Byli ufni, pełni nadziei. Najczęściej bardzo młodzi. Brakowało im broni, snu, żywności. Ale wyznaczone pozycje przez 63 dni powstańczych zmagań utrzymali.

Kanonierzy ze „Żbika”

Ranny kanonier Ryszard Głuchowski, ps. Jaworzak, przy Chmielnej 55_niepublikowane zdjęcie powstańczego reportera Joachima Joachimczyka_z arch. 2.HBAP Żbik

Na dwa dni przed wybuchem powstania, jeszcze jako pluton artylerii przeciwlotniczej nr 568, wchodzili w skład drugiej kompanii IV Zgrupowania AK „Gurt”. Ale już drugiego sierpnia 1944, po poszerzeniu stanu osobowego i przeformowaniu „Gurtu”, w strukturze zgrupowania pojawiła się 2. Harcerska Bateria Artylerii Przeciwlotniczej „Żbik”. Trzema plutonami artylerzystów, uzupełnionymi o służby wojskowe i pomocnicze, dowodził ppor. Zdzisław Szczepański „Żuk”, a trzon baterii, zgodnie z nazwą, stanowili harcerze i harcerki z 21. Warszawskiej Drużyny Harcerskiej.

Kanonierzy in spe…

Młodocianych artylerzystów szkolono już dobre pół roku przed sierpniem, korzystając ze zdobytych i przetłumaczonych instrukcji obsługi niemieckich działek przeciwlotniczych. Pięcioosobowe załogi uczyły się budowy sprzętu, doskonaliły też synchronizację ruchów niezbędnych do wystrzelenia pocisku. Niestety robiły to wszystko „na sucho”, bo pierwsze prawdziwe strzelanie miało się odbyć dopiero
na zdobycznym sprzęcie. Ćwiczenia na symulatorze, jak byśmy dziś powiedzieli,
miały jednak sens, bo w rejonie, gdzie walczył „Gurt”, takich działek było do zdobycia chyba kilkanaście.

Dwie z czterech liniowych kompanii piechoty IV Zgrupowania, którym dowodził por. Kazimierz Czapla (od jego konspiracyjnego pseudonimu pochodzi nazwa batalionu), miały zdobyć i obsadzić teren Dworca Głównego, zlokalizowanego
na wysokości ulicy Pankiewicza, czyli mniej więcej tam, gdzie dziś znajduje się stacja Warszawa-Śródmieście. „Żbikowcy” zajęli pozycje w budynkach od numeru 55 do 67 południowej pierzei ulicy Chmielnej. Z okien oficyn widać było tory, magazyny
i warsztaty kolejowe. Dziś mieszczą się w tym rejonie Złote Tarasy. Do dworcowego budynku nie było więcej niż 300 metrów. Wieczorami do młodych żołnierzy dochodziły odgłosy niemieckich rozmów.

…bez dział przeciwlotniczych

Zbigniew Martyński, ps. Gruda, kanonier z 1. plutonu baterii - już po powstaniu, w roku 2009_zdjęcia z archiwum 2.HBAP Żbik

– Na Dworcu Głównym i w innych, obsadzonych przez Niemców obiektach
było trochę działek przeciwlotniczych. Po zdobyciu ich przez kompanie liniowe „Gurta” mieliśmy się zająć wykorzystaniem tego sprzętu w walce – wspomina 84-letni dziś emerytowany radca prawny Zbigniew Martyński, wtedy kanonier „Gruda”,
z pierwszego plutonu 2.HBAP „Żbik”. – Dworzec był jednak zbyt dobrze umocniony, przygotowany do obrony, nie udało się go wyrwać z niemieckich rąk.

Harcerze ze „Żbika” otrzymali więc zadanie obsadzenia tamtych budynków
przy Chmielnej, które stanowiły linię obrony przed możliwym atakiem od strony pozycji niemieckich zlokalizowanych po południowej stronie Alej Jerozolimskich, od ulicy Chałubińskiego do Pankiewicza. Byli młodzi i – gdy powstanie wybuchło – pełni nadziei. Kanonierzy, łączniczki mieli przeważnie od 16 do 20 lat, dowodzący baterią ppor. „Żuk”, rodem z Krasiczyna pod Przemyślem, liczył wtedy 27 lat.

– Chłopcy rwali się, żeby jednak jakoś zdobyć te działka, ale mieliśmy bardzo rozsądnego dowódcę, ze świetną oceną sytuacji – wyjaśnia Lucyna Piotrowska, lwowianka z urodzenia, która właściwie przez całe życie, poza okresem wojny, mieszkała w Kaliszu. – „Żuk” jeszcze niedawno przyjeżdżał z USA na nasze spotkania, ale od dwóch lat nie żyje.

Rodzice pani Lucyny przenieśli się ze Lwowa nad Prosnę, gdy miała osiem miesięcy. Wybuch wojny zastał ich jednak w Warszawie, gdzie przetrwali oblężenie. Próbowali wrócić z dzieckiem do Kalisza, ale w Warthegau nie było już dla Polaków miejsca. Dlatego córka państwa Piotrowskich uczęszczała do stołecznego gimnazjum, przeszła przeszkolenie w Warszawskim Kole Lotniczym, a w roku 1943 została zaprzysiężona w Szarych Szeregach. 1 sierpnia 1944 miała niewiele ponad 16 lat.

– Nigdy tego nie zapomnę. Ludzie ściskali się na ulicach, tańczyli. Niemców gdzieś wymiotło, wydawało się, że znowu będziemy wolni. Już nigdy potem nie widziałam, żeby Polacy potrafili się tak cieszyć. Komunizm mocno przecież podciął nam skrzydła – tłumaczy starszy strzelec Lucyna, pseudonim „Boj”, podczas powstania łączniczka dowództwa baterii „Żbik”.

Brak snu, pierwsze straty

Lucyna Piotrowska, ps. Boj, łączniczka dowództwa baterii - przed powstaniem, w roku 2010 (fot. Piotr Piorun)_z archiwum 2.HBAP Żbik

Pani Lucyna nie pamięta już, skąd wziął się jej konspiracyjny pseudonim,
w każdym razie dla odróżnienia od Tadeusza Żeleńskiego pisany przez „jot”, a nie
przez „igrek”. W pamięci młodziutkiej wtedy dziewczyny szczególnie utrwaliły się noce, kiedy bardziej odczuwało się bliskość wroga i narastało spowodowane brakiem snu zmęczenie.

– Nocą słyszeliśmy głosy tych Niemców, którzy pod osłoną ciemności próbowali się przedrzeć do rozbitego pociągu, prawdopodobnie w poszukiwaniu jedzenia – tłumaczy pani Lucyna.

Nie było bezpiecznie, trwał obustronny ostrzał pozycji. Żołnierze ze „Żbika” bez przerwy pełnili dyżury przy oknach wychodzących na tamtą stronę, obawiając się ataku lepiej uzbrojonego przeciwnika.

– Od hotelu Polonia aż do Chałubińskiego, gdzie Niemcy zgromadzili znaczne siły, w każdej chwili mogła nam zagrozić ofensywa. Nieraz wydawało, że zaraz się zacznie – wspomina Zbigniew „Gruda” Martyński. – Najcięższe ataki szły jednak na Dworzec Pocztowy, na rogu Alej i Żelaznej, bohatersko broniony przez sąsiadujące z nami Zgrupowanie „Chrobry II”.

W pierwszych dniach powstania, gdy Niemcy Alejami Jerozolimskimi przemieszczali na wschód kilkadziesiąt czołgów i samochodów pancernych, któryś
z harcerzy nie wytrzymał i strzelił w tamtą stronę. Czołgi się zatrzymały, nastąpił ostrzał pozycji „Żbika”, jeden z budynków przy Chmielnej zaczął się palić.

– Wodociągi nie działały, wodę czerpaną z tamtejszej studni podawaliśmy sobie z rąk do rąk. Na czele tego łańcucha, tam gdzie się paliło, w miejscu narażonym na ostrzał stał kapral podchorąży Staszek Gromulski, dowódca mojego plutonu – opowiada kanonier „Gruda”. – Został ranny w brzuch, kilka dni później już nie żył.

Bliskość wroga ma zalety

Załoga Dworca Głównego często ostrzeliwała Chmielną z działek przeciwlotniczych, których nie udało się powstańcom zdobyć. Ale bliskość wroga miała
i swoje zalety.

– Już w czasie powstania dołączyli do nas fachowcy, którzy dobrze znali ten rejon i potrafili się podłączyć do instalacji elektrycznej, zasilającej dworzec, oraz do tamtejszej linii telefonicznej, dzięki czemu w obrębie miasta zapewniliśmy sobie łączność – mówi Zbigniew Martyński. A Lucyna, po mężu Kwiatkowska, opowiada, jak koledzy przeszukiwali magazyn niemieckiej poczty polowej, w nadziei znalezienia papierosów, które zapobiegliwi krewni tamtych żołnierzy czasem wkładali do listów.

Pozycji 2.HBAP prawie nie bombardowano, najpewniej z obawy, żeby nie zrobić krzywdy swoim. Zbigniew Martyński mówi, że tylko raz bomba, przeznaczona chyba
dla harcerzy ze „Żbika”, doszczętnie zniszczyła kamienicę stojącą po przeciwnej
stronie ulicy.

Na zachód od „Gurtu”, w stronę Ochoty, operowało wspomniane już zgrupowanie „Chrobry II”. Natomiast obszar pomiędzy Alejami Jerozolimskimi, Nowym Światem, Świętokrzyską i Marszałkowską pozostawał pod kontrolą batalionu „Kiliński”, którym dowodził rotmistrz Henryk Roycewicz, pseudonim „Leliwa”. Żołnierze od porucznika Czapli pomagali oddziałom „Kilińskiego” m.in. przy zdobywaniu gmachów słynnej „Pasty” oraz „Żywca”. Ten drugi obiekt stał w Alejach Jerozolimskich 36,
przy skrzyżowaniu z Marszałkowską, w miejscu obecnej Rotundy PKO.

Barykada przy ulicy Widok

Olgierd Narbutt, ps. Tyber, strzegł budynku Żywca, barykady przy ulicy Widok 2 i komendy dowództwa odcinka_fot. Tomasz Gutry

91-letni dziś Olgierd Narbutt, brat zmarłego niedawno pisarza, współautora hymnu Solidarności, był podczas okupacji ministrantem u Karola Boromeusza, przy Chłodnej. Wtedy poznał Eugeniusza Cieślikowskiego, który również służył do mszy
w tamtym kościele. Gdy w drugiej połowie sierpnia koledzy-ministranci spotkali się przypadkiem na Powiślu, w okolicy fabryki Fuchsa, Narbutt poprosił Cieślikowskiego, wówczas już podporucznika AK, ps. „Rokita”, o rekomendację.

– Ppor. „Rokita” zaprowadził mnie do punktu werbunkowego przy ulicy Zgoda 1. Tam, po sprawdzeniu moich umiejętności obchodzenia się z bronią, przybrałem pseudonim konspiracyjny „Tyber” i dostałem przydział na ulicę Widok 24 – wspomina sędziwy brat pisarza.

„Tyber”, pod dowództwem ppor. „Rokity”, ubezpieczał najpierw zdobyty w nocy z 20 na 21 sierpnia budynek „Żywca”, a następnie pełnił straż przy barykadzie,
u wylotu ulicy Widok. Był to niewielki obiekt, o długości ośmiu metrów i wysokości sięgającej (w środkowej części barykady) dwóch metrów, ułożony z trzech warstw płyt, koszy wypełnionych ziemią oraz samej ziemi. Barykada zamykała ulicę Widok
na wysokości numerów 24 i 21.

– Pełniłem tam służbę przez dwa dni – opowiada „Tyber” – z nieznanym mi kolegą-żołnierzem, który stał po przeciwnej stronie ulicy. W pewnym momencie ktoś raz i drugi strzelił w naszą stronę, wtedy spojrzeliśmy tylko po sobie i zgodnie odpowiedzieliśmy nieprzyjacielowi ogniem. Po czym zostaliśmy naprawdę mocno ostrzelani z działka czy granatnika.

Rozpoczęcie ognia bez rozkazu, mimo że sprowokowane przez posterunki niemieckie z terenów Dworca Głównego, ze względu na znaczną przewagę ogniową nieprzyjaciela, znalazło swój finał w przeniesieniu „Tybra” do służby wartowniczej,
przy komendzie dowództwa odcinka na ulicy Boduena 4.

Pokój? Nie było pokoju

Zgrupowanie „Gurt”, choć nie zrealizowało wszystkich postawionych przed nim celów, powierzony sobie obszar – między Marszałkowską, Alejami Jerozolimskimi, Dworcem Głównym, Żelazną, Zielną, placem Grzybowskim i Świętokrzyską do Marszałkowskiej – uwolniło od sił nieprzyjaciela, chroniąc w ten sposób mieszkańców przed możliwymi represjami, a nawet eksterminacją. Zdobyto kilka ważnych obiektów: hotel Astoria, Urząd Probierczy, Dom Kolejowy. Udało też zniszczonym przez powstańców pociągiem zaczopować tunel średnicowy. Wzięto jeńców, zdobyto trochę broni i co ważne utrzymano pozycje przez całe 63 dni walki. A dowództwu „Żbika” udało się nawet zorganizować tzw. rusznikarnię, czyli montownię pistoletów maszynowych wzorowanych na brytyjskich stenach.

– Od połowy sierpnia, po zamknięciu wieży ciśnień przez Niemców, nie działały już wodociągi, nie można się było umyć. Ale mnie, jak wspominałam, najbardziej męczył brak snu. Jak udało się przyłożyć głowę do poduszki, to człowiek spał, nie reagując już na nic – opowiada pani Lucyna. – Zbudziłam się kiedyś po takim głębokim śnie, wstałam i chciałam przejść do sąsiedniego pokoju. Otworzyłam drzwi, ale tam już żadnego pokoju nie było.

Pan Zbigniew Martyński wspomina, że pod koniec były też poważne problemy
z żywnością. Bo kaszę jaglaną na wodzie i cukier, podbierany z niemieckich magazynów, trudno uznać za wystarczającą żołnierską dietę.

– Powstanie? Z pewnością pozostaje najważniejszym z doświadczeń mego życia. Ale tych sprzecznych uczuć: początkowego entuzjazmu i końcowej rozpaczy nigdy już nie zdołam rozdzielić. Ani zapomnieć – odpowiada po dłuższej chwili
pan Zbigniew.




Za pomoc przy powstaniu tekstu dziękuję panu Janowi Wawszczykowi, prowadzącemu archiwum 2.HBAP „Żbik”.

„Tygodnik Solidarność” nr 32, z 5 sierpnia 2011