strona główna arrow varia arrow Czy poznamy prawdę o Smoleńsku

Po dwudziestu sześciu miesiącach od smoleńskiej traumy, wciąż nie wiemy, co było przyczyną zagłady rządowego tupolewa. Dzięki dociekliwości wielu osób z kraju i zagranicy, udało się wykazać, że obie wersje oficjalne
– raport MAK i raport komisji Millera – nie mają zakorzenienia w faktach. Niestety, śledztwu NPW brakuje dynamiki i determinacji w gromadzeniu niezbędnych dowodów.

Czy poznamy prawdę o Smoleńsku

Wrak tupolewa_fot. Zuzanna Kurtyka


Do dziś nie wiadomo, dlaczego rząd Tuska tak gładko ustąpił pola stronie rosyjskiej. Nie skorzystał z dwustronnej umowy z roku 1993, nie zastrzegł sobie prawa do współprowadzenia śledztwa czy choćby możliwości niezależnego od strony rosyjskiej gromadzenia dowodów w sprawie. Oddał walkowerem wszystko, co teraz
po katastrofie superjeta suchoj wywalczyła sobie w Indonezji Rosja. Wystarczy pamiętać o kilkudziesięciu ekspertach Federacji Rosyjskiej wysłanych na miejsce katastrofy w związku ze śmiercią kilkorga obywateli: załogi samolotu i przedstawicielki prywatnego koncernu lotniczego.

Wrak jako dowód w sprawie

Tymczasem z polskim rządowym tupolewem, który 10 kwietnia 2010 uległ zagładzie pod Smoleńskiem, strona rosyjska robiła, co chciała. Cięcie przewodów hydraulicznych i wybijanie okien, w których za sprawą wielowarstwowej konstrukcji szyb musiała się przechować pamięć o naprężeniach, jakie towarzyszyły unicestwieniu samolotu. Wielomiesięczne składowanie pod gołym niebem i odsuwanie terminu przekazania nam naszej własności. Wreszcie „umycie” podstawowego dowodu, jakim
w przypadku zdarzeń lotniczych pozostaje zawsze wrak samolotu. Boleśnie pamiętamy ciąg tych wydarzeń, który dowodzi, że z jakichś względów funkcjonariusze państwa rządzonego przez Władimira Putina postanowili uniemożliwić zbadanie i włączenie szczątków roztrzaskanej maszyny jako dowodu w postępowaniu wyjaśniającym.

Naprzeciw takiemu konceptowi strony rosyjskiej już dawno temu wyszedł prezydent Komorowski, który dostrzegł we wraku jedynie tworzywo pomnika upamiętniającego ofiary, ale nie widział w nim czynnika ułatwiającego poznanie materialnej prawdy o zdarzeniu. Władze naszego państwa odstąpiły od pierwotnych, korzystnych ustaleń (z prezydentem Miedwiediewem) w sprawie trybu badania tragedii. A zgadzając się na płk. Edmunda Klicha, w roli akredytowanego przy MAK,
i akceptując niekorzystny dla nas sposób procedowania, skazały polskich śledczych na status bezsilnych, praktycznie pozbawionych uprawnień, petentów strony rosyjskiej.

Petenci pani Anodiny

Styl współpracy, jaki za sprawą uległości premiera Tuska, strona polska dała sobie narzucić, musi zdumiewać. Wyjaśnianie skrajnie tragicznego zdarzenia odbywało się głównie poprzez interpretacje zapisów rejestratorów lotu, ze szczególnym naciskiem na zapis głosów z kabiny pilotów. Oczywiście zapisy rejestratorów lotu, potocznie zwanych czarnymi skrzynkami, są ważne, ale dopiero skonfrontowane z wynikami badań szczątków maszyny, z zapisami aparatury kontrolnej z wieży lotniska oraz nasłuchami radiowymi z tamtej przestrzeni powietrznej, mogą złożyć się w spójny
i przekonujący obraz.

Dość przypomnieć, że polskich specjalistów nie dopuszczono do oblotu lotniska Smoleńsk-Północny, że podmieniono zeznania kontrolerów lotu, z których jeden przerażony tym, co się stało, zaraz w sobotę, na naszych oczach wyrwał się z rąk milicjantów i próbował uciekać – żeby dostrzec, powiedzmy oględnie, niestandardowy rozwój sytuacji z tamtego feralnego poranka. Z pola widzenia ekspertów MAK
oraz komisji Millera zbyt łatwo zniknął też płk Krasnokuckij, a zwłaszcza wpływ, jaki na przebieg zdarzeń wokół lotniska Korsarz mógł wywrzeć tajemniczy rozmówca
z moskiewskiego centrum logistyki. Ze względu na postawę polskich władz zabezpieczenie dowodów z okolic lotniska, w tym własnej dokumentacji ułożenia zwłok ofiar i rozmieszczenia szczątków rozkawałkowanej maszyny nie było możliwe ani dla polskich ekspertów z cywilnej komisji badania wypadków lotniczych, ani dla prokuratorów z NPW. I to jeszcze jakoś można zrozumieć.

Dlaczego posłuchali Putina

Trudno jednak wytłumaczyć akceptację rosyjskiego zakazu otwierania trumien, która w praktyce oznaczała uznanie jurysdykcji innego państwa na terytorium Polski.
I zgodę na złamanie naszego prawa, które w razie śmiertelnego wypadku komunikacyjnego obliguje do wykonania sekcji zwłok. Tak jaskrawe naruszenie praworządności przymaskowały na bieżąco pamiętne słowa Ewy Kopacz o tym, że nasi specjaliści pracowali ramię w ramię z fachowcami rosyjskimi, ale teraz po trzech ekshumacjach wiadomo już, że ani dokumentacja, ani pozorowane raczej niż przeprowadzone w Moskwie obdukcje w żadnej mierze obowiązujących w Polsce wymogów nie spełniają.

Politycy mogą mieć różne kalkulacje. Ale dlaczego formalnie niezależna od rządu prokuratura nie zgromadziła tych dowodów, które – jak np. ustalenie faktycznych przyczyn zgonu – leżały w jej zasięgu. I wchodziły w zakres podstawowych obowiązków śledczych, tym bardziej że dokonania tych czynności domagała się
część rodzin ofiar.

W tej sytuacji autorzy raportu MAK, w oderwaniu od rzeczywistej analizy faktów zdołali wykreować i przy apatycznym oporze strony polskiej, upowszechnić w świecie nieprawdziwy, za to obraźliwy dla ofiar obraz przebiegu zdarzeń. Raport komisji Millera wzmocnił jeszcze wersję pani Anodiny o generale wywierającym presję na niedouczonych pilotów, którzy mają problemy z odczytem wskazań wysokościomierza, a samolotu z VIP-ami używają do koszenia brzozowego zagajnika. Nic dziwnego,
że 36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego szybko rozformowano.

Polscy uczeni i mit pancernej brzozy

Tezę raportu MAK, powtórzoną w raporcie Millera, o utracie przez samolot części skrzydła po kontakcie z brzozą o grubości 30-40 cm, zakwestionował profesor Wiesław Binienda, specjalista od inżynierii materiałowej, dziekan wydziału inżynierii cywilnej amerykańskiego uniwersytetu w Akron, Ohio. Uczony polskiego pochodzenia, którego za zaangażowanie w Solidarność zmuszono w roku 1982 do emigracji, zajmuje się wykorzystaniem metod numerycznych w fizyce ciała stałego oraz badaniem ich przydatności w lotnictwie i astronautyce. Jego specjalność to m.in. mechanika pękania materiałów złożonych, analiza zmęczeniowa, płynięcie materiałów.

W roku ubiegłym prof. Binienda, posługując się programem LS-DYNA, przeprowadził komputerową symulację zderzenia skrzydła TU-154M z brzozą. Mimo przyjęcia parametrów, które zakładają większą niż w Smoleńsku grubość i twardość brzozy oraz mniejszą niż w tupolewie wytrzymałość płatu nośnego, wyniki symulacji wskazywały, że w wyniku takiej kolizji skrzydło przecina pień, w zasadzie nie ponosząc uszczerbku. Binienda, podobnie jak Kazimierz Nowaczyk, adiunkt na uniwersytecie w Maryland, czy dr inż. Grzegorz Szuladziński z Australii, wspiera działania zespołu parlamentarnego ds. zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej. Współpracownik NASA
i amerykańskiego przemysłu lotniczego przedstawiał wyniki swoich prac w PE w Brukseli, na konferencji naukowej Earth and Space 2012 w Pasadenie, a ostatnio podczas serii spotkań i ogólnodostępnych wykładów w Polsce.

Na szczególną uwagę zasługuje zwłaszcza seminarium zorganizowane przez Zakład Teorii Względności i Astrofizyki Instytutu Fizyki UJ, którym kieruje prof. Edward Malec. To właśnie wtedy gość z USA wyniki swych badań dotyczących zderzenia skrzydła z brzozą zaprezentował naukowemu środowisku Krakowa. Podczas dyskusji nawet polemiści przyznali, że uczony z Akron wykonał swe badania rzetelnie i otrzymał uczciwe wyniki. Mniej elegancko zachowali się natomiast organizatorzy konferencji „Mechanika w lotnictwie”, którzy w ogóle Biniendy do Kazimierza Dolnego nie zaprosili, choć z jego tezami ostro polemizowali. W tym zwłaszcza, prof. Paweł Artymowicz, lotnik i astrofizyk z Kanady.

Śledztwu brak dynamiki

Gwoli prawdy trzeba jednak dodać, że są polscy uczeni, w tym również profesorowie z WAT, którzy sądzą, że dyskusja i dalsze badania nad kolizją polskiej maszyny z brzozą mogłyby w istotny sposób przyczynić się do wyjaśnienia prawdy
o Smoleńsku. Oprócz grupy profesorów Uniwersytetu Warszawskiego, których apelu w tej sprawie w biuletynie uniwersyteckim nie wydrukowano, szczególnie ważna wydaje się inicjatywa prof. Piotra Witakowskiego, z AGH, który na październik 2012 przygotowuje dużą konferencję naukową, poświęconą numerycznym symulacjom ostatniej fazy lotu tupolewa.

Poważny cios oficjalnej wersji zdarzeń zadali również eksperci z krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. Jana Sehna. Profesjonalna analiza nagrań głosów z kokpitu wykluczyła forsowane przez MAK tezy o rzekomej obecności generała Błasika w kabinie pilotów oraz o błędzie pilotów, którzy – według strony rosyjskiej – mieli posługiwać się niewłaściwym wysokościomierzem. Warto pamiętać, że podstawą tych bezpodstawnych oskarżeń stało się rozpoznanie głosu dowódcy polskich wojsk lotniczych, jakiego miał dokonać w Moskwie, wkrótce po zdarzeniu, jeden z członków komisji Millera. Dziś, gdy wiadomo już, że generała w kokpicie nie było, nikt nie chce się przyznać do identyfikacji jego głosu.

Polskie śledztwo wydaje się pozbawione dynamiki. Według płk. Rzepy, prokuratorzy wojskowi w już lutym dysponowali materiałami Wiesława Biniendy
i Kazimierza Nowaczyka, znanego także do niedawna jako bloger KaNo. Dlaczego więc w czasie niedawnego pobytu profesora z Akron w Polsce wysłali do niego żandarma
z wezwaniem do stawienia się w prokuraturze? Być może domysły, że planowane nadanie profesorowi statusu świadka w sprawie miało mu utrudnić szeroką popularyzację wyników badań, są krzywdzące dla polskich śledczych. Dobrą okazją
do zaprzeczenia tym pogłoskom mogło się stać spotkanie na neutralnym terenie,
w sejmie. Szkoda, że prokuratorzy z NPW na to się nie zdecydowali.


Profesor dr hab. Edward Malec, kierownik Zakładu Teorii Względności i Astrofizyki Instytutu Fizyki UJ, przewodniczący Krajowej Sekcji Nauki NSZZ „S”


Na podstawie doniesień medialnych, bo przecież nie mamy pełnej wiedzy o tym, jak przedstawia się stan polskich badań oraz polskiego śledztwa w sprawie smoleńskiej katastrofy, można było odnieść wrażenie, że postępowanie wyjaśniające zostało przeprowadzone zbyt powierzchownie. Być może
– taka jest moja hipoteza – nasi krajowi eksperci nie dysponują możliwościami technicznymi, jakie byłyby potrzebne, żeby tę sprawę rzetelnie zbadać.

Znaczna, choć pewnie niestanowiąca większości, część środowisk naukowych w Polsce jest przekonana o potrzebie i możliwości dalszych badań w tym zakresie. Jednak bez znaczącej pomocy państwa nie da się pokonać bariery finansowej. Podczas seminarium, które niedawno zorganizował nasz zakład, prof. Wiesław Binienda koszt przeprowadzonych przez siebie badań ocenił na około (jeden) milion złotych. A przecież zbadał on tylko niewielki fragment całości: oddziaływanie brzozy ze skrzydłem samolotu.

Konkluzja do jakiej, dzięki swym badaniom, doszedł prof. Binienda, wydaje się przeczyć oficjalnej wersji przebiegu zdarzeń. W czasie dyskusji w Krakowie nawet ci, którzy się
z wnioskami prof. Biniendy nie zgadzają, uznali poprawność przyjętej przez niego metody oraz rzetelność przeprowadzonych badań. Oczywiście, dla zweryfikowania tych ustaleń potrzebne byłyby kolejne symulacje, wykonane w innych ośrodkach naukowych przez innych uczonych.
Tym bardziej, że odczyty rejestratorów samolotu wskazują na całą siatkę możliwych trajektorii, które można skonkretyzować dopiero w oparciu o wskazania TAWS.

Brak rzetelnych prób wyjaśnienia sprawy Smoleńska musi niepokoić, toteż państwo powinno pomóc i prokuratorom,
i uczonym w docieraniu do prawdy o rzeczywistym przebiegu zdarzenia. Wymaga to oczywiście znacznych nakładów finansowych oraz woli politycznej rządzących. Zwłaszcza
że tej ostatniej zabrakło chyba w odniesieniu do badań chemicznych i medycznych. Rezygnacja z przeprowadzenia sekcji zwłok ofiar z rządowego tupolewa ociera się wręcz
o skandal.

„Tygodnik Solidarność” nr 25, z 15 czerwca 2012