Czy jest sens pytać dlaczego? Chyba jednak tak. Albowiem zarówno Lem i Łysiak, kiedyś całkiem przecież różni pisarze, dziś przede wszystkim kreślą wyrazisty komentarz do naszej lokalnej i globalnej codzienności: politycznej, społecznej, cywilizacyjnej. I obaj są nadzwyczaj krytyczni w prezentowanych ocenach. A przecież nie znaczy to wcale, że ich diagnozy się pokrywają. Pisarzy różnią, co łatwo zrozumieć, wybory polityczne i względy pokoleniowe, ale być może najistotniejsza jest tu różnica postawy. O ile Łysiak, wyznawca tradycyjnego systemu wartości, na widok demontażu aksjologicznych podstaw cywilizacji łacińskiej wybucha, co naturalne i zasadne, świętym oburzeniem, o tyle mocno dziś pesymistyczny Lem, kiedyś przecież zapalony nowinkarz i futurolog, wygłasza swoje dość kategoryczne sądy z miną psotnego chłopca, który doskonale wie, że po utracie ostatniej nogi pchła przestaje słyszeć.

Stulecie morderców

Pomysł był w zasadzie prosty, choć niezmiernie zobowiązujący. Podsumować (w zakresie ideologii politycznych i naukowych) wiek dwudziesty, a także naszkicować linie rozwojowe procesów antycywilizacyjnych u schyłku drugiego tysiąclecia po Chrystusie. „Stulecie kłamców” jest kompetentną i wartką, a zarazem bardzo osobistą, próbą realizacji tego dość karkołomnego zamierzenia. I, dopowiedzmy od razu, próbą udaną, w czym oczywiście ma swój znaczący udział transdyscyplinarna erudycja pisarza. Ale sama, nawet najbardziej rozległa, wiedza nie wystarczy, aby trafnie i na bieżąco interpretować złożone procesy społeczno-cywilizacyjne. Diagnozowanie rzeczywistości wymaga twórczego wykorzystania tego, co się wie. Waldemar Łysiak nie tylko tę sztukę posiadł, ale dorzucił do niej intuicję i przenikliwość badacza, pasję moralisty, odwagę cywilną oraz niebagatelny talent literacki. Jego książki traktują o rzeczach najważniejszych, odpowiadając na tak powszechny dziś głód prawdy. Ludzie odnajdują w nich obraz świata, który nie kłóci się z ich prywatnym doświadczeniem. A opinie i oceny autora korespondują z odczuciami i przeświadczeniami czytelnika. Łysiak jest po prostu wiarygodny. Nie żongluje znaczeniami, nie igra z prawdą. I choć bilans dwudziestego wieku wypada w jego ujęciu wprost fatalnie, to prezentowana przezeń postawa pozwala wciąż zachować nadzieję.

Według Łysiaka, kończące się właśnie stulecie jest mało pociągające. Jeśli się czymś wyróżniło, to głównie ludobójstwem na niespotykaną dotąd skalę oraz wszechobecnością kłamstwa. U podstaw europejskiej nowożytności legły kłamliwe mitologie postępu i ewolucji. A bogate instrumentarium fałszywie pojętej polityki (na czele z „wojną”, „pacyfizmem” i „demokracją”), skłamane ideologie totalitarne, fałsze propagandy bieżącej, wreszcie nieprawdziwa, bo pozbawiona autentyzmu, kultura masowa – dopełniają ogromu zniszczeń. „Książka, którą właśnie trzymacie w dłoni, jest oskarżeniem koronnych łgarstw XX wieku - tych, co tworzą fundament i tron kultu przeniewierstwa, szalbierstwa, oszczerstwa, słowem każdego demiurgicznego gwałtu na prawdzie dla budowania Zła, czyli gangrenowania świata” – oto zapowiedziany we wstępie i konsekwentnie zrealizowany przez autora program tej publikacji, która równie dobrze mogłaby nosić tytuł „Stulecie ludobójców”.

Ze swadą i odważnie

Przeprowadzona przez Łysiaka, jak zawsze ze swadą i temperamentem, intelektualna lustracja właściwie wszystkich dziedzin życia zbiorowego skłania do poważnej refleksji. Niemal wszystko, w co wierzą ponowocześni uczestnicy cywilizacji euro-atlantyckiej, opiera się na kłamstwie, błędzie, przeinaczeniu. Cała sfera sensu zbiorowego ocieka fałszem. Szkoła, media, kultura faszerują nas kłamstwem od kołyski aż po grób. A my, wychowywani w kłamliwych i wzajemnie sprzecznych kultach darwinowskiej ewolucji i marksowsko-leninowskiej rewolucji, coraz bardziej tracimy instynkt prawdy. Ogarnia nas kłamstwo polityki, zalewa kłamstwo rozpanoszonego w światowych mediach i wielu międzynarodowych organizacjach lewactwa, deprawuje fałsz relatywizmu i powszechnego przyzwolenia na zło. Uczciwość cierpi z powodu niesprawiedliwości umocowanej w arbitralnie stanowionym prawie. Ofiarą globalnie dystrybuowanej nieprawdy padają tak podstawowe struktury ludzkich społeczeństw, jak naród i rodzina. A najbardziej pożądanym celem ludobójczego amoku są w naszym stuleciu katolicy. I nie narodzone dzieci. Takie stwierdzenia, o ile w ogóle pojawiają się w przestrzeni publicznej, opatruje się zwykle asekuracyjną formułą, która w tym przypadku powinna brzmieć: „według Łysiaka” lub „zdaniem autora”. Rzecz jednak w tym , że to nie są opinie, lecz fakty. Waldemar Łysiak umie do nich dotrzeć i nie waha się mówić o nich otwartym tekstem. Za to nie znoszą go dystrybutorzy koncesjonowanej wykładni dziejów. Właśnie za to wielbią go czytelnicy.

Łysiak jest odważny. Wtedy gdy zdecydowanie przeciwstawia się antypolskiej kampanii prowadzonej przez agresywne i wpływowe środowiska żydowskie, które w myśl sentencji: „Wielka masa ludzka łatwiej padnie ofiarą wielkiego kłamstwa niż drobnego fałszu” usiłują całą odpowiedzialność za zagładę Żydów podczas II wojny światowej przerzucić z Niemców na Polaków. I gdy niemal w pojedynkę przeciwstawia się niezgodnej z międzynarodowym prawem interwencji NATO w Kosowie, obnażając przy okazji militarną lichość tej antyserbskiej krucjaty. Być może jednak jeszcze większej odwagi wymaga np. postawienie takiej diagnozy: „Polska od 60 już lat należy do tych paskudnych krajów, w których istnieje prawo, ale nie istnieje sprawiedliwość. Gdy wokół trupa zabitego nożem zostaje umyte dla zatarcia śladów dosłownie wszystko, a Wajdówna, właścicielka dworku, gdzie to się przy niej lub dzięki niej stało, nie zostaje objęta dochodzeniem śledczo-prokuratorskim, bo jest córką najsławniejszego polskiego reżysera – to równa się pluciu przez władzę na elementarną sprawiedliwość! To mówienie: prawo obowiązuje tylko maluczkich i frajerów, a szychy są ponad prawem”. Na taką egzemplifikację relatywizmu moralnego i niepraworządności pozwala sobie w Polsce, oprócz Łysiaka, jedynie Krzysztof Kąkolewski.

Osobisty nieprzyjaciel postmodernizmu

Niezborność poglądów, dysonans poznawczy, sprzeczność głoszonych tez – któżby zaprzątał sobie uwagę takimi drobiazgami w epoce szalejącej demokracji, skłonnej każdemu przyznać prawo do hołubienia „swojej własnej prawdy”?! A jednak nadal zdarzają się tacy ekscentrycy, w rodzaju Łysiaka właśnie, których dziwi absolutna wyrozumiałość dla morderców, zwykle zresztą stowarzyszona z nieprzejednaną wolą uśmiercania nienarodzonych. Dlaczego państwo – zastanawia się autor „Perfidii” – jedno ze swych istotnych uprawnień, a nawet obowiązek wynikający z troski o powierzonych swej pieczy obywateli, miałoby cedować w ręce mafiosów, gangsterów i innych „terminatorów”, zamiast pozostać przy sprawdzonej przez kilkaset lat praktyki instytucji kata. Postępowo-sentymentalna argumentacja przeciwko karze głównej w ogóle nie wytrzymuje krytyki. Wystarczy zresztą porównać liczbę śmiertelnych (i niewinnych) ofiar spowodowanych rezygnacją z kary śmierci z liczbą wykonywanych wcześniej wyroków. Od kiedy się jej nie stosuje, życie ludzkie bardzo potaniało. Zresztą dopuszczalność kary śmierci powagą swego magisterium potwierdza Kościół katolicki (patrz: najnowszy Katechizm, jedno z głównych dzieł pontyfikatu Jana Pawła II). Po prostu, kodeksowa obecność kary śmierci lepiej chroni życie niż jej brak.

Łysiak jest wybornym obserwatorem i wszędobylskim szperaczem. Obdarzony świetną pamięcią i językowym wyczuciem ma zdolność gromadzenia faktów i drobiażdżków, często o posmaku anegdotycznym. Stawia mocne, prowokacyjnie brzmiące tezy. Swego przekonania o ich słuszności dowodzi, operując szerokim spektrum argumentów, przykładów, cytatów, ilustracji. Imponuje rozległością lektur, która wydaje się wręcz przekraczać ludzkie możliwości. Wszystkiemu, czym się zajmuje, najwyraźniej oddaje się z pasją, która tłumaczy i Panałysiakową tytaniczną pracowitość, i bezkompromisowość, i dbałość o najmniejszy szczegół komponowanej całości. A źródłem tej pasji wydaje się być staromodne przywiązanie do prawdy.

„Prawda przeciw światu”. Waldemar Łysiak deklaruje wierność tej staroceltyckiej dewizie. Ale dziś takie postawy nie są w modzie. Nie sprzyjają im zwolennicy globalizacji, a współczesne areopagi, czyli prasa, media elektroniczne oraz część uczonych, często działają według postmodernistycznej zasady: świat przeciw prawdzie. Pozostaje jednak nadzieja, że dzięki odwadze społeczności trwających przy tradycji i niezłomności jednostek upierających się przy prawdzie, ocaleją ludzkie rodziny i narody, a także cywilizowana forma ich bytowania, czyli państwo narodowe. „Zadecydują siły motoryczne kierujące rejsem ludzkości w tym pierwszym wieku trzeciego tysiąclecia. Jeśli będzie to uparte dążenie do takich celów, jak wolność, sprawiedliwość, przyzwoitość – nie «umrą» ani bogowie, ani narody” – brzmi konkluzja pisarza, któremu jako wyznawcy Prawdy fatalizm przecież nie przystoi.

Reszta jest lekturą.


Waldemar Łysiak, “Stulecie kłamców”, Wydawnictwo Andrzej Frukacz, Chicago - Warszawa 2000.


„Tygodnik Solidarność” nr 44, z 3 listopada 2000