strona główna arrow varia arrow Rozpada się potiomkinowska atrapa

W drugą rocznicę narodowej tragedii, podczas której doszło do zagłady polskiej delegacji państwowej na obchody 70. rocznicy katyńskiego ludobójstwa, naszą wiedzę o okolicznościach i przyczynach śmierci blisko stu osób – z urzędującym prezydentem Rzeczypospolitej, ostatnim prezydentem RP na Wychodźstwie, generalicją i zwierzchnikami kilku niezmiernie ważnych dla państwa instytucji – nadal jeszcze okrywa smoleńska mgła.


Rozpada się potiomkinowska atrapa


Po praktycznym, choć niestety nie formalnym, zdezawuowaniu raportów obu cywilnych – rosyjskiej i polskiej – komisji badania wypadków lotniczych, wiemy już jednak, że rozpisana na wiele głosów i wtłaczana przez media obu krajów wersja tzw. pancernej brzozy nie ma żadnego pokrycia w faktach. Nieprawdziwe okazały się też upowszechniane od pierwszych chwil po zdarzeniu wersje cząstkowe, ze szczególnie odrażającą w naszej kulturze próbą przerzucenia winy na ofiary, i to jeszcze przed podjęciem jakichkolwiek czynności śledczych.

W obliczu traumy, która nie znajduje odpowiednika w naszej powojennej historii, Polacy jako naród zdali egzamin. W pierwszym szoku, w poczuciu najgłębszej żałoby, potrafili przyjąć właściwą hierarchię hipotez: błąd ludzki, awaria maszyny, udział osób trzecich. Racjonalna postawa wymaga, żeby przy uwzględnieniu wszystkich możliwych wersji zdarzenia, podjąć i przeprowadzić rzetelne badanie, które umożliwi stopniową eliminację przypuszczeń, nieznajdujących potwierdzenia w materiale dowodowym. Prawidłowo przeprowadzone sekcje zwłok pozwoliłyby nie tylko udzielić odpowiedzi na pytanie o realne przyczyny zgonu, ale także wyeliminować np. hipotezę użycia ładunku niekonwencjonalnego, czyli sfalsyfikować tezę o zamachu. Natomiast właściwe zabezpieczenie i przebadanie wraku stworzyłoby możliwość sfalsyfikowania hipotezy o awarii maszyny.

Po dwóch latach, z przerażającą oczywistością widać, że podobnej racjonalności nie przejawili ani podwładni Edmunda Klicha, ani polscy śledczy z Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Co gorsza, błędy proceduralne popełnione na wszystkich etapach przygotowywania podróży prezydenta Lecha Kaczyńskiego i towarzyszących mu osób, jak wykazał niedawno raport NIK, jasno dowodzą, że wbrew dobremu samopoczuciu obecnej władzy, państwo polskie egzaminu nie zdało. Na wiele sposobów, także
w wymiarze ściśle politycznym.

To, co dziś może zdumiewać najbardziej, to naiwne myślenie życzeniowe,
że sprawę smoleńskiej zagadki uda się może jakoś zaklajstrować, a Polacy przejdą do porządku dziennego nad kolejno demaskowanymi kłamstwami o cywilnym, a właściwie niemal prywatnym locie rządowego tupolewa do Smoleńska, o obecności w kokpicie generała Błasika, o starannym przekopywaniu ziemi na metr głęboko, o profesjonalnych sekcjach, wykonywanych jakoby ramię w ramię przez polskich i rosyjskich specjalistów.

Pod naporem faktów, dzięki nieustępliwej postawie części rodzin ofiar oraz staraniom kierowanego przez Antoniego Macierewicza zespołu parlamentarnego potiomkinowska atrapa smoleńskiej tragedii ulega systematycznemu rozpadowi. Szczególnego znaczenia nabiera lista nieprawidłowości i zaniechań, bezpośrednio
po zdarzeniu oraz później w Moskwie, sformułowana przez dr. Michaela Badena, wybitnego specjalistę we zakresie patomorfologii z New York University, którego
po budzących zażenowanie przepychankach, dopuszczono ostatecznie do sekcji
zwłok Janusza Kurtyki na prawach obserwatora.

Na wymagalne w świetle polskiego prawa obdukcje ofiar zdarzenia pod Smoleńskiem jest dziś o blisko dwa lata za późno. Śluzówka, w której mogłyby się przechować ślady użycia niekonwencjonalnego ładunku wybuchowego, mogła przetrwać nie dłużej niż kilka, najwyżej kilkanaście tygodni po pochówku. Innego możliwego źródła takich śladów, czyli kamizelek funkcjonariuszy BOR strona rosyjska dotąd również nam nie zwróciła. Dlatego, zwłaszcza wobec wniosków, wynikających z sekcji zwłok wicepremiera Przemysława Gosiewskiego oraz prezesa IPN Janusza Kurtyki, trzeba jak najszybciej przeprowadzić ekshumację i badania rentgenowskie ciał pozostałych 93 ofiar. To są aż nazbyt oczywiste wnioski.

Mimo że z każdym dniem szanse na wyświetlenie prawdziwych okoliczności zdarzenia maleją, Polacy z takich prób nie zrezygnują. Nie zna nas, kto myśli inaczej. Szkoda tylko, że po dwóch latach polskiego śledztwa, sposób jego prowadzenia, bardziej chyba niż mierne rezultaty, które można częściowo tłumaczyć obstrukcyjną postawą strony rosyjskiej, nakazuje odwrócić przyjętą początkowo hierarchię hipotez.
I uznać, że racjonalnie prowadzone postępowanie należałoby zacząć od gruntownego przebadania hipotezy zamachu.

„Tygodnik Solidarność” nr 15, z 6 kwietnia 2012