strona główna arrow na gorąco arrow Żenady Ewy Kopacz

1 września 2015

Żenady Ewy Kopacz

Zwykle nie pisuję tekstów polegających na prostym wyliczeniu spraw raczej znanych i dość oczywistych. Jednak dla osoby, która najwyraźniej nie potrafi spojrzeć na siebie z zewnątrz, warto zrobić wyjątek. Zwłaszcza gdy akurat pełni ona funkcję premiera.


Premier Kopacz wyznała ostatnio, że pewien fragment wypowiedzi prezydenta Andrzeja Dudy skierowanej do prezydenta Niemiec Gaucka wzbudził w niej silne uczucie zażenowania. Pytanie, czy tak szczegółowa wiedza o emocjach nurtujących szefową rządu jest nam pod koniec lata naprawdę niezbędna, zostawiam do rozstrzygnięcia badaczom stanów emocjonalnych u osób sprawujących władzę. A także tym technologom polityki, którzy wciąż monitorują granice podatności społeczeństwa na jawny bajer.

Skoro już o zażenowaniu i podróży do Niemiec mowa, to na mnie wrażenie wywarła niezapomniana lambada na czerwonym dywanie, którą u progu swej kadencji zaprezentowała na niemieckim lotnisku Ewa Kopacz, wyślizgując się zręcznie niczym piskorz z ratującego powagę sytuacji mocnego uścisku kanclerz Merkel. Czy można w tej sytuacji mówić o żenadzie?

Albo wcześniejsze o parę lat pamiętne sceny z sali plenarnej polskiego parlamentu. I żarliwość, z jaką ówczesna minister zdrowia mówiła o pracy ramię w ramię polskich patologów z radzieckimi, tfu... rosyjskimi specjalistami. Tak tylko mi się wyrwało, bo dla naszego pokolenia było oczywistą oczywistością, że nie może być lepszych profesjonalistów w żadnej dziedzinie niż ‘specjaliści radzieccy’.

Albo te gorliwe zapewnienia o przekopaniu na metr. Przecież gdy słuchało się wtedy Ewy Kopacz to było niemal widać, że ona wręcz nad tym dołem, wielkim i głębokim na metr, ba! pewnie na metr dwadzieścia, stoi i pilnie każde ziarnko piasku czy grudkę gliny ze szczególną starannością ze wszystkich stron ogląda, czy tam aby jakichś szczątków nie ma i żeby, broń Boże, niczego nie uronić...

Bez dwóch zdań, ta postawa i te słowa trafiały do polskich serc poruszonych smoleńską tragedią. Na pewno nie można tu było mówić o żadnej żenadzie... No, może ewentualnie wtedy, gdy się okazało, że niesforni Polacy co i rusz wyciągają ze smoleńskiej ziemi jakieś znaleziska, nie tylko ułamki roztrzaskanej maszyny, resztki gadżetów, ale i pozostałości biologiczne, czyli fragmenty ciał. Natomiast próbę, na szczęście nieudaną, sfałszowania wpisu w sejmowym stenogramie z tamtego posiedzenia co najmniej do kategorii ‘żenada’ z pewnością zaliczyć należy.

Albo takie zapomnienie o początkach własnej kariery politycznej? Czy potraktować to jako zwykłą niesprawność pamięci, co ani u lekarza, ani u polityka rekomendacją do dalszego pełnienia tych odpowiedzialnych funkcji raczej być nie może? Czy lepiej dopatrzeć się w tym zdrowego wstydu, a więc przynajmniej jakiegoś substytutu sumienia, bo przecież zeteselowskie korzenie w latach 80. to raczej żaden powód do chwały. Ale i nieprzyznawanie się do faktów z własnego życia wiarygodności osoby przecież nie powiększa.

Czy taki rodzaj uniku to żenada, czy może przezorność polityczna w rodzaju tej, która każe taktownie mówić raczej o ‘wygaszaniu kopalń’ zamiast o ich zamknięciu, likwidacji albo sprzedaży w obce ręce? A reklamowanie drogich ciuchów w świątecznym numerze jednego z magazynów dla kobiet, to elegancja-Francja czy w wydaniu premiera RP to jednak jakaś forma żenady?

Wystarczy spojrzeć na minę zażenowanego Piotra Kraśki, żeby nie mieć złudzeń, co sądził on o dwukrotnym podkreśleniu walorów jarzyn z portugalskiego dyskontu, którego właściciel płaci w Polsce znikome podatki, dzięki czemu w krótkim czasie na portugalskiej liście ludzi najbogatszych znacząco awansował. Ale może się mylę, może skonfundowanie Kraśki to nie żenada, lecz jakiś rodzaj klasowej zasługi pani premier?

Niewyczerpanym źródłem komentarzy o wpadkach i gafach Ewy Kopacz są też modowe kreacje, w jakich często się pojawia. Te żakiety, bluzki z falbankami, sweterki, pasiaste spódnice. Podobno doradcą w zakresie ubioru jest jej córka. To byłoby nawet chwalebne, że wizerunkowo ważny element szefowa rządu załatwia bezkosztowo, ale niestety córka odziedziczyła chyba gust po mamie. Więc jest, jak jest: odważne (to eufemizm) zestawienia kolorystyczne, często zbyt krótkie spódnice albo dla odmiany uroczysty strój, stosowny może dla księgowej, ale chyba nie dla szefa rządu przed tablicą upamiętniającą ważne wydarzenia...

Jeśli dodać do tego mocny, przećwiczony w Berlinie estradowy krok Tiny Turner oraz nieco metaliczny, pełen dramatyzmu ton w głosie, gdy nasza pani premier mówi o kolejnych niewybaczalnych przewinach Andrzeja Dudy, ewentualnie domaga się zwołania Rady Gabinetowej, to szkic do medialnego portretu Ewy Kopacz będzie z grubsza gotowy. Internauci chętnie otagują go znaną frazą: Nie płacz, Ewka.


wPolityce_blog Waldemara Żyszkiewicza