strona główna arrow wywiady arrow Misja. Bez sensacji

Osobiście wolałbym, żeby w pamięci ludzi zamiast mego nazwiska utrwaliło się raczej przekonanie o sprawnym działaniu instytucji w czasie, gdy nią kierowałem – z ŁUKASZEM KAMIŃSKIM, historykiem, prezesem Instytutu Pamięci Narodowej, rozmawia Waldemar Żyszkiewicz

Misja. Bez sensacji

dr Łukasz Kamiński, nowy prezes IPN_fot. Marcin Żegliński

– Przez ostatnie tygodnie musiał się Pan szybko odnaleźć się w roli osoby publicznej i to pozostającej pod ostrzałem mediów.


– Sporo się wtedy nauczyłem, zwłaszcza w pierwszym tygodniu po decyzji rady IPN. Wprawdzie funkcję publiczną pełniłem już wcześniej, ale zainteresowanie mediów koncentrowało się na mojej specjalności naukowej. Dotąd komentowałem tylko materię historyczną, a teraz usiłowano uwikłać moją osobę w realny spór polityczny, wobec którego staram się zachować dystans.


– Ktoś zwietrzył okazję. Próbował ją wykorzystać…


– … dzięki czemu dzisiaj wiem, że już na etapie kandydowania do ważnego państwowego urzędu trzeba wykazać się przezornością, a pożądana otwartość na media nie powinna wykluczać ostrożności w kontaktach dziennikarzami. W sumie,
to było całkiem pouczające doświadczenie.


– W chwili, gdy zostawał Pan dyrektorem Biura Edukacji Publicznej, presja polityków na instytut też była ogromna.


– Ale wtedy spór nie dotyczył mojej osoby. Co więcej, książka Pawła Zyzaka, źródło ówczesnego napięcia, nie została wydana przez IPN, więc instytut atakowano niejako przy okazji, korzystając z pretekstu.


– Tym razem Pan był w centrum uwagi…


– … ale napięcie, związane z rekomendacją mojej osoby na prezesa, trwało dość krótko i chyba nie było aż tak gwałtowne. Wpisało się za to w ciągnący się od ponad roku kryzys instytutu. Dobrze się więc stało, że decyzja polityczna, bez względu na treść rozstrzygnięcia, nie została odłożona na później. Dzięki temu można bez dalszej zwłoki podjąć próbę przywrócenia naturalnego rytmu pracy IPN.


– Czy z pozycji prezesa problemy widać lepiej lub dokładniej?
Czy rośnie wyłącznie brzemię odpowiedzialności?


– Pracowałem w instytucie od jego powstania, ale nawet jako dyrektor jednego z biur dysponowałem tylko oglądem cząstkowym. Toteż mimo że z wieloma aspektami funkcjonowania naszego urzędu miałem do czynienia już wcześniej, to w tej chwili odkrywam zupełnie nowe dla siebie obszary jego działalności. Dlatego też zwróciłem się do kierowników wszystkich jednostek instytutu, zalecając przygotowanie raportów, diagnozujących utrudnienia i wskazujących na problemy, których rozwiązanie mogłoby usprawnić w przyszłości nasze działania.


– Pierwsze decyzje kadrowe już za Panem. Kiedy można spodziewać się kolejnych?


– Nie potrafię jeszcze odpowiedzieć na to pytanie, nie wiem nawet, czy takie będą konieczne. Jak dotąd, zmiany dotyczyły wyłącznie grona moich najbliższych współpracowników. To chyba naturalne, że podejmując nowe, odpowiedzialne wyzwanie, chcę mieć u swego boku kilka osób, które dobrze znam i na których całkowicie mogę polegać. Ewentualne dalsze posunięcia uzależniam od wniosków
z całościowego oglądu sytuacji.


– Po analizie tych zamówionych raportów?


– Tak, najpierw trzeba zdobyć rozeznanie, dopiero potem można podejmować racjonalne decyzje. Ale warto też pamiętać, że nie zawsze lekarstwem na problemy instytucji są zmiany personalne, czasem trzeba przebudować jej strukturę, innym razem wystarczy dokonać zmian proceduralnych. Więc jeśli idzie o zmiany kadrowe, nie mam teraz żadnych dalszych planów w tym zakresie.


– Od czego zacznie Pan porządkowanie struktury instytutu
oraz doskonalenie działań jego poszczególnych pionów?


– Została już powołana komisja ds. opracowania nowego statutu IPN. Podejmujemy w ten sposób próbę znalezienia nowej formuły organizacyjnej,
na początek tu w centrali, która pozwoliłaby usprawnić funkcjonowanie, a także ustanowić właściwe relacje pomiędzy różnymi pionami instytutu. Efektów pracy
komisji spodziewam się do końca lipca, ale to dopiero pierwszy krok. Sporządzony
przez komisję projekt poddamy dyskusji, później przedstawimy Radzie IPN.


– Pytanie o propozycje zmian w statucie zadano Panu podczas konkursu…


– … a teraz staram się odpowiedzieć na nie w praktyce, korzystając z wiedzy
i rozeznania wielu pracujących tu osób. Liczę tu zwłaszcza na doświadczenie pana Jacka Weltera, nowego dyrektora generalnego IPN, który wcześniej był dyrektorem naszego oddziału w Lublinie. Mam nadzieję, że uda się nam zracjonalizować obecną strukturę instytutu i doprowadzić do lepszej współpracy między jej częściami.


– Wyjście z kryzysu wydawniczego, spowodowanego likwidacją gospodarstw pomocniczych. Utworzenie etatów naukowych dla wybijających się historyków młodego pokolenia. Koordynacja szerokiej współpracy zagranicznej IPN. Wypracowanie ścisłych kryteriów recenzyjnych.
Nie zabraknie zajęć Panu ani Pańskim zastępcom.


– Na funkcję swego zastępcy powołałem panią Agnieszkę Rudzińską,
która jednocześnie będzie kierować Biurem Edukacji Publicznej. Moim zastępcą pozostaje też nadal pani prezes Maria Dmochowska.


– Dwie panie wiceprezes to wręcz parytetowy ideał.


– Mam ustawową możliwość powołania i trzeciego wiceprezesa, ale na razie
nie planuję z niej korzystać. Zamierzam natomiast, i to już jest wprowadzane w życie, rozszerzyć zakres odpowiedzialności wiceprezesów. Będę także polegać na dyrektorach poszczególnych pionów. Uznałem bowiem, że sam nie jestem w stanie wszystkiego pilnować, nadzorować, kontrolować. To jedno z założeń, które przyjąłem
i od pierwszych dni prezesury staram się realizować.


– Zapowiadał Pan, że czas oczekiwania badaczy na dostęp
do dokumentów skróci się do ustawowych siedmiu dni. Świetnie.
Pytanie tylko, czy można zrezygnować z czasochłonnych procedur wytworzonych u początków działalności instytutu?


– Nie da się tego załatwić od ręki. To działanie długofalowe, ale w mojej ocenie możliwe. Powołałem pełnomocnika, który prowadzi już prace nad raportem oceniającym obecną procedurę udostępniania. Gotowy raport zostanie przedstawiony komisji, która przygotuje propozycję nowej procedury. Myślę, że najpóźniej pod koniec roku rozpoczniemy wdrażanie nowego rozwiązania, które znacząco ograniczy liczbę niezbędnych czynności i da nam pewne rezerwy pracy ludzkiej w archiwum.


– Trzeba by jeszcze zwiększyć liczbę miejsc w czytelniach.


– I ta druga bariera może okazać się trudniejsza, bo w większości oddziałów czytelnie są niewielkie, a obecny budżet instytutu na żadne większe inwestycje
nie pozwala. Dlatego jako drugi etap zmian w archiwum, po reformie systemu udostępniania, planujemy rozwój systemu udostępniania elektronicznego, co w dużej mierze powinno rozwiązać ten problem.


– Ale nowoczesność też bywa kosztowna.


– Owszem, sądzę jednak, że takie rozwiązanie pozostaje w zakresie możliwości instytutu, ponieważ w ostatnich latach zdołaliśmy całkiem nieźle wyposażyć nasze archiwum. Mamy jeszcze pewne rezerwy w tegorocznym budżecie, które też zostaną zainwestowane w sprzęt elektroniczny, niezbędny zarówno do samego procesu digitalizacji, jak i później do przechowywania plików elektronicznych, co też przecież wymaga ogromnych nakładów.


– Nawet czterokrotne przyśpieszenie tempa pracy Biura Lustracyjnego, z 5 do 20 tysięcy wykonanych sprawdzeń rocznie,
przy wciąż jeszcze rosnącej liczbie oświadczeń, zmniejszy zaległości
z obecnych 30 do powiedzmy 10 lat. Spokojnie zatem da się przetrwać
ze dwie kadencje na fałszywym oświadczeniu…


– Pewnych barier nie jesteśmy w stanie przekroczyć. Nie wydaje mi się,
aby był możliwy radykalny wzrost liczby prokuratorów prowadzących postępowania. Można natomiast przyśpieszyć wstępną weryfikację, od której zależy, czy sprawą konkretnego oświadczenia prokurator ma się w ogóle zająć, czy nie. Z czasem, gdy zacznie nam już narastać zasób oświadczeń zweryfikowanych, ten proces ulegnie przyśpieszeniu, bo pewna pula osób aspirujących do różnych form obieralnej władzy jednak się powtarza. Więc sądzę, że już w ciągu pięciu lat uda się nam znacząco ograniczyć lub zlikwidować zaległości.


– Pojawiły się opinie, także wśród osób związanych z instytutem,
że Biuro Lustracyjne powinno zostać wyprowadzone poza IPN i stać się samodzielną instytucją.


– Funkcjonowaliśmy w ten sposób do roku 2006, kiedy to lustracją zajmował się urząd Rzecznika Interesu Publicznego. Wtedy instytut był tylko usługodawcą, dokonującym dla RIP weryfikacji oświadczeń na poziomie kwerendy w archiwach, natomiast cała procedura toczyła się już poza IPN.


– Zwolennikom takiej koncepcji idzie chyba o odciążenie instytutu.
Bez tego biura byłoby pewnie łatwiej wypełniać inne ustawowe obowiązki
w ustawowych terminach.


– Nie przyspieszyłoby to jednak samej procedury lustracyjnej, raczej jeszcze by ją wydłużyło.


– Dlaczego?


– Bo prowadzenie korespondencji między dwiema instytucjami zawsze trwa dłużej niż podobna procedura przeprowadzona w obrębie jednej placówki.


– Mówił Pan o potrzebie ściślejszej współpracy ze środowiskami ofiar komunizmu. Kiedy instytut rozpocznie akcję tzw. ostatniej szansy?


– Poprosiłem już pana prokuratora Dariusza Gabrela, który kieruje pionem śledczym IPN, czyli Główną Komisją Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu,
o przygotowanie założeń akcji przypominającej, jakie kategorie zbrodni, w tym zbrodni komunistycznych, podlegają jeszcze ściganiu. Przekaz, który zamierzamy skierować
do społeczeństwa, musi być dobrze przemyślany. I podany we właściwej formie
oraz dobrze wybranym terminie. Wakacje nie są stosowną porą dla takich działań.


– Jak wycofać IPN z linii politycznego frontu i zmienić wizerunek instytutu bez rezygnacji z badania ważnych, ale drażliwych wątków historii najnowszej? I jak utrzymać niezależność tej ważnej instytucji mimo silnego oporu środowisk, które prawda o przeszłości uwiera i drażni, powodując emocjonalny dyskomfort albo „uszczerbek na prestiżu”. Bo już nawet
nie lęk przed karą.


– Instytut Pamięci Narodowej musi funkcjonować w sposób przejrzysty,
według jasnych reguł, zachowując określone procedury recenzyjne i nie stwarzając najmniejszych powodów do podejrzeń, że jakieś działania wynikały z kalkulacji politycznych, a nie z programu prowadzonych badań naukowych. Innej recepty
nie ma. Oczywiście, nie uchroni to w pełni przed zarzutami, bo te przy drażliwej problematyce zawsze się pojawią.


– Otrzymał Pan w parlamencie mocne poparcie obu stron polskiej politycznej waśni. To niewątpliwie wyraz uznania, ale i duże wyzwanie, zwłaszcza wobec ustawowego osłabienia pozycji prezesa IPN.


– Przypuszczam, że oprócz oceny mojej osoby, istotną rolę odegrało tu zaufanie parlamentarzystów do decyzji podjętej przez Radę IPN, czyli przez grono uznanych autorytetów, wyłonionych już według zasad znowelizowanej ustawy. Jak ułoży się współpraca z radą, zobaczymy w praktyce, były przecież formułowane różne obawy o skutki tej nowelizacji. Myślę jednak, że to, co działo się w okresie pomiędzy werdyktem rady a ostateczną decyzją parlamentu bardzo dobrze rokuje na przyszłość,
bo chciałbym zauważyć, że w proces wsparcia dla mojej osoby zaangażowali się także
ci członkowie rady, którzy w procedurze konkursowej poparli innego kandydata.


– Co z dorobku swych poprzedników: prezesa Kurtyki czy profesora Kieresa zamierza Pan kontynuować, a jakiej mierze chciałby odcisnąć
na działaniu instytutu własną pieczęć?


W ciągu minionej dekady, pod rządami dwóch prezesów, instytut bardzo mocno okrzepł w formach swej działalności, więc gdybym nawet chciał, to pewnie trudno byłoby tu już dokonać jakichś istotnych zmian. Podstawowe procedury zostały wypracowane, można najwyżej próbować coś poprawić czy ulepszyć. Moi poprzednicy byli w innej sytuacji: pierwszy budował instytut od podstaw, drugi nadał mu ostateczny szlif oraz pewną dynamikę, którą należy zachować. Osobiście wolałbym jednak, żeby w pamięci ludzi zamiast mego nazwiska utrwaliło się raczej przekonanie
o sprawnym działaniu instytucji w czasie, gdy nią kierowałem.




Instytut Pamięci Narodowej musi funkcjonować w sposób przejrzysty, według jasnych reguł, zachowując określone procedury recenzyjne i nie stwarzając najmniejszych powodów do podejrzeń, że jakieś działania wynikały
z kalkulacji politycznych.

„Tygodnik Solidarność” nr 29, z 15 lipca 2011