strona główna arrow na gorąco arrow Gadziecho i Lezuraj

13 grudnia 2013

„Gadziecho” i Lezuraj

Z Adalbertem Lezurajem było tak: do stanu wojennego w grodzie pod Wawelem wychodziły Gazeta Krakowska i Dziennik Polski przed południem, oraz typowa popołudniówka Echo Krakowa. Po 13 grudnia 1981 roku wojskowi uznali jednak, że to zbytek łaski i wszystkie, ich zdaniem istotne treści, postanowili upchnąć w jednym pakiecie. Łatwiej wtedy zapewnić moralno-polityczną jedność narodu z partią, łatwiej też kontrolować działania tych, którzy mają się tym zająć profesjonalnie.


Tzw. weryfikacja dziennikarzy pozwoliła staro-nowej władzy pozbyć się osób nieposłusznych, z różnych względów dla wojskowych niewygodnych. Było prościej i łatwiej: codziennie krakowianie mieli do wyboru tylko jedną gazetę, ale za to z winietą, w której – chyba dla podkreślenia pluralizmu – jeden nad drugim widniały wszystkie trzy dotychczasowe tytuły:

                                           Gazeta Krakowska
                                           Dziennik Polski
                                           Echo Krakowa.

Po kilku dniach ludzie się z tą nowinką oswoili i kupując w kiosku egzemplarz organu władz wojskowych (jeśli komuś nie wystarczała coraz obficiej drukowana bibuła) prosili kioskarza o Ga-Dzie-Echo. Nowa nazwa szybko się przyjęła i spopularyzowała, a nawet wręcz zleksykalizowała do fantazyjnego skrótowca „Gadziecho”, wymawianego miękko, niemal pieszczotliwie, z charakterystycznym przeciągnięciem sylaby środkowej. Takie właśnie były początki bardzo modnej niedawno wśród młodych kultury derywatów.

Zabawa w kupowanie „Gadziecha” szybko się jednak znudziła, ileż w końcu razy można się znęcać nad Bogu ducha winnym kioskarzem. „Wojenny” zlepek trzech krakowskich tytułów prasowych słabo się sprzedawał, toteż po pewnym czasie wydawcy tego cymelium, zmartwieni słabym odbiorem swego produktu, dokonali jego dekonstrukcji, choć nie znali jeszcze nawet tego słowa.

*

Wróciła Gazeta Krakowska i dwa pozostałe tytuły, ale wstręt do oficjalnej prasy w dużej mierze pozostał. Zwłaszcza że podziemna konkurencja rosła w siłę: coraz większa oferta, ciekawsza szata graficzna, humor i cięty język przyciągały bardziej niż napuszone, nieszczere oficjałki.... Chyba tylko raz nakład „Krakowskiej” zniknął z kiosków do południa. A w Warszawie przybyszom z Krakowa płacono za egzemplarz nawet sto złotych.

Było tak: z początkiem 1983 roku redakcja Gazety Krakowskiej wprowadziła rubrykę „Koncert Życzeń”, formę sprawdzoną i bardzo popularną w Polskim Radio czasów PRL-u, testowaną (chyba bez większych sukcesów) w telewizji, ale w prasie raczej nieobecną. Za wpłatę na konto Społecznego Funduszu Odnowy Zabytków Krakowa można było zamieścić na łamach gazety życzenia dla bliskich, znajomych czy przyjaciół.

Rubryka miał żywot krótki, lecz burzliwy. W wydaniu z 18 marca 1983, pojawiły się bowiem życzenia tej treści:

Pan ADALBERT LEZURAJ – Kraków, ul. Warszawska 12/13: z okazji urodzin spełnienia wszystkich marzeń – życzy Mama, Polcia i dołączają się Leszkowie
z dziećmi.

Autorką ogłoszenia, wzorowanego na konceptach z czasów okupacji niemieckiej, była Ewa Śledziewska, pracownik naukowy Wydziału Chemii Uniwersytetu Jagiellońskiego, członkini krakowskiego Klubu Wysokogórskiego, inicjatorka i współautorka konspiracyjnego pisma „Sygnał”. Gazetę z życzeniami dla Lezuraja od rana wyrywano sobie rąk, Kraków śmiał się do rozpuku. Wiedza o tym, że Adalbert jest łacińskim odpowiednikiem polskiego imienia Wojciech, wkrótce stała się niemal powszechna. Zdekodowanie reszty komunikatu nie nastręczało żadnych trudności. Co aktywniejsi mieszkańcy Kleparza upewniali się, że adres Warszawska 12/13 jest fikcyjny...

Cenzor musiał pluć sobie w brodę: ta Mama Polcia, przymaskowana chytrze wstawionym przecinkiem, i do tego jeszcze Leszkowie z dziećmi, po prostu horrendum! W redakcji też zrobiło się gorąco, a eksperymentalna rubryka wkrótce
z łamów „Krakowskiej” zniknęła.