strona główna arrow na gorąco arrow Prowokacja, czyli koszty uzyskania

18 października 2015

Prowokacja, czyli koszty uzyskania

Według pisarki Tokarczuk, dwukrotnej laureatki Nike, „robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów”.


Olga Tokarczuk poszła drogą Tygodnika Lolek. Wybrała najprostszą, intelektualnie niewybredną metodę prowokacji. Oskarżeniami równie mocnymi, co nieprawdziwymi, w dodatku, skrajnie przewidywalnymi i nietrafnie adresowanymi przypuściła atak na polską historię.

Jakość jej argumentacji przypomina raczej późnowieczorne rozmowy w pubie niż telewizyjne wystąpienie pisarki, której dokonania niejednokrotnie nagradzano. Warto jednak zauważyć, że wektor oskarżenia świetnie koresponduje z antypolską ideologią środowiska, które właśnie kolejny raz ufetowało jej literackie dokonania.

Ahistoryzm zarzutów niedawnej laureatki, a szerzej kompromitującą bezrefleksyjność oskarżeń Tokarczuk o rzekome czerpanie przez Polaków zysków z pracy niewolniczej trafnie zaakcentował Paweł Jędrzejewski, pisząc w Salonie24 na Forum Żydów Polskich:

Zapomina ona najwyraźniej, że właściciele niewolników, czyli pańszczyźnianych chłopów, stanowili zaledwie 10% populacji, natomiast niewolnicy, czyli ci chłopi, stanowili absolutną większość. Tak więc współcześni Polacy są w przeważającej liczbie potomkami niewolników, a nie ich właścicieli. Zarzut więc całkiem mylnie sformułowany: żadne "myśmy robili straszne rzeczy", tylko - jeżeli już - to "z nami robiono straszne rzeczy".

Natomiast dyżurnym ostatnio zarzutem o mordowaniu Żydów przez Polaków powinien zająć się albo specjalista od psychologii głębi, jeśli autorkę "Ksiąg Jakubowych" rzeczywiście coś w tym zakresie trapi, albo - jeśli to wyłącznie naśladownictwo konceptu Jana Tomasza Grossa - jakiś prokurator, skutecznie umotywowany np. przez Redutę Dobrego Imienia.

Chcącemu nie dzieje się krzywda. Szeroko adresując swe oskarżenia o naprawdę ciężkie delikty, Olga Tokarczuk powinna wcześniej zbilansować możliwe zyski i ewentualne straty. Trudno uwierzyć, że doświadczona pisarka tego nie zrobiła. A skoro już zdecydowała się wziąć na siebie zarówno korzyści, jak i koszty prowokacyjnego wystąpienia, to jakoś trudno dołączyć mi do grona osób, które teraz rozpływają się nad jej krzywdą.


wPolityce_blog Waldemara Żyszkiewicza