strona główna arrow na gorąco arrow Manifest pani minister

13 lutego 2013

Manifest pani minister

Według Barbary Kudryckiej, prawo do „zarażania studentów swoim światopoglądem” mają tylko ci nauczyciele akademiccy, którzy przyjęli
wersję Anodiny i popierają rządzących.



Na oficjalnej stronie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego pojawił się komentarz do przygotowanego pod kierunkiem prof. Andrzeja Zolla Kodeksu Etyki Pracownika Naukowego. Tekst pióra minister Kudryckiej, zatytułowany „Sumienność i sumienie naukowca”, przyjął – chyba wbrew zamierzeniom autorki, a z pewnością wbrew oczekiwaniom polskich środowisk naukowych – postać osobliwego manifestu politycznego.

Wskazując na plagiat, fałszowanie badań oraz nepotyzm, jako główne przykłady naruszeń norm etycznych przez osoby aktywne w sferze nauki, pani minister pisze,
że „nie mniej ciężkim przewinieniem jest choćby próba zarażania studentów swoim światopoglądem – zwłaszcza gdy ten światopogląd wymyka się regułom uznawanej powszechnie wiedzy, dotychczasowym ustaleniom naukowym i rzetelnej metodologii. A nieraz nawet przeczy regułom zdrowego rozsądku”.

Twierdzenie to można by w zasadzie uznać za oczywistość. Ale co w takim razie
w programach placówek podlegających MNiSW robią zajęcia z zakresu feminizmu
czy gender/queer studies? Cóż te skrajnie zideologizowane konstrukty teoretyczne, hołubiące wizję przebudowy ludzkich społeczeństw mają wspólnego z „uznawaną powszechnie wiedzą”, a zwłaszcza z „rzetelną metodologią”? Przecież w najlepszym razie jest to rodzaj szlachetnie motywowanego chciejstwa (modniej będzie powiedzieć wishful thinking), które w modelowy wręcz sposób przeczy przywoływanemu
przez panią minister zdrowemu rozsądkowi.

Podobnie ma się sprawa z „próbami zarażania światopoglądem”, choć tu najpierw trzeba by ustalić, o jakim „zarażaniu” mowa? Nie przypuszczam, żeby pani minister szło o znaczenie dosłowne, czyli o coś w rodzaju niefrasobliwej aktywności Michela Foucault z lat 80. w amerykańskich campusach. Należy zatem sądzić, że prof. Kudrycka ma raczej na myśli przekazywanie pewnej wizji świata: rodzaju postaw, systemów wartości, wzorców zachowań.

Trudno jednak wyobrazić sobie szkołę wyższą całkowicie takiego transferu pozbawioną, bo przecież mistrzowie – przekazując oprócz wiedzy także postawy i wartości – nie tylko kształcili, ale i kształtowali swoich uczniów. Jak uniwersytet uniwersytetem,
na tym od zawsze opierała się relacja mistrz-uczeń. I to właśnie, mimo wszelkich nieuchronnych i potrzebnych zmian, wydaje się zasadniczo nieusuwalne, trwałe, niezbędne.

Nie bez znaczenia natomiast pozostaje rodzaj wpajanych studentom, czyli transferowanych w przyszłość wartości. Dopóki są to, używając modnego żargonu, plusy dodatnie – nie ma sprawy. Gorzej, gdy szermierze zmiany za wszelką cenę podejmują się upowszechniania tzw. postępowych idei i poglądów, które w obecnej dobie najczęściej przyjmują niestety postać antywartości.

Zauważa to chyba także minister Kudrycka, pisząc z sarkazmem, że „Od czasu
do czasu w salach wykładowych zjawiają się jednak apostołowie rozmaitych prawd objawionych...”. Trafna uwaga, ale jeśli tak, to dlaczego kontakt ze studentami
wciąż jeszcze mają takie osoby jak np. Magdalena Środa, zabawna wprawdzie
w swym antyreligijnym zacietrzewieniu, ale też niekryjąca zamiaru „zarażania takim światopoglądem” wielu młodych osób?

Wiem oczywiście, że transfer antykatolickich bądź polonofobicznych uprzedzeń,
w wykonaniu prof. prof. Środy, Jacka Hołówki, Zbigniewa Mikołejki, Feliksa Tycha czy Aliny Całej specjalnie pani minister nie martwi. Podobnie jak zarażanie światopoglądem przez nadaktywne środowisko autorytetów związanych z „Krytyką Polityczną”. Panią minister martwią raczej kruszące monopol mainstreamu media ojca Rydzyka CSsR, niepokoi ją również nieuzgodniona z Anodiną i Millerem wersja unicestwienia tupolewa, jaka się może wyłonić się ze smoleńskich oparów, rozpraszanych dzięki wysiłkom niezależnych badaczy. „Zdarzają się (...) fizycy, gotowi przysiąc, że tupolew został zestrzelony rosyjską rakietą w sztucznej mgle albo medioznawcy twierdzący, że ojciec Rydzyk jest fundamentem demokracji w Polsce” – pisze Kudrycka ze swadą godną zręcznego harcownika-polemisty.

I tu właśnie zaczyna się problem, bo ujawniając z publicystycznym zacięciem w witrynie resortu własne poglądy i preferencje, pani minister zrobiła właśnie to, co pozornie
w swoim tekście krytykuje: zajęła stanowisko w trwającym dziś w Polsce sporze politycznym. Opowiadając się – doprecyzujmy – po stronie sprawujących władzę.

Oczywiście, prof. Kudrycka ma pełne prawo do takich poglądów i swobodnego
ich wyrażania, więc gdyby swój niepozbawiony sarkazmu komentarz opublikowała wyłącznie (a nie również) w portalu Tomasza Lisa i zrobiła to jako pracownik naukowy jednej z wielu polskich wyższych uczelni prywatnych, nie byłoby żadnego problemu. Niestety, Barbara Kudrycka wyzłośliwia się jako minister. I zgłasza zamiar ograniczenia praw obywatelskich tej części profesury, która żywi przekonania i głosi opinie odmienne od certyfikowanych przez ekipę rządzącą.

Nic dziwnego, że ponad 500 profesorów, zbulwersowanych zarówno treścią komentarza, jak i wykorzystaniem pełnionej przez Kudrycką funkcji ministerialnej, wyraziło w liście otwartym sprzeciw wobec tak jaskrawej próby ograniczenia niezależności środowisk naukowych.