strona główna arrow portrety arrow Magnifika Ćwierczakiewiczowa

Jej dzieło trafiło pod strzechy i wpłynęło na życie Polaków, gdyż – jak słusznie twierdzi Anthelme Brillat-Savarin, autor słynnej „Fizjologii smaku” – losy narodów zależą od ich sposobu odżywiania się.

Magnifika Ćwierczakiewiczowa

Zamiarem autorki bestsellerów kulinarnych wydawanych w drugiej połowie XIX wieku było upowszechnienie racjonalnych i bardziej oszczędnych sposobów żywienia, oraz unowocześnienie gospodarstwa domowego. Masowe uprawy ziemniaka i buraka cukrowego odmieniły oblicze rolnictwa. Pojawiły się pierwociny chemii spożywczej. Wykształceni potomkowie ubożejącego ziemiaństwa zaczynali tworzyć nową warstwę społeczną nazwaną później inteligencją pracującą. I poszukiwali właściwego sobie wyrazu racjonalności, postępu, higieny. Także w zakresie żywienia.

Przepisy Ćwierczakiewiczowej znakomicie łączyły tradycję z nowoczesnością. Stąd ogromny, jak na tamte czasy, sukces wydawniczy i finansowy jej poradników. „Żonom zawsze powtarzam, że smacznie przyrządzony obiad jest podstawą szczęścia domowego i dobrego humoru męża” – pisała autorka we wstępie do dwudziestego wydania słynnych „365 obiadów za 5 złotych”, które już w XIX wieku przekroczyły liczbę stu tysięcy sprzedanych egzemplarzy. Znawca przedmiotu Jan Kalkowski, w znakomitym wstępie do współczesnych wydań tej książki, stawia kropkę nad i: „Nakładami przewyższała klasyków z Mickiewiczem i Słowackim, a honorariami «Potop» Sienkiewicza czy «Faraona» Prusa”!

Jarząbki, bekasy, kwiczoły

Lucyna z von Bachmanów, primo voto Staszewska, secundo voto Ćwierczakiewiczowa, urodziła się w 1929 roku w Warszawie, zmarła tamże 26 lutego 1901. Pochodziła z rodziny, której członków miano za ekstrawagantów. Bachmanówna, córka wojskowego, temperament najwyraźniej odziedziczyła po swych przodkach. Po rozstaniu z pierwszym mężem Stefanem, obywatelem ziemskim, wyszła za inżyniera Stanisława. I miała niespełna trzydziestkę, gdy „Jedyne praktyczne przepisy wszelkich zapasów spiżarnianych oraz pieczenia ciast” (1858) ukazały się w sprzedaży.

W dwa lata później własnym sumptem wydała wspomniane już swoje opus magnum, w którym oprócz przepisów na smakowite zupy, sosy, pasztety, ryby, mięsa, leguminy, kremy, kompoty i sałaty, pomieściła też „szczegółowe dyspozycje obiadów” na cały rok. Autorka brała pod uwagę zarówno sezonową dostępność surowca, jak i charakter okresu, przewidując np. w marcu i kwietniu obiady postne trzy razy tygodniowo. Ale już w lecie pozwalała dogadzać podniebieniu. „Barszcz czysty z pulpetami z mięsa – Sztuka mięsa rumiana z kartoflami – Bekasy pieczone z kompotem z wisien – Budyń z szodonem” – oto menu obiadowe proponowane przez Ćwierczakiewiczową na 31 dzień lipca!

Obiady miały być zasadniczo czterodaniowe, ale nawet ograniczenie ich do trzech dań przez osoby „prowadzące oszczędniejszą kuchnię” wcale – zdaniem autorki – nie niweczyło sensu przemyślanej kompozycji kulinarnej jako całości.

Kolęda dla Gospodyń

Zanim jeszcze Ćwierczakiewiczowa, gorąca propagatorka zawodowej pracy kobiet, stała się instytucją, już trafiła do anegdoty. Obfitym źródłem przyczynków do jej biografii są „Kroniki Tygodniowe” Bolesława Prusa, który był również życzliwie krytycznym recenzentem wydawanych przez panią Lucynę od 1876 roku „Kolęd dla Gospodyń”, czyli wydawnictw o charakterze kalendarzy tematycznych. Prus, który kolejne tomy „Kolęd...” otrzymywał od autorki gratisowo, wraz z promocyjnym słoikiem słynnych marynat czy konfitur, chwalił jej porady kulinarne i gospodarcze, natomiast z zamieszczanych tam produkcji literackich zwykle łagodnie pokpiwał.

Ma rację Waldemar Łysiak, praktyk i teoretyk współczesnego bibliofilstwa, gdy twierdzi, że prawdziwym rarytasem dla kolekcjonerów bywają często „zaczytywane na śmierć” wydawnictwa najpopularniejsze. Mimo wysokich nakładów i częstych wznowień stare wydania książek i poradników Ćwierczakiewiczowej należą do rzadkości. A kompletem wydawanych przez nią kalendarzy nie dysponuje dziś nawet Biblioteka Narodowa.

W Tatrach i na schodach

Włodzimierz Zagórski, w wydanej w 1896 roku fantazji humorystycznej „W wieku XX”, przywołał dobrze znaną w Warszawie, nie tylko z talentów kulinarnych, ale również z obfitej tuszy, postać Ćwierczakiewiczowej. Wyobraźnia pisarza wykreowała taką oto scenę: bywalcy modnej warszawskiej cukierni Lourse’a, mieszczącej się w gmachu Hotelu Europejskiego przy Krakowskim Przedmieściu, dzięki innowacjom technicznym (elektro-tele-fotoskop!) mogą oglądać autorkę słynnych przepisów zrywającą szarotki gdzieś wysoko w Tatrach! Jakże musiało to śmieszyć tych, którzy wiedzieli, że dla autorki „365 obiadów” wyzwaniem były schody w kamienicy, w której mieszkała.

Schodziła po nich wprawdzie tyłem, ale jeszcze samodzielnie. Natomiast drogę powrotną odbywała siedząc w fotelu, wnoszonym (za opłatą) przez stróża, któremu pomagał jakiś doproszony do pomocy osiłek... Ot, ofiara apetytu na propagowane przez siebie, wcześniej osobiście „przetestowane” smakołyki!

Rok 1862

Prawdziwie eksponowane miejsce w literaturze pani Lucyna zawdzięcza jednak Zofii Kossak-Szczuckiej. A także swej niepokornej naturze oraz niewyparzonemu językowi. W ukończonym na trzy lata przed śmiercią „Dziedzictwie” pisarka przywołuje głośną opowieść o tym, jak w dobie poprzedzającej Powstanie Styczniowe patriotycznie usposobiona Ćwierciakiewiczowa (Zofia Kossak używa takiej, bardzo popularnej, choć nieprawidłowej formy jej nazwiska) wygarnęła w katedrze nowo mianowanemu metropolicie, co o nim sądzi.

W rok później, gdy odwołany za nieposłuszeństwo wobec władz carskich arcybiskup Zygmunt Szczęsny Feliński szykował się do wyjazdu na wieloletnie zesłanie, warszawiacy żegnali go ze łzami w oczach. Ale gdy w lutym 1862 roku obejmował metropolię, nie tylko lud, lecz nawet część kapłanów szemrała przeciwko niemu. Ironia losu sprawiła, że wzywał wiernych, aby nie intonowali w świątyniach pieśni „Boże coś Polskę...”, do której słowa napisał jego stryj Alojzy. Wtedy mówiono, że więcej w nim z „generała kozackiego przebranego w suknię duchowną” niż z syna zesłanki syberyjskiej Ewy Felińskiej, uczestnika Powstania Wielkopolskiego w 1848 roku czy bliskiego przyjaciela Słowackiego...

Ćwierczakiewiczowa czy ktoś inny?

Jeśli nawet radykalnie usposobieni kapłani pisali pamflety na nowego metropolitę, to cóż się dziwić zapalczywej pani Lucynie, która miała go nazwać „powolnym sługą carskim” i przekląć „do trzeciego pokolenia”. Scena nakreślona przez Zofię Kossak, mimo dużych walorów dramaturgicznych – potężna jejmość sunąca w czarnej sukni przez opustoszałą nawę Katedry Świętego Jana – nie dochowuje chyba wierności realiom. Trzydziestotrzyletnia wówczas Ćwierczakiewiczowa nie przypominała jeszcze matrony znanej z licznych karykatur z końca wieku.

Barbara Petrozolin, w książce „Przed tą nocą” (II wyd. 1997), wspomina bojkot jednego z wielkopostnych kazań metropolity Felińskiego. Jej zdaniem, 10 kwietnia 1862 po manifestacyjnym opuszczeniu katedry przez podbuntowaną młodzież, arcybiskup został „przeklęty w zakrystii przez jakąś kobietę «aż do czwartego pokolenia, jako zdrajca narodu»”. Nie pada tu wszakże żadne nazwisko, a incydent zostaje umiejscowiony w zakrystii, co czyni tę wersję bardziej prawdopodobną.

Witryna internetowa Kościoła Ewangelicko-Reformowanego w RP ogłasza z dumą, że do ważnych kobiet, wyznawczyń kalwinizmu w Polsce, zalicza się również autorka „365 obiadów”. Być może już von Bachmanowie byli ewangelikami reformowanymi. Albo zniechęcona mężem pani Staszewska ówczesną modą zmieniła wyznanie, aby móc wyjść za inżyniera Ćwierczakiewicza. Tak czy inaczej, kalwince łatwiej było zrugać głowę lokalnego Kościoła katolickiego! W dodatku, pastorom protestanckim wolno mieć rodziny, toteż nawet klątwa rzucona na ród Felińskich przestaje dziwić.

W czynach przemożna!

Ćwierczakiewiczowa była jedną z bohaterek wystawy „Z dziejów Polek” w stołecznym Teatrze Wielkim. I choć nie ma już raczej szans na kapłony, kwiczoły, bekasy czy amoretki, a polskie sklepy mimo szalejącego kapitalizmu wcale nie przypominają składu Braci Wróbel czy magazynów Braci Pakulskich, to książki pani Lucyny znów mają wzięcie. Wydawnictwo Nowy Świat przygotowuje właśnie wznowienie jej debiutu. „Praktyczne przepisy”, w starannej szacie edytorskiej, trafią na rynek jeszcze przed świętami.

Przemożnej w czynach małżonce pana Stanisława zawdzięcza swe przetrwanie tradycyjna kuchnia polska!

„Tygodnik Solidarność” nr 15, z 9 kwietnia 2004