strona główna arrow na gorąco arrow Twarde słowa ukraińskiego politologa

2 lutego 2014

„Twarde słowa” ukraińskiego politologa

Wołodymir Pawliw przekroczył właśnie pięćdziesiątkę. Urodzony w Kazachstanie ukraiński politolog i dziennikarz dzieciństwo spędził w Rudkach, koło Sambora, gdzie w rodzinnej krypcie miejscowego kościoła został pochowany Aleksander hrabia Fredro. Wołodymyr Pawliw studiował we Lwowie, na tamtejszej Politechnice oraz na wydziale filologicznym Uniwersytetu, który nosi teraz imię Iwana Franka.

W latach 90., po uzyskaniu przez Ukrainę niepodległości, kierował w telewizji STB redakcją kultury. W tym czasie przełożył tom wierszy Andrzeja Bursy. Później przez kilka lat (1998 i 2000–2005) Pawliw był warszawskim korespondentem Radia Swoboda. Od roku 2009 kieruje wydziałem informacji i stosunków zewnętrznych na Ukraińskim Uniwersytecie Katolickim we Lwowie (założonym w roku 1994 jako Lwowska Akademia Teologiczna).

Poniżej kilka fragmentów artykułu, w którym ukraiński politolog swych rodaków z zachodniej części Ukrainy (z grubsza tożsamej z terytorium dawnej Galicji Wschodniej) poddaje naprawdę surowej krytyce. Wytyka im życzeniowość, zaburzoną samoocenę, uleganie nierzeczywistości, popadanie w pułapkę nacjonalizmu. Przypomina, że irracjonalne postawy i nieefektywne zachowania stanowią jeden z osiowych objawów choroby psychicznej, która skutecznie uniemożliwia pokonanie realnych problemów.


 

(po prawej) Wołodymyr Pawliw podczas spotkania Galicyjskiego Klubu Dyskusyjnego Mytusa. Uwagę zwraca żółty klubowy plakat...

Wołodymyr Pawliw: „Ukraińskie psychozy” Galicjan

„Ukraińskie psychozy” Galicjan mają długą tradycję. Można je nawet teraz podzielić na trzy kategorie: psychozy związane z ukraińską historią, z okresem niepodległości państwowej i z prawdopodobnym zbliżeniem Ukrainy z Unią Europejską.

Psychoza – to naruszenie aktywności umysłowej, przy której reakcje psychiczne są rażąco sprzeczne z realną sytuacją. Znajduje to odzwierciedlenie w zaburzeniu postrzeganiu realnego świata i w dezorganizacji postępowania. Na przykład, gdy krzyczą „Heil!” pod portretami Bandery i Szuchewycza, a potem wyłażą ze skóry, aby udowodnić, że ci na portretach nie byli faszystami. Stoją w kolejce po wizy do pracy pod konsulatami europejskimi i wzdychają nad „homosiami” i „brakiem duchowości” w UE. Mówią, że za Zbruczem – sami Moskale, aby następnie z pianą na ustach udowadniać, że Ukraina jest jedna i niepodzielna.

(...) Tylko ktoś z chorą wyobraźnią może uważać za poważne takie działanie jak Akt odnowienia państwowości ukraińskiej na tyłach wciąż jeszcze niezwyciężonej armii hitlerowskiej przez grupkę nie w pełni reprezentatywnych (ze względu na rzeczywistość historyczną) działaczy nacjonalistycznych w przytulnych pomieszczeniach stowarzyszenia „Proswita” we Lwowie, bez żadnych szans na realizację tego „aktu”. Jednak ten wytwór zdeformowanej aktywności psychicznej jeszcze by można traktować jako swego rodzaju ciekawostkę, kuriozum, gdyby nie zaistniał w kontekście udziału „bojowników o wolność Ukrainy” w czystkach etnicznych i terrorze wobec przedstawicieli własnego narodu. Dla mordowania chłopów wstępujących do kołchozów dla ratowania się od głodu lub od wywózki na Syberię nie można znaleźć racjonalnych wyjaśnień.

(...) wszystkie akcje Galicjan pod hasłem pomagania Ukraińcom w uświadamianiu sobie swojej „ukraińskości” poprzez wysyłanie na wschód i południe grup agitacyjnych z niebiesko-żółtymi flagami i pouczaniem, jakim językiem należy mówić i jakich bohaterów warto czcić, były już kompletnym szaleństwem, które w końcu prowadziło przeważnie do rezultatów odwrotnych do oczekiwań. Ogarnięty „psychozą ukraińską” Galicjanin stał się pośmiewiskiem lub postrachem dzieci prawie wszędzie poza Galicją.

Gorączka wyobraźni tworzy w głowach wielu Galicjan wizerunki bohaterów, w wyniku „wielowiekowej walki” których w końcu pojawiło się niezależne, zjednoczone państwo ukraińskie. Tymczasem zimny umysł nie pozostawia miejsca na wątpliwości: państwo Ukraina powstało w następstwie zawalenia się w 1991 r. przegniłej z powodu nieefektywności gospodarczej i degradacji moralnej komunistycznej elity struktury ZSRR. Dlatego obecne państwo jest tylko fragmentem przegniłej sowieckiej budowli, pokrytej plastikową wykładziną i ozdobionej niebiesko-żółtym płótnem. W związku z powyższym jedność i niezależność tego państwa jest bardzo, bardzo wątpliwa.

Za obecne galicyjskie „ukraińskie psychozy” trzeba szczególnie „podziękować” ukraińskiej diasporze z Kanady i USA. Udało się im dość skutecznie rozpropagować swoje stare lęki, uprzedzenia i inne „banderowskie” patologie w środowiskach „drogiej galicyjskiej rodziny". Dlatego wielu Galicjan, zamiast budować własną państwowość na swoim terytorium, oczekuje na powołanie do wyimaginowanej „armii banderowskiej”, która już-już ma przejść przez rzekę Zbrucz, aby tam zbudować państwo.

Tu znowu pozwolę zacytować sobie niewielki fragment z książki Semena Szewczuka, który jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku został skierowany do „banderowskiej” emigracji: „Banderowska romantyka polega na chorobliwym urojeniu, że są w stanie zaszczepić nasz galicyjski nacjonalizm za [rzeką] Zbrucz, że on tam wykiełkuje, zakwitnie i wyda owoce w postaci opanowania Wschodniej Ukrainy przez nacjonalizm galicyjski. Jest to jednak nierozsądna fantastyka. To nigdy nie może się zdarzyć.”

Problemem nie są jednak nawet najbardziej głupie fantazje, lecz to, że opanowane przez nie osoby nie są zdolne do realnej oceny sytuacji. A sytuacja jest taka, że główne problemy Ukraińców w ogóle, a Galicjan w szczególności, nie mają charakteru narodowego, lecz socjalny. Ustrojem naszego państwa jest kapitalizm oligarchiczny – z charakterystycznymi dla niego korupcją, niekompetencją, nieodpowiedzialnością, nihilizmem prawnym i licznymi patologiami społecznymi, takimi jak: alkoholizm, narkomania, niska świadomość ekologiczna, problem wykwalifikowanych kadr, a także epidemie „niecywilizowanych” chorób, alkoholizm dziecięcy, przemoc w domu i na ulicach.

(...) I tu samo przez się nasuwa się jeszcze jedno ważne pytanie. Czy dla przyspieszenia procesów integracyjnych z Europą Galicjanie są w stanie pozbyć się swoich psychoz? Niekoniecznie, ponieważ przez kilkadziesiąt lat przebywania w ZSRR i dwie dekady niezależności ukraińskiej naród ten przywykł albo do świadomej bezczynności, albo do bezsensownej działalności. W rezultacie, jak słusznie zauważył Taras Prochaśko: „Tu ceni się czyny i wysiłki, które nie są związane z pracą nad sobą. Brak prawdziwych pragnień wyklucza strategię, stawiając taktykę na pierwszym miejscu w hierarchii mądrości.”

Kto wie, może żywotność „psychoz ukraińskich” wśród Galicjan związana jest z niemożnością i niechęcią do przyjęcia na siebie odpowiedzialności za swój własny los historyczny, wzięcia się do czasochłonnej i żmudnej pracy przy budowaniu własnego dobrobytu, bezpieczeństwa i przyszłości.


 

Tak, Pawliw pisze wprost o psychozie, która – jego zdaniem – w swych historycznie zróżnicowanych odmianach trawiła i nadal trawi przynajmniej część Galicjan...

Wydaje się jednak, że twarde słowa, które tu padają, że ta dosadna krytyka rodaków stanowi raczej wyraz obywatelskiej troski, niż wrogości czy pogardy. Co ważne, sformułowana przez ukraińskiego politologa diagnoza psychospołecznej kondycji mieszkańców dawnej Galicji, wbrew pozorom, jest dość uniwersalna. Niechęć do pracy nad sobą, której następstwem bywa zwykle nieumiejętność wzięcia odpowiedzialności za własny los, nie odnosi się przecież wyłącznie do Ukraińców. Myślę, że całkiem zasadnie – zwłaszcza w kontekście jakości III RP – my również możemy potraktować te słowa jako materiał do poważnej refleksji.

Dlatego tekst Wołodymyra Pawliwa warto przeczytać w całości: http://www.kresy.pl/?zobacz/ukrainskie-psychozy-galicjan-