strona główna arrow na gorąco arrow Dzieje rodzinne, dzieje powszechne

23 sierpnia 2011

Dzieje rodzinne, dzieje powszechne

Dziesięć lat temu, 23 sierpnia, kilka minut przed północą czasu polskiego, odeszła Mama. Dwa miesiące wcześniej, już tam w Redstone, skończyła 81 lat.

Mama i Siostra_ Rzeszów, początek lat 90.

Miała zaledwie dziewiętnaście, gdy w Moskwie podpisano tajną umowę Stalin–Hitler
o podziale Europy, w tym Drugiej Rzeczypospolitej. Skutki tego spisku kosztowały miliony istnień ludzkich, na życiu setek milionów odcisnęły zbrodnicze piętno. Mama
jako dwudziestoczteroletnia dziewczyna z obawy przed Sowietami wiosną roku 1944 skłoniła Ojca do wyjazdu ze Lwowa, ukochanego miasta Ich młodości, miłości, pierwszych uniesień i fascynacji. Dotarli pod Sędziszów Małopolski, tam minął ich front, który przed Krakowem stanął na dobre pół roku. Dlatego cofnęli się do Rzeszowa, gdzie przemieszkali resztę życia, ale Lwigród już na zawsze pozostał dla Nich wzorcowym układem odniesienia, źródłem słodkich i tęsknych wspomnień, matrycą wyobrażeń o Arkadii.




Mama leci do Ameryki



Mama tuż przed swymi
osiemdziesiątymi pierwszymi
urodzinami leci do Ameryki
żeby zamieszkać
w Górach Skalistych.

Na lotnisku słowa więzną
w gardle. Trzymam jej dłoń
w swoich. Czas zastygł
w tym milczeniu.

Gdy nadchodzi nieuniknione
– jej usta gną się w podkówkę.
Oboje wiemy że to ostatni raz.

Dobrze pamiętam rozpacz
setek wcześniejszych pożegnań:
bolały ale nigdy aż tak.
Bo wtedy to ja wyjeżdżałem
i wiedziałem że wrócę.
Uśmiech kilka słów na pożegnanie
potem ta dobra twarz w oknie.
Jeszcze z dworca dzwoniłem
żeby usłyszeć jej głos.
Gdzieś za Dębicą gorycz
powoli ustępowała.

Teraz Mama leci do Ameryki.
Ale przed podróżą nocuje u mnie
w mieszkaniu na Azorach.

Oddycha spokojnie. Nabiera sił
przed wyczerpującym skokiem
przez Atlantyk. Śpi.
                           Nagle
zrywa się i trwożnie czyni znak
krzyża: w imię Ojca i Syna…
odganiając jakiś dręczący sen.

Mama leci do Ameryki
żeby zamieszkać w Górach Skalistych.
Opatrzność spina klamrą moje życie:
fascynacja Karolem Mayem
wodzami Apaczów. Później Ameryką
do której nigdy nie dotarłem.

Mama leci do Ameryki
nie – już tam jest. Siedzi
w wygodnym fotelu na tarasie
słucha śpiewu ptaków odgłosów
strumienia. Obok niej wiernie
czuwa Duke. Stary poczciwy
labrador.

Mama leci do Ameryki.
Jest pięknie. Pachną sosny rozgrzane
letnim słońcem. Gdzieś w boru
trzasnęła gałązka. Pies podnosi
łeb marszczy nos.

Mama leci do Ameryki. To musi być
sprawka Opatrzności bo mnie przed laty
w rzeszowskiej Farze ochrzcił ksiądz
Indianin. Właściwie pół-Indianin
syn jakiejś Nszo-czi oraz emigranta
z Małopolski który po latach tułaczki
wrócił w rodzinne strony.

Był mroźny lutowy dzień nie wiem
czy słoneczny. Mieszkaliśmy niedaleko
przy Trzeciego Maja. Rodzice zanieśli
mnie do kościoła a ksiądz Indianin
włączył mnie do społeczności wiernych.

Rok wcześniej dzięki fałszerstwom
komuniści wygrali wybory. I może dlatego
choć od tamtych dni wody Wisłoka opłynęły świat
Mama leci dziś do Ameryki.

Próbuje się do mnie uśmiechnąć
ale jej usta drżą. Wreszcie gną się w podkówkę
wieszcząc najtrudniejsze. Dźwięk zapomnianej harfy
przeszywa serce. Otwiera się czas: ten bolesny
bezbrzeżny radykalnie inny.
Już na zawsze.



(22 lutego 2011)



Dom w Redstone, Colorado, USA