strona główna arrow varia arrow Jałta 2. Niemcy w roli obrotowego

Dla lepszego zrozumienia obecnej sytuacji Ukrainy, przywołuje się często postawę premiera Neville’a Chamberlaina z 1938 roku. Niesłusznie,
bo tym razem nie mamy do czynienia z ponowieniem kapitulanckiego Monachium, lecz z ukrytą powtórką Jałty.

Jałta 2. Niemcy w roli obrotowego


Niegodziwość porozumień jałtańskich, zawartych przez zachodnich Aliantów ze Związkiem Sowieckim, polegała tym, że nagrodzono agresorów, karząc jednocześnie ich ofiary. Druga wojna światowa zaczęła się przecież od wspólnej napaści Niemiec Hitlera i Rosji Stalina na Rzeczpospolitą. Tymczasem Sowiety, potraktowane niczym zwycięskie mocarstwo, otrzymały Europę Środkowowschodnią jako własną strefę wpływów. Zachodniej części pokonanych Niemiec nakręcenie koniunktury i osiągnięcie statusu państwa dobrobytu umożliwiła amerykańska pomoc w postaci tzw. planu Marshalla. Natomiast centrum Europy, wraz z Polską, która wniosła ogromny wkład w pokonanie totalitarnych drapieżców, popadło na dziesiątki lat w zależność od komunistów.

Można to tłumaczyć stopniem sowieckiej infiltracji otoczenia prezydenta USA Roosvelta oraz głębokiej penetracji wywiadu brytyjskiego przez piątkę z Cambridge, ale usprawiedliwić już nie sposób. Dlatego w naszej części Europy Jałta stała się symbolem zdrady ideałów wolnego świata i moralnego zaprzaństwa o wiele bardziej niż kunktatorskie Monachium.

Krym: uwertura Jałty 2

W dobie ogłoszonej po 11 września 2001 roku wojnie z terroryzmem wszelkie nieautoryzowane grupy uzbrojonych mężczyzn co do zasady traktuje się jako terrorystów. Oczywiście z wyjątkiem zbrojnych grup rosyjskich cywilów na Krymie... Łatwość, z jaką ucharakteryzowane na terrorystów wojska Federacji Rosyjskiej dokonały aneksji Krymu, obciąży kiedyś pewnie konto ukraińskiej armii, choć trudno przypuszczać, żeby stało się to bez wyraźnych dyrektyw obecnych władz w Kijowie. Czy rząd Arsenija Jaceniuka postanowił odpuścić sobie kłopotliwy prezent Chruszczowa na własną rękę (oceniwszy np. dysproporcję sił zbrojnych), czy realizował zalecenia doradców zachodnich, trudno dziś powiedzieć. Dzięki temu zniknął wprawdzie problem rosyjskich baz w granicach Ukrainy, ale zrealizowana według precyzyjnego scenariusza bezkarna aneksja Krymu wzmogła tylko apetyt Kremla na dalszą parcelację ukraińskiego terytorium.

W języku ekspansywnej dyplomacji à la Ławrow nazywa się to „koniecznością federalizacji ukraińskiego państwa”, stąd paryskie spotkanie Kerryego z Ławrowem urasta do rangi złowrogiego symbolu Jałty 2. Nie tylko dlatego, że rosyjski komunikat o rezultatach spotkania dość znacznie różni się od komunikatów w mediach zachodnich, ani nawet dlatego, że na wspólnych zdjęciach sekretarz stanu USA ma niewyraźną minę, podczas gdy Siergiej Ławrow triumfalnie się uśmiecha.

Zasadnicze pytanie brzmi raczej, czy John Kerry ma w rękawie jakieś istotne argumenty, zdolne zniechęcić Rosję do dalszej agresji, czy może jesteśmy świadkami dogadywania się Kremla z Waszyngtonem w sprawie nowego podziału stref wpływów, którego ofiarą może paść nie tylko unitarny charakter państwa ukraińskiego, lecz również nienaruszalność jego granic.

NATO nie dla Ukrainy?

Przy całym zrozumieniu i szacunku dla wolnościowych aspiracji Ukraińców oraz podziwie dla ich determinacji, coraz trudniej oprzeć się przekonaniu, że rewolucja Majdanu oraz ucieczka Janukowycza uruchomiły niestety proces rozbioru Ukrainy. To oczywiście tylko hipoteza robocza, która jednak znajduje potwierdzenie zarówno w długofalowych prognozach Zbigniewa Brzezińskiego, jak i w całkiem świeżej analizie wypadków za naszą wschodnią granicą, pióra Jana Parysa, pierwszego cywilnego ministra obrony RP.

„W Polsce już 13 lutego br. sformułowano opinię o tym, że tylko neutralizacja Ukrainy może ocalić terytorialną integralność Ukrainy, wskazywano jako wzór neutralizację Austrii z 15 maja 1955 r. Niezwykle trafne opinie na temat Ukrainy przedstawił też europarlamentarzysta PO Saryusz Wolski. O konieczności finlandyzacji Ukrainy jako cenie za utrzymaniu całego terytorium pisał Brzeziński 24 lutego br. Niestety glosy rozsądku, które biorą pod uwagę układ sił są ignorowane. Wśród dyplomatów europejskich dominuje podejście emocjonalne, moralistyczne i prawnicze. (...) Próba prowadzenia polityki zagranicznej w oderwaniu od układu sił jest skazana na niepowodzenie. Ukraina jako kraj średniej wielkości i na dodatek o słabym państwie nie może walczyć z układem światowym. Wybory czy nowa konstytucja nie rozwiązują głównego problemu Ukrainy, którym są stosunki z mocarstwami, a zwłaszcza z tym leżącym najbliżej. Czas powiedzieć publicznie: Zachód może Ukrainę wspierać, ale nie będzie o nią prowadził wojny z Rosją” – napisał m.in. dr Parys.

Jan Parys przypomina, że godząc się na podpisane w roku 1994 Memorandum Budapeszteńskie (gwarancje suwerenności, w zamian za rezygnację z trzeciego co do wielkości potencjału atomowego) Ukraina sama niejako zaakceptowała status protektoratu. Ta konstatacja, owszem realistyczna i utrzymana w duchu politycznego pragmatyzmu, entuzjazmu Ukraińców ani naszego budzić nie może, bo stanowi rodzaj przyzwolenia na kolejną Jałtę. A przecież Polacy zbyt dobrze pamiętają, czego – jako naród – doświadczyli po roku 1945, gdy na straty wojenne i koszmar okupacji niemieckiej nałożyła się nie mniej tragiczna w skutkach długoletnia dominacja sowiecka.

Business über Alles czy odwrócone sojusze

Ewentualna współczesna Jałta, którą najboleśniej odczują przede wszystkim Ukraińcy, do Ukrainy się nie ograniczy. Tzw. reset, jeśli Stany Zjednoczone nie znajdą w sobie niezbędnej stanowczości, może objąć cały region Europy Środkowowschodniej. Wszystkim, których zadowoliła „zdecydowana” podobno postawa prezydenta USA w Brukseli, trzeba przypomnieć, że to ten sam polityk, który jakiś czas temu tłumaczył się ukradkiem Kremlowi, że twarde słowa są koniecznością w czasie kampanii przed reelekcją na drugą kadencję.

Warto też pamiętać, że Barack Obama samodzielnie o polityce USA nie decyduje, lecz jest raczej frontmanem, który postanowienia grupy realnie trzymającej władzę, ma w strawny sposób przedstawić elektoratowi. Chłodna analiza faktów wskazuje, że wspomniana wyżej grupa nie tyle maksymalizuje korzyści Stanów Zjednoczonych czy obywateli Ameryki, tak jak my bylibyśmy skłonni je rekonstruować, lecz zabiega głównie o efektywne sterowanie globalną gospodarką oraz finansami świata.

Inaczej też wyglądają nowe taktyczne sojusze. Ławrow w targach z Kerrym o ustępstwa na Ukrainie może podbijać stawkę, bo trzyma w ręce ważne dla USA oraz Izraela karty: afgańską, syryjską, irańską. W dodatku, gładki zabór Krymu przez rosyjskich zbrojnych turystów legitymizuje postawa Unii Europejskiej. Owszem, polski premier dostał swoje antyrosyjskie pięć minut, ale teraz coraz wyraźniejsze stają się w krajach unijnych „głosy opamiętania i odpowiedzialności”.

Czarny scenariusz drugiej Jałty przybliżają zwłaszcza najświeższe głosy dochodzące z Niemiec. Politycy, w tym dwaj byli kanclerze, ale także liderzy środowisk gospodarczych nie kryją swego przyzwolenia dla agresywnych i militarnych działań Putina. To zresztą całkiem zrozumiałe wobec powiązań gospodarczych między naszymi wielkimi sąsiadami. Niedawna sprzedaż przez niemiecki koncern energetyczny RWE spółki wydobywczej gazu i ropy Michaiłowi Fridmanowi, oligarsze z Federacji Rosyjskiej, nieźle to ilustruje. I czyni całkiem prawdopodobnym twierdzenie, że Rosja i Niemcy porozumiały się nie tylko w sprawie Nord Streamu czy budowy wyposażonego w technologie Bundeswehry centrum szkolenia armii w Mulinie, pod Nowogrodem Niżnym, lecz np. również w sprawie podziału Ukrainy na część południowo-wschodnią, zależną od Rosji, oraz na część zachodnią, ewentualnie środkowo-zachodnią, która pod nazwą Respublika Hałyczyna znalazłaby się z kolei w orbicie wpływów niemieckich.

Po co komu ten Kłyczko

Jeśli o nowym sposobie urządzenia Europy i podziale europejskich rynków (co brzmi nowocześniej niż podział stref wpływów) miałyby w przyszłości decydować wyłącznie bliskie relacje Niemcy–Rosja, to Stany Zjednoczone wcale nie muszą być tym zachwycone. Pamiętne, brzmiące twardo, niczym z Ławrowa, słowa Victorii Nuland, nagrane i upublicznione w sieci, zdają się to potwierdzać.

Pani Nuland, prywatnie żona Roberta Kagana, wybitnego amerykańskiego neokonserwatysty, jest od roku zastępcą sekretarza stanu ds. Europy i Eurazji. Wcześniej pełniła funkcję ambasadora Stanów Zjednoczonych przy naczelnym dowództwie NATO w Brukseli. Pani wiceminister sprawia wrażenie osoby pewnej siebie, zdecydowanej, przywykłej do formułowania wyrazistych ocen, czemu dała wyraz w początkach roku, kwestionując m.in. polityczne kompetencje Witalija Kłyczki. Ale w tym, co mówi, przejawiają się raczej napięcia między USA i Niemcami: jak choćby przypadek Snowdena, podsłuchiwanie kanclerz Merkel, kijowski Majdan.

Czy rozbiór Ukrainy, ewentualnie wyłuskiwanie kolejnych regionów ze sfederalizowanego, jak żąda tego Moskwa, państwa ukraińskiego jest w dzisiejszej Europie możliwe? Niestety, wbrew iluzjom Fukuyamy, wręcz całkiem prawdopodobne. Dla łatwiejszej legitymizacji takiego posunięcia główni udziałowcy do okruchów z pańskiego stołu chętnie dopuściliby nawet Węgry, Rumunię i Polskę. Kuriozalne listy, jakie Władymir Żyrinowski skierował niedawno do resortów spraw zagranicznych tych trzech państw, były właśnie rodzajem politycznego sondażu w tej sprawie.

Ukraina, Europa i świat mają przed sobą trudny okres. Sposób przejęcia Krymu, przyzwolenie na znaczne uszczuplenie zasobów militarnych Ukrainy, wreszcie zawoalowana zapowiedź braku militarnych działań ze strony NATO – wskazują pośrednio, jakie stanowisko zajmą w tej sprawie Stany Zjednoczone. Nadmierną szczerość deklaracji prezydenta USA skrytykował nawet Zbigniew Brzeziński. Cóż, nie wszyscy w ekipie Baracka Obamy odznaczają się charakterem pani Nuland.

(3 kwietnia 2014)

autorska wersja tekstu z tygodnika "wSieci" nr 14 (70) 2014, 14-20 kwietnia