strona główna arrow kultura arrow Przypadłości wzorowego pacjenta

Gawęda stołeczna, historyczny quasi-reportaż, sfabularyzowana autobiografia? Niełatwo ten późny debiut Waldemara Pernacha zakwalifikować. Ale przeczytać warto, bo to ważna książka.

Przypadłości wzorowego pacjenta


Chłopak z Pragi, absolwent Technikum Energetycznego, pracownik Huty Warszawa. Po wymuszonym odejściu z huty, ostro awansujący w energetyce, skąd
– już jako prezes Państwowych Sieci Elektroenergetycznych–Centrum – odszedł na emeryturę. Za Gierka niedoceniony innowator. Współpracownik KOR, założyciel NSZZ Solidarność w energetyce, internowany związkowiec, opozycjonista-konspirator, wydawca. Pasjonat kolarstwa i turystyki górskiej. Malarz-amator, publicysta-społecznik.
I na dodatek, jak dowodzi tego „Wzorowy pacjent”, powieściopisarz.

Życie bez retuszu

Fascynacjami, anegdotami z życia, pracą zawodową i działalnością społeczną, usiłowaniami i dokonaniami, które wypełniają biografię Waldemara Pernacha, można by śmiało obdzielić kilka życiorysów. Dobrze się stało, że autor postanowił opowiedzieć
o swoich doświadczeniach. I że swoim sfabularyzowanym wspomnieniom z lat przeszło sześćdziesięciu nadał kunsztowny kształt literacki.

Autor „Opowieści warszawskich z PRL-u” (tak brzmi podtytuł książki) pisze,
że nie chciano mu wydrukować wspomnień z pracy w hucie. Były nazbyt szczere, zbyt dosłownie opowiadały o usankcjonowanym peerelowskim obyczajem złodziejstwie,
o przepaści między oficjalnym obrazem stosunków w tzw. socjalistycznym zakładzie pracy a codziennością.

Ot, choćby taka przykładowa scenka z popijawy po partyjnej naradzie:


„(…) powiem ci tak szczerze, jak kolega koledze, tak po partyjnemu, ty jesteś dobry chłopak, nawet dobry fachura, ale głupi. Ty wiesz, kto to nasz dyrektor, nie wiesz, to Żyd. Bądź z nami. Jak go wysadzimy, ja wlize na jego stołek, a ty zostaniesz naczelnikiem, rozumiesz naczelnikiem, inaczej nie masz szans.

Pamiętam, że się wtedy strasznie śmiałem. On skonsternowany pyta o powód.

– Słuchaj, stary – odpowiadam – dlaczego ty chcesz posunąć swego pobratymca? Ponoć Żydzi trzymają się razem?

Mój interlokutor energicznie oponuje:

– Coś ty wariat, ja Żyd, kto ci to powiedział?

– Wszyscy to mówią – odpowiadam bezczelnie.

Faceta zmyło. To był chyba mój najlepszy przewał w tamtych czasach”.


Wtedy nie mówiło się jeszcze o politycznej poprawności, ale kanon tego,
co dopuszczalne w sferze publicznej, istniał i obowiązywał, bo czuwała nad tym instytucjonalna cenzura. Powstanie Solidarności w znacznej mierze wynikało właśnie
z niezgody na dwa języki opisu świata, które nijak do siebie nie przystawały.

Lepszy od Tyrmanda

Waldemar Pernach od początku wybrał język konkretu. Potoczny, bywało,
że gruby i dosadny, trudny do akceptacji dla natur nadto wrażliwych lub osób z tzw. manierami, dobrze za to zdający sprawę z faktów. Przesądziło o tym dzieciństwo i lata młodzieńcze spędzone na Pradze: buszowanie w powojennych ruinach, Bazar Różyckiego, kontakty z ferajną, obcowanie z brutalną rzeczywistością tamtych lat.
Co więcej, przywiązanie do konkretu, wzmocnione klasycznymi wzorcami, czerpanymi od kilku prawdziwych przedwojennych nauczycieli oraz starego księdza z kościoła na Tamce, oznaczało również wybór prawdy, szacunek dla narodowych tradycji, postawę patriotyczną, silną aprobatę dla niepodległościowych zrywów. A w konsekwencji praktyczny antykomunizm, zakończony internowaniem w Białołęce.

„Wzorowy pacjent” imponuje brawurową narracją, która aż skrzy się od mnogości anegdot, wierszyków, powiedzonek, śpiewek oraz postaci, ewoluujących wraz z biegiem tej warszawskiej, ale i polskiej opowieści. Teresa Bochwic napisała wręcz, że bardziej ceni realizm i plastyczność opisów miasta w prozie Pernacha,
niż ich odpowiedniki w „Złym” Tyrmanda. A mnie łatwo się pod tą opinią podpisać.

Spowiedź na dwa głosy

Waldemar Pernach swoistą spowiedź z życiowej wędrówki rozpisał na dwa głosy: narratorem pozostaje tytułowy wzorowy pacjent („WP” to także inicjały autora!), ale to ten Drugi, towarzysz szpitalnej niedoli, z lekka tylko osładzanej popatrywaniem na kibić fertycznej pielęgniarki, opowiada o rozpoznawalnych faktach
z życia autora i jego rodziny. Bogactwo treści, które Pernach zawarł w swym późnym debiucie książkowym, niełatwo uporządkować. Opowieść o życiu najpierw w tuż powojennej, później już w gomułkowskiej Warszawie tchnie autentyzmem. A chwilami, jak w przypadku Jadzi, żony Alusia, zmarnowanej do cna gdzieś w praskiej melinie, wręcz poraża.

Później zawiedzione oczekiwania z czasów Gierka. Dopiero powstanie Solidarności przywróciło ludziom nadzieję na lepsze życie, na choćby częściową emancypację. Ale tamto ożywienie i wzmożona aktywność społeczna Polaków zostały zdradzone nocą z 12 na 13 grudnia. Okres stanu wojennego i działalności konspiracyjnej sprzyjały powrotowi do gorączkowych dysput nad sensem narodowo-wyzwoleńczych zrywów, nad ich możliwą strategią, nad skuteczną taktyką. Echa tamtych nocnych rozmów, dawnych ideowych sporów osaczają wzorowego pacjenta podczas bezsennych szpitalnych nocy, niekiedy osiągając temperaturę majaków czy wizji niczym z arcydramatów Wyspiańskiego. Z zachowaniem proporcji, oczywiście.

Sowa krąży nad pacjentem

Pod koniec książki autor włącza dopalacze. Rozpamiętywany romans z namiętną blondynką, ingerencja służb, lobbing, szantażowanie pacjenta niewątpliwie przekraczają codzienność szpitali NFZ. Jeśli taki, przypominający raczej książki le Carrégo niż filmy
z Bondem, wątek pojawia się w stroniącej przecież od tanich sensacji książce Pernacha, to znaczy, że autor chce nam coś ważnego przekazać.

Próba rekonstrukcji może wyglądać tak: Jeśli Polska ma być Polską, to zbiór zastrzeżony IPN musi zniknąć. Nie, nie idzie o to, by go spalić lub zabetonować. Przeciwnie, ten zbiór powinien jak najszybciej znaleźć się w internecie, bo tylko wtedy zdołamy przerwać reprodukcję wielopokoleniowych klanów funkcjonariuszy resortu bezpieczeństwa, opanowujących kolejno sfery mediów, kultury, polityki i gospodarki.
A przy okazji, odbierzemy stolicom kilku państw świetne narzędzie do rozgrywania agentury wpływu.

Opcja zerowa wydaje się niezbędna. Instytucje suwerennego państwa, zwłaszcza jego służby specjalne trzeba budować na surowym korzeniu, nie nabierając się na pozornie rozsądne, ale z pewnością interesowne argumenty Sowy. Nowe służby trzeba oprzeć na ludziach urodzonych po 1983 roku, ale tylko na takich, którzy nie mieli dziadzi w resorcie.

Skąd to wiem? Waldemar Pernach, czuły na wdzięki pań, na grę świateł u europejskich mistrzów pędzla, używa koloru z pełną dyscypliną. Nie tylko w swych obrazach, lecz także, a może przede wszystkim w powieści, skonstruowanej wokół wątków własnej biografii. To nie przypadek, że rdzawy (odcień czerwieni) robaczek, którego z framugi zdmuchnął w prologu powiew świeżego powietrza, na koniec znów z uporem pnie się w górę. Ale teraz ma już barwę złota. Barwę pieniądza kruszcowego.



Waldemar Pernach, „Wzorowy pacjent. Opowieści warszawskie z PRL-u”. Wydawnictwo Trio, Warszawa 2011.

„Tygodnik Solidarność” nr 17, z 20 kwietnia 2012