strona główna arrow o autorze arrow Jan Tulik, poeta, prozaik, eseista, autor słuchowisk radiowych, recenzent

Jan Tulik, poeta, prozaik, eseista, autor słuchowisk radiowych, recenzent, publicysta, pierwszy redaktor naczelny krośnieńskiego czasopisma lokalnego „Nasz Głos”

W stanie ciekłym, wolnym i duchowym

winieta numeru tygodnika, w którym ukazała się recenzja

„Nibylandia, Szwecja i inne stany duchowe” Waldemara Żyszkiewicza to coś osobliwego jako tomik wierszy: nawet tytuł skłania się ku grotesce. Utwory w nim zawarte to reportaże opisy sytuacji, zdarzeń doświadczonych podczas pobytu w „Nibylandii” – Szwecji. Omawiać ten ton jako zbiór liryków jest niezręcznie, nie tylko z tego powodu, że w wielu przypadkach byłoby lepiej, gdyby pisane były prozą, ale i dlatego że poezja sensu stricto tam się raczej zdarza niż jest. Choć także niesłusznie byłoby tę książkę odrzucić, gdyż spora garść refleksji, zwłaszcza puenty poszczególnych utworów, puenty godne moralisty, niosą często treść niebanalną, a bywa, że istotną.

Autor był zapewne świadom takiego zarzutu i obwarował zbiór owych lirycznych reportaży-opisów pewnymi wskazówkami dla czytelnika, a i krytyka chyba również. W „Zamiast wstępu” zamieścił słowa Rilkego i pierwsze zdanie brzmi:


„Ach, te poezje to takie nic, kiedy się je pisze za młodu. Powinno się z tym czekać i gromadzić sens i słodycz przez całe jedno życie (...) a potem na samym końcu, może potem mogłoby się napisać dziesięć dobrych wierszy”.


Wcale to niebezpodstawne stwierdzenie, choć brzmi dość przewrotnie. Zatem autor „Nibylandii...” świadomie zakłada, że podane dalej teksty nie mogą, czy nie muszą pretendować do miana liryki wyłącznie; to być może notatki, które kiedyś posłużą za materiał do tworzenia tego, co na pewno już winno nazwać się poezją. Bo dalej brzmią słowa Rilkego: „Poezje nie są bowiem (...) uczuciami (...) – są doświadczeniami; gdyż uczucia jawią się dość wcześnie, doświadczenia gromadzi się całe życie”.

Ten trop myśli autor „Wieczerzy w towarzystwie trzech niewiast” konsekwentnie podtrzymuje na dalszych kartach książki, np. utwór „Pępek świata na Sergelstorget” zaczyna się słowami: Wnikając w zawiłości poznanych przestrzeni / muszę między innymi dać i taki opis. Więc opis. Opis może nie tyle sam dla siebie, raczej opis sytuacji lirycznej, jednak mimo wszystko opis. Zatem honorując przyjętą przez poetę konwencję „opisowości” należałoby wniknąć w sens i treść tym sposobem ukazaną.

Zapewne podstawowym zamiarem autora było przekazanie refleksji wynikłych z zetknięcia się z inną kulturą, innym pejzażem i odmienną mentalnością ludzi zapełniających ten świat. Część tych refleksji jest dość stereotypowa, jak np. to, że Szwecja to wysoko cywilizowany obszar, nastawiony głównie na konsumpcję dóbr materialnych. Nawet wybitny poeta Lundkvist (członek komitetu Nagrody Nobla) jawi się na towarzyskim przyjęciu jako element snobistyczny raczej, a nie jako duch mający tę społeczność ożywić. W takiej też często „konsumpcyjności” zaprezentowani są konkretni ludzie, tubylcy (którzy przedstawiają się w formie monologu-życiorysu). Ów nadmiar dobrobytu jest naświetlony – to dobrze – z różnych pozycji i nie najlepszą sytuacją będzie tu odniesienie do mentalności Polaka. Bo ten, gdy znajdzie się przypadkiem w szwedzkim magazynie, najpierw obojętnieje na monotonny przesyt, potem dostaje skurczu żołądka z zachłanności, wreszcie zaczyna tą papuzią nadmiernością pogardzać ostentacyjnie („Królewski Murzyn w Nordyckiej Kompanii”). Może to informacja nienowa, ale trzeba doświadczyć, aby to móc powiedzieć, trzeba to sobie uświadomić. A z tego uświadomienia wynika ciekawe spostrzeżenie: podmiot liryczny patrzący na te dobra przepełniające sklep zaczyna rozumieć: to wcale nie on jest kupującym, to właśnie te na półkach estetyczne przedmioty kupują jego, człowieka zachłannego (czy tylko potrzebującego), „polują nań”:


Tymczasem wokół nadal polowanie.

Hordy bezpańskich rzeczy wietrzą właściciela.

Osaczają hurmem dając się brać w posiadanie.

Bezdomny towar bywa niebezpieczny.

Przynależny dba o tego kogo upolował.

Troska o pana jest zadziwiająca:

rzeczy-wybrańce są wdzięczne i wierne.


(„Azyl bezpańskich rzeczy w Täby Centrum”)


Wiele opisów dotyczy spraw uniwersalnych, choć zaplątanych w realia skandynawskie. Utrata godności człowieka, jego upokorzenie (np. obraz pijaczki padającej do butów policjanta: splunęła na nie właściwie przypadkowo, lecz czyści, by uniknąć kary). I choć te problemy uwikłane bywają np. w efekt „białych nocy”, nadal pozostają tym samym – jak wszędzie. Również kwestie erotyki i seksu, rozluźnionej obyczajowości moralnej, są tylko potwierdzeniem wiedzy o „Nibylandii”. Ważne natomiast jest dyskretne przesłanie: że nie zawsze byt materialny warunkuje świadomość istoty homo sapiens. Zwłaszcza gdy nie ma ona za sobą tradycji kulturalnej, lub ją pomija – wrzuca w zagrodę skansenu jako rekwizyt, jak coś martwego, coś nie na ten już wiek.

Dlatego osoby przebywające tam, jak niektórzy Polacy, świadome swojej tradycji, nie mieszczą się tylko w bogactwie. Drąży je nostalgia, dążą do stworzenia surogatu domu z obyczajem danym im przez protoplastów, obyczajem, który może i w oczach północnych tubylców wygląda naiwnie. Typową okolicznością tworzenia domu jest wieczór wigilijny, kiedy to zwierzę powinno przemówić ludzkim głosem (więc do szwedzkiej kioskarki po polsku?!), kiedy zapach jodły musi mieszać się z wonią barszczu i karpia, kiedy chrzęści łamany opłatek.

I jeszcze jedno: po wstępnej lekturze tomu pozostał mi w pamięci jeden utwór, poprzez epickość i delikatność wyrazu nazwać by go można poematem. „Janne Schaffer kupuje rękawice”. To obraz muzyka, który w obawie przed siarczystym północnym mrozem kupuje rękawice, może ze skóry renifera, eleganckie, przystające swym ciepłem do każdego załamania palca:


Oto zwinna dłoń w dopasowanej rękawicy

lekko zaciska się na uchwycie futerału.

Teraz Janne Schaffer może się nie bać zimy.


Może to podskórne marzenie podmiotu, by każdy polski artysta mógł tak sobie, bez najmniejszego problemu, nabyć rękawice, maszynę do pisania, może dobrego papierosa... i mógł tworzyć jak Janne Schaffer bez obciążeń drobiazgami, których suma jakże utrudnia dochodzenie do istoty piękna... A może Żyszkiewicz chce czytelnika lirycznie omamić? Bo dla niego, jak dla Stachury (też podróżnika), „wszystko jest poezja”, co innymi słowy dopowiedział:


Otóż w poezji

wszystko jest możliwe

im więcej niezwykłości

tym większa jej siła...


(„T-shirt”)



Waldemar Żyszkiewicz: „Nibylandia, Szwecja i inne stany duchowe”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1984 s. 88.

[recenzja drukowana w tygodniku Życie Literackie nr 43, z 21 października 1984 roku]




Skan publikacji