strona główna arrow na gorąco arrow Rok 1989: Rację mieli radykalni

5 czerwca 2013

Rok 1989: Rację mieli radykalni

Napis pojawił się wiosną 1989 roku. Dość duże litery zapewniały dobrą czytelność,
ale ich regularny krój i kolor farby zharmonizowany z szarą elewacją bursy przy ulicy Ingardena, zupełnie pozbawiały go agresywności. Czy choćby tylko propagandowego natręctwa. Może dlatego, mimo swej politycznie drażliwej treści przetrwał co najmniej przez kilka lat.

Postrzegano mnie wtedy jako osobę o poglądach raczej radykalnych niż umiarkowanych. Dlaczego? Bo nie kryłem się z przekonaniem, że w tzw. środowiskach opozycyjnych na każdych trzech knujących (jak mówił o konspirowaniu Wacek T., sezonowo ze mną zaprzyjaźniony) co najmniej jeden – z przymusu czy własnego wyboru – z pewnością zajmuje się donosicielstwem.

(Po latach okazało się zresztą, że zasięgu infiltracji mocno nie doszacowałem, przynajmniej jeśli idzie o kierownicze gremia konspiry w skali całego kraju. Przeciwdziałaniem w osiągnięciu celów, deklarowanych i przyjętych przez miliony patriotycznie usposobionych Polaków, zajmowała się pewnie połowa albo i dwie trzecie spośród person wykreowanych na liderów ogólnonarodowego ruchu. Oczywiście,
nie mam tu na myśli wyłącznie esbeckich delatorów, lecz również funkcjonariuszy wszelkich, nie tylko peerelowskich służb oraz zupełnie dobrowolnych już agentów wpływu antypolskiej Trzeciej Siły).

Wspominam o tym nie bez kozery, bo nawet mnie, dalekiemu przecież od naiwnego entuzjazmu, ów napis, choć polityczne cele jego głosicieli były mi bardzo bliskie, wydał się przesadzony w swym radykalizmie. Chciałem wierzyć, że jest nadmiernie kasandryczny, przesadnie ostrożnościowy, zbyt mało pragmatyczny.

Nie przypuszczałem wtedy, że tzw. nasi własne listy wyborcze skroją pod III RP,
że łamiąc obowiązującą ordynację, uratują listę krajową komunistów odrzuconych przez naród w pierwszej turze czerwcowych wyborów, że półgłosem wybiorą Jaruzelskiego na prezydenta rzekomo wolnego już kraju, że zagłosują za premierem Kiszczakiem, który szczęśliwie nawet w tamtym sejmie uwolnionym z kagańca zaledwie w jednej trzeciej nie dostał wystarczającego poparcia na solistę-frontmana procesu transformacji. Więc dyrygując m.in. niszczeniem esbeckich akt, musiał działać z pozycji szarej eminencji w nominalnie solidarnościowym rządzie Mazowieckiego.

Po latach trudno żywić jakieś wątpliwości. Skrzecząca rzeczywistość po wielekroć już dowiodła, że rację mieli opozycjoniści z kręgów Solidarności Walczącej, którzy wiosną 1989 roku na murze krakowskiej bursy przy ulicy Ingardena, róg Oleandrów (!), sformułowali niedocenione (wówczas także przeze mnie) ostrzeżenie:


   WYBORY – ZGODA NA KOMUNIZM