strona główna arrow na gorąco arrow Antypolonizm  nawykowy czy wycwaniony?

6 grudnia 2013

Antypolonizm – nawykowy czy wycwaniony?

Za prawdę o Polakach grantów z Unii ani z resortu kultury pod dowództwem Bogdana Zdrojewskiego raczej się nie dostanie.


Przysłuchiwałem się wczoraj rozmowie o sztuce. W sali naznaczonej szacowną tradycją i gromadzącej audytoria raczej nieprzypadkowe. Nie napiszę, że przede wszystkim bywa tam publiczność elitarna, bo dotychczasowe elity w III RP mocno spsiały, a które z aspirujących do pełnienia tej roli środowisk przejmą rząd dusz w Polsce przyszłości – jeszcze nie wiadomo. To wszystko się dopiero międli, gotuje, walka okresu przejściowego wciąż trwa.

Pretekstem do rozmowy było spotkanie z Krzysztofem Krauzem, reżyserem filmu „Papusza”. Jego oraz małżonki filmowa opowieść o dramatycznych losach Bronisławy Wajs, wizualnie wysmakowana, wyrafinowana formalnie, wypływa z postawy twórczej, mieszczącej się gdzieś pomiędzy radykalizmem a ekstremizmem artystycznym. Co wprawdzie nie ułatwia może odbioru dzieła, ale – co istotniejsze – broni twórców przed rezygnacją z rzetelności na rzecz propagandy poprawnościowej, która teraz w przestrzeni kulturowej obowiązuje.

Film Joanny i Krzysztofa Krauzów powściągliwie, lecz bez niedomówień pokazuje, że trudne, chwilami tragiczne życie pierwszej cygańskiej poetki było prostym rezultatem tradycyjnych obyczajów i właściwego wędrownym Cyganom sposobu egzystowania. Niewielka, zamknięta w taborowym getcie społeczność, niechętna „gadziom”, czyli obcym (nie-Romom), programowo przecież kultywująca analfabetyzm i podrzędną, służebną rolę kobiet oraz dominującą pozycję mężczyzn, którzy ponad pracę w rozumieniu ludów osiadłych przedkładają ludyczną triadę „kobieta, wino, śpiew”...

Decyzja o nauce czytania, a później układanie wierszy stały się zasadniczą przewiną cygańskiej dziewczynki wykraczającej poza wzorce życia w taborze. Sprzedana za sowitą opłatą wujowi na żonę, beznadziejnie zakochana w Jerzym Ficowskim, pędzi nieszczęsne życie kobiety niekochanej. Pozbawiona własnych dzieci, odsiadująca wyrok „za kurkę w warunkach recydywy”, napiętnowana przez współbraci, którzy z powodu wierszy widzą w niej zdrajczynię i renegatkę, popada w reaktywną psychozę. Nawet uratowany przez nią podczas wojny i przysposobiony „syn” Bronisławy i harfisty Dionizego, poinformowany przez życzliwych ziomków z taboru, że jest znajdą, a nie rodzonym dzieckiem – odwraca się od Papuszy.

To bardzo skrótowy opis, bo piszę nie tyle o samym filmie, lecz raczej o intrygującym sposobie jego odbioru. Co zatem dostrzegła w filmie Krauzów młoda osoba, poetka, zapewne najszczerzej przekonana o wartości tolerancji i otwartości na innych, pełna zapału do wyrównywania szans społeczności dyskryminowanych, aktywności na rzecz równouprawnienia kobiet, itd. itp.? Czy dostrzegła choćby zewnętrzną nieatrakcyjność nomadów, ich skłonność do nieproduktywnego życia chwilą, fatalne traktowanie kobiet?

Nie, skądże. Młoda, inteligentna, wykształcona kobieta, pretendująca do pozycji intelektualistki, osoby twórczej i aktywnej w przestrzeni kultury, podziękowała reżyserowi za film, który dowodzi nietolerancyjności Polaków, pokazuje brak otwartości na innych, nieumiejętność zaakceptowania obcych w ich odmienności i różnorodności. Nawet przy okazji filmu, który dotyczy zupełnie innych spraw, w publicznej dyskusji padają prostackie antypolskie stereotypy, wraz z kalką o narodowcach (to już słowa innego dyskutanta), dla których „geje, lesbijki i obcy” mogą stać się wartościowym narzędziem samopoznania.

Nie uwierzyłbym, gdybym nie słyszał tego na własne uszy. Ale właściwie nie ma się czemu dziwić, młoda osoba dowiodła tylko, że wie, gdzie szukać konfitur. Bo za prawdę o Polakach grantów z Unii ani z resortu pod dowództwem Bogdana Zdrojewskiego raczej się nie dostanie. Natomiast za powtarzanie skrajnie nieprawdziwych sloganów z agendy ideologów dżenderyzmu oraz innych siewców światowego postępu – już jak najbardziej.