strona główna arrow na gorąco arrow Z Nowakowskim dwie rozmowy przez telefon

16 maja 2015

Z Nowakowskim dwie rozmowy przez telefon

W „Anemonie”, niedawno otwartym lokalu położonym nieco poniżej dawnego Cocktail Baru, zobaczyłem Marka Nowakowskiego. Pisarz siedział sam, spokojny, zamyślony. W Halamie czy Astorii sytuacja właściwie niewyobrażalna. Pomyślałem, że to świetna okazja, żeby przypomnieć się
i porozmawiać.

Marek Nowakowski_fot. Marcin Żegliński

(zakopane)

To musiał być początek lat 90. Raczej wrzesień niż październik, szło na przedwieczerz, ale było jeszcze całkiem jasno. Zbiegałem w dół Krupówkami, nie pamiętam, czy szukałem Piotra, czy wyszedłem trochę się przejść przed kolacją, sprawdzić rush hour na zakopiańskim deptaku. W „Anemonie”, niedawno otwartym lokalu położonym nieco poniżej dawnego Cocktail Baru, zobaczyłem Marka Nowakowskiego.

Pisarz siedział sam, spokojny, zamyślony. W Halamie czy Astorii sytuacja właściwie niewyobrażalna. Pomyślałem, że to świetna okazja, żeby przypomnieć się i porozmawiać. O czym? No, byłoby o czym, bo rozmowy istotne, jak konwersacje o literaturze, filozofii czy sensie istnienia określił kiedyś Witkacy, w tamtych siermiężnych czasach stanowiły dla młodych, zwłaszcza próbujących swych sił w pisaniu, coś w rodzaju zastępczego narkotyku. Zresztą pogadać lubili nie tylko poeci czy filozofowie.

Snucie ambitnych planów, mgławicowych rojeń – dziś powiedziałoby się raczej: rozległych narracji – to była jedyna powszechnie dostępna wówczas ambrozja wszelkich głodnych duchów, swoista przestrzeń wolności, do której sięgali rozmaici dziwacy, outsiderzy oraz inni wyrastający ponad socjalistyczną średnią, od co ambitniejszych studentów poczynając. U progu ostatniej dekady dwudziestego wieku te klimaty nadal były jeszcze mocno wśród Polaków obecne.

Ujrzawszy więc, że Nowakowski trwa nad barem w pojedynkę, bez towarzystwa, nabrałem ochoty, żeby pogadać o nieoficjalnych, wytrwale penetrowanych przez niego światach, o tych społecznych pobokach, czyli pozornych marginaliach, które jednak wcale nie wykluczają zmysłu dobra czy heroizmu portretowanych postaci, a co więcej, często wbrew tezom panującej ideologii dowodzą, że niby bezkonfliktowa rzeczywistość ściąga na człowieka wiele naprawdę groźnych egzystencjalnych pokuszeń. O ile, oczywiście, komuś chce się je dostrzec.

Ascetyczna proza Nowakowskiego miała też inne walory. Mogła służyć i często służyła jako wzorzec dobrego warsztatu pisarskiego. A sam pisarz, teraz opromieniony jeszcze sławą „Raportu o stanie wojennym”, był atrakcyjny towarzysko... Dlaczego? Bo rozmowy z nim, ciekawe, żartobliwe, wreszcie pouczające dla osób zajmujących się głównie czytaniem i pisaniem, zwłaszcza dla tych aspirujących do zdobycia literackich szlifów, pozwalały lepiej w rzecz wstąpić i, nie ma co kryć, niejako nobilitowały.

Zatrzymałem się przed wejściem do modnego baru „Anemon”. Wiadomo było, że rozmowa, o jakiej myślałem, na jaką miałem nadzieję, nie obejdzie się bez alkoholu. I pewnie przeciągnie się do późnej nocy, pozbawiając mnie nazajutrz niezbędnej w górach kondycji, pewności ruchów, rozwagi przy podejmowaniu decyzji...

Słońce niknące powoli za horyzontem zapowiadało dobrą pogodę, prognozy też były korzystne. Wyż, słonecznie i ciepło, żadnych opadów. Nie pamiętam, czy byłem z kimś umówiony, nie pamiętam, dokąd następnego dnia poszedłem. Może do Pańszczycy, może na Koszystą, ale z Nowakowskim w „Anemonie” nie pogadałem. Wiedziałem zresztą, że nie wraca jeszcze do Warszawy. Zew Tatr okazał się silniejszy.

(kraków)

Z autorem „Księcia nocy” osobiście zetknąłem się kilkanaście lat wcześniej, podczas jubileuszu Koła Młodych przy krakowskim oddziale Związku Literatów Polskich. Popularny wśród młodzieży literackiej i szanowany przez nią prozaik był jednym z gości zaproszonych do udziału w dwudniowej imprezie, która zaczęła się od uroczystej oficjałki w kamienicy literatów przy Krupniczej, a zakończyła mniej formalnym spotkaniem w siedzibie władz oddziału w zabytkowej kamienicy przy Kanoniczej.

Młodsi koledzy poeci tak zachłannie otoczyli Nowakowskiego, że mnie pozostał tylko bliższy kontakt z Janem Himilsbachem, który jako członek krakowskiego Koła Młodych z okresu heroicznego także pojawił się na jubileuszowych obchodach pod Wawelem. Akurat Himilsbacha znałem już wcześniej, bo raz czy drugi w Warszawie piliśmy razem wódeczkę, czego wszakże legendarny kamieniarz literatury PRL nie zdołał sobie w Krakowie przypomnieć.

Zrobiło się mało sympatycznie, Himilsbach uznał mnie za natręta, o czym w niewybredny sposób powiadomił całe otoczenie. Musiałem zareagować. Szczęśliwie czujni koledzy szybko nas rozdzielili, do pełnego zwarcia nie doszło, ale beztroski nastrój bezpowrotnie prysł. Podobnie jak szansa na ciekawą rozmowę z Markiem Nowakowskim, którego tymczasem poeci-poloniści uprowadzili z Kanoniczej gdzieś dalej, w nocny Kraków.

Oczywiście jako czytelnik znałem Nowakowskiego już wcześniej. Zacząłem od lektury wydanej w 1968 roku powieści „Robaki”, która wzbudziła we mnie trochę mieszane uczucia. Koledzy zachwycali się „Benkiem kwiaciarzem” czy „Zdarzeniem w miasteczku”, ale mnie poruszyła dopiero przejmująca mikropowieść „Wesele raz jeszcze”, czytana kilka lat później bodaj w Twórczości. A także opowiadania ze zbioru „Gdzie jest droga na Walne?”.

Sam zacząłem już wtedy drukować, najczęściej chyba w „Nowym Wyrazie. Miesięczniku literackim młodych”, który wystartował w roku 1972, za wczesnego Gierka. Coraz poważniej myślałem też o pisaniu jako swym podstawowym zajęciu, choć jak dotąd, były to przede wszystkim wiersze. Do prozy brakowało mi jeszcze wtedy sitzfleischu. Ale Marek Nowakowski, a raczej jego pisanie i widzenie świata stało się jednym z istotnych czynników wypracowywanej mozolnie, nieco zresztą na chybił-trafił, własnej strategii twórczej.

(warszawa - początek)

W nowym stuleciu, gdy już stało się jasne, że polskie sprawy – mimo nominalnej suwerenności państwa, przy jednoczesnym przyzwoleniu na gospodarczy darwinizm oraz nieotamowaną, zatem degenerującą swobodę społeczną – wyraźnie osiągnęły jakiś cywilizacyjny i kulturowy manowiec, dwóch prywatnych przedsiębiorców ufundowało poważną nagrodę literacką.

Patronem tego wyróżnienia, skutecznie konkurującego z Agorową Nike, został Józef Mackiewicz, twórca wybitny, ale z racji jawnego antykomunizmu oraz bezkompromisowości, mimo znakomitego dorobku praktycznie w kraju nieznany. Grzegorz Eberhardt, autor fundamentalnej pracy o osobie i twórczości Mackiewicza, trafnie nazwał go „pisarzem dla dorosłych”.

Literacka Nagroda im. Józefa Mackiewicza, od początku konkurowała z Panaadasiową Nike, rozsadniczką mylnych wzruszeń oraz lewackich miazmatów wytrwale propagowanych i uwznioślanych przez tamto środowisko. Nic dziwnego, że przewodniczącym Mackiewiczowskiej Kapituły został od samego początku Marek Nowakowski, pisarz poważny, o sporym dorobku i niekwestionowanej pozycji. „Mistrz krótkiej formy. (...) Powściągliwy analityk ludzkich słabości. Uważny obserwator, zdolny w poszukiwaniu prawdy o złu zajrzeć pod metafizyczną podszewkę” – jak pisałem w krótkiej nocie, zaraz po jego śmierci.

Rok, może dwa po moim przyjeździe do Warszawy, jeszcze zanim pojawił się przyznawany od roku 2002 laur Mackiewiczowski, wybrałem się na jedno z cyklicznych spotkań urządzanych w gmachu głównym Biblioteki Narodowej. Nowakowski był z małżonką, siedzieliśmy niedaleko siebie. Gdy Michał Jagiełło, ówczesny dyrektor Biblioteki, coś za bardzo próbował już owijać w bawełnę, zabrałem głos. Nie pamiętam szczegółów, ale wiem, że mówiłem ostro, pewnie nawet zbyt ostro... Nowakowski spojrzał wtedy na mnie badawczo. Nic nie powiedział. Z wyrazu jego twarzy również nie potrafiłem niczego wywnioskować, ale pani Jolanta uśmiechnęła się do mnie z aprobatą.

(warszawa - ciąg dalszy)

Ogłaszanie dorocznych werdyktów Mackiewiczowskiej kapituły, wieczory autorskie pisarza w różnych miejscach, później jeszcze konwentykle w Klubie Ronina, okazji do spotkań przybywało. Choćby taki jubileusz pisarski Nowakowskiego, zimą, zorganizowany w bibliotece publicznej przy Koszykowej. Tłok był straszny, duszno na sali, nie było prawie czym oddychać. Stałem pod oknem, tuż przy uchylonym lufciku... Przewiany mroźnym powietrzem bark czułem potem przez wiele miesięcy.

Innym razem, gdy spotkaliśmy się na schodach, prowadzących do podziemi Klubu Hybrydy, przy Złotej, Nowakowski z uznaniem wspomniał jakąś uszczypliwość z mojego tekstu w Tysolu. Ucieszyła mnie ta pochwała, tym bardziej że od wydrukowania tekstu minął już co najmniej kwartał. Mimo to pisarz wciąż pamiętał koncept, który ocenił jako zręczny.

Po lekturze pierwszej części „Nekropolis” zadzwoniłem do autora, żeby porozmawiać o trasach jego wędrówek po mieście, spotykanych ludziach, prowadzonych rozmowach. Uderzyła mnie świeżość i w pewnym sensie fabularna gęstość tych wspomnień. Może dlatego, że część wspominanych miejsc miałem sposobność odwiedzić osobiście, choć oczywiście rozmawiałem już i piłem alkohol z innym pokoleniem adeptów literatury. Ale o żywości odbioru zdecydowały również tropy krakowskie, dotyczące pisarzy, których poznałem w kamienicy przy Krupniczej 22.

Do drugiego telefonu skłoniła mnie książeczka „Kryptonim ‘Nowy’. Tajemnice mojej esbeckiej teczki”. Pisarz zdawał w niej sprawę z lektury swoich akt, wyjaśniał też, dlaczego nie wszystkich, którzy na niego donosili, potraktował jednakowo. Miał swoje racje i potrafił je jakoś uzasadniać. Zręby tej postawy, którą należy uszanować, choć niekoniecznie trzeba się z nią zgadzać, widać również później, choćby w przypadkach aktora Adama Pawlikowskiego czy prozaika Leonarda Buczkowskiego, przywołanych przez Nowakowskiego w „Piórze”, prozie wspomnieniowej wydanej przez Iskry w roku 2012, z podtytułem „Autobiografia literacka”.

(warszawa - dzień za dniem)

Tylko dwa razy rozmawiałem z Markiem Nowakowskim przez telefon. A na trasie typowych dla niego peregrynacji po zakamarkach, przejściowych bramach, sieniach, podwórkach czy ulicach Warszawy spotkałem go tylko raz. W jasny, wiosenny, może nawet przedletni dzień 2008 roku, weszliśmy prawie na siebie na Marszałkowskiej, w okolicach placu Zbawiciela.

– Dostałem te Pana wiersze, dziękuję, ale ja się nie znam na poezji – odezwał się na powitanie.

– Rozumiem – odparłem – dlatego pozwoliłem sobie zadedykować książkę również Pańskiej małżonce.

Pożegnaliśmy się po krótkiej rozmowie. Mimo to, parę kieliszków wódki udało mi się jednak z Nowakowskim wypić. Po jednym z wieczorów autorskich pisarza w Roninie wyszliśmy razem z Domu Dziennikarza, było nas czterech. W takim składzie wdepnęliśmy kolejno do dwóch czy trzech niewielkich knajpek, które licznie obsiadły południową pierzeję ulicy Foksal, miejsca od zawsze przecież rozrywkowego. Wypijaliśmy tam po dwie małe czyste i dalejże w trasę. Rytm tej wędrówce nadawał oczywiście Nowakowski. Jeden z naszych kompanów spasował niemal natychmiast, znikając w mrocznej perspektywie ulicy Kopernika.

Ale do „Piotrusia” i ja nie dotarłem. Pożegnałem się z pisarzem i asystującym mu kolegą na rogu Nowego Światu. Zanosiło się na regularną rajzę, więc robiłem to z żalem. Jednak czekało mnie jeszcze pisanie zamówionego tekstu. Nie ma zmiłuj, następnego dnia zamykaliśmy numer. Usiłowałem wytłumaczyć przyczyny dezercji, mając wszakże poczucie daremności tych usiłowań.

– Ważne, że mogłem się napić z panem. Bo sama wódka nie ma dla mnie wielkiego znaczenia, liczy się towarzystwo.

– A dla mnie wręcz przeciwnie – usłyszałem w odpowiedzi.


Marek Nowakowski_fot. Marcin Żegliński

(finał)

W marcu roku 2014 byłem w Klubie Ronina na ostatnim wieczorze autorskim Marka Nowakowskiego. Nadal mówił ze swadą, intrygując słuchaczy szczegółami biografii kolegów z lat młodości, postaci ze środowiska literackiego, ale także mniej czy bardziej przygodnych znajomków z warszawskiego szlaku dawnych knajp, szynków i barów, zwyczajnych mordowni z dawnych obrzeży miasta, dziś stanowiących część aglomeracji, oraz modnych kiedyś lokali śródmieścia.

Opowieść rozwijała się żwawo. Pisarz przywoływał sytuacje o silnym ładunku uczuciowym, anegdotycznym, sentymentalnym. Snuł plany, ale źle już wyglądał. Był wychudzony i zmizerniały, wyniszczony trwającą od miesięcy chorobą.

Po spotkaniu podszedłem, żeby się przywitać. Wtedy złapał mnie palcami za policzek, lekko uszczypnął i wypalił: – Cześć, Grubasie!

Trochę zaskoczony, bo aż tak familiarnej komitywy nigdy między nami nie było, powiedziałem Nowakowskiemu o wierszu, który mu zadedykowałem.

– Wiersz dla mnie? – w jego głosie zabrzmiało zdziwienie i wyczuwalny sceptycyzm.

– Ale to jest wiersz o „Kameralnej” sprzed lat – dodałem.

– Jeśli tak, to w porządku – szybko złagodził swój pierwszy werdykt.

Nieprawda, że do Marka Nowakowskiego telefonowałem tylko dwa razy. Zadzwoniłem jeszcze w dniu imienin, 25 kwietnia, gdzieś na przedwieczerz. Panią Jolantę zapytałem, czy można by porozmawiać z jej mężem. Nie spał, podniósł słuchawkę.

– Cześć Marek, tu Grubas – rzuciłem na powitanie sznapsbarytonem, z lekko knajacką intonacją. Cisza w słuchawce trwała dłuższą chwilę, wreszcie Marek z właściwą sobie flegmą przyznał, że głosu nie rozpoznaje, a ja oczywiście zdradziłem wtedy incognito żartownisia. Złożyłem solenizantowi życzenia, trochę porozmawialiśmy, ale niezbyt długo. W trzy tygodnie później okazało się, że następnej okazji do pogadania z nim nie będzie. Przynajmniej na tym świecie.




(11 maja 2015)