Brak zatrudnienia dla wszystkich, którzy chcieliby pracować, to dowód fiaska prowadzonej polityki. Ale bezrobocie ludzi młodych stwarza szczególne zagrożenia dla gospodarki narodowej i uruchamia w zbiorowości procesy patologiczne.

Milion młodych na bezrobociu

Praca stała się towarem luksusowym, po który jeździ się zagranicę_fot. Tomasz Gutry

Kiedyś, w czasach PRL, praca była administracyjnie egzekwowanym obowiązkiem. Dziś coraz częściej zyskuje status towaru luksusowego, a jak wiadomo
z Polski po luksusy od dawna jeździło się zagranicę, czyli na saksy. Używany do dziś zwrot przypomina jeden z kierunków emigracji za chlebem. Tradycyjnym celem wypraw dla poprawienia bytu materialnego były jednak (nie tylko dla Polaków) Stany Zjednoczone, w drugiej połowie zeszłego stulecia Skandynawia. Dziś europejskie kierunki wypraw w poszukiwaniu lepszego życia trochę się zmieniły, ale istota rzeczy pozostaje ta sama.

Gdy stopa bezrobocia tańczy flamenco

Nie wszystkim chce się pracować. Pewne nadwyżki siły roboczej są przydatne dla gospodarki, również jako rezerwa. Dopóki liczba bezrobotnych w jakiejś zbiorowości nie przekracza pułapu 10 proc. osób czynnych zawodowo, a jeszcze lepiej, gdy oscyluje w okolicach 5 proc., jak w Austrii, lub nawet 3-4 proc. jak w Holandii (dane Eurostatu za rok 2009), to można mówić o pewnym zrównoważeniu popytu i podaży na rynku pracy.

Gdy jednak stopa bezrobocia, mierzona proporcją między liczbą osób pozostających bez pracy a liczbą osób czynnych zawodowo (zatrudnieni plus bezrobotni), tańczy w sposób trudny do przewidzenia, przyjmując wartości między 10 a 20 proc., to znaczy, że polityka gospodarcza państwa, jeśli w ogóle o prowadzeniu takiej wtedy można zasadnie mówić, poniosła porażkę.

Dobrze ilustrują to bieżące wydarzenia w Hiszpanii, gdzie stopa bezrobocia
w połowie roku 2008 wynosząca 11 proc., na jego koniec skoczyła na 15 proc.,
by w czwartym kwartale 2009 osiągać wartości bliskie 20 proc. (Eurostat). Nic dziwnego, że Hiszpanie się burzą, jeśli co piąta z dorosłych, aspirujących do pracy osób pozostaje bez zatrudnienia. W tym przypadku nie zadziałał łagodząco tradycyjny system autoregulacji „mañana” („zrobi się jutro”).

Potęga zdobywana wytrychem

Brak sensownego zajęcia degraduje nawet rentierów, czyli osoby
o zapewnionym bycie materialnym, ale dla wszystkich pozostałych, którzy muszą
na bieżąco zdobywać środki utrzymania dla siebie i swych rodzin, stanowi bezpośrednie zagrożenie i to we wszystkich wymiarach egzystencji. Bezrobocie nadwątla wiarę we własne możliwości, obniża samoocenę, oducza aktywności, wyłącza społecznie, uruchamia procesy patologiczne.

Wszystkie te niekorzystne zjawiska nasilają się, gdy brak pracy dotyka ludzi młodych, którzy już na starcie przekonują się, że magiczne zaklęcie pokolenia ich rodziców i dziadków – „nauka to potęgi klucz” – dziś już niestety nie działa.
Że ważniejsza od formalnego cenzusu czy nawet rzeczywistych umiejętności stała się odpowiednia rekomendacja lub przynależność do partii (rodziny, klanu, sitwy, mafii, nomenklatury – niepotrzebne skreślić). Oczywiście, są i tacy, których trudna sytuacja zmobilizuje do ponadstandardowych działań i wysiłków.

Jednostki szczególnie zdolne dadzą sobie radę poza systemem, znajdując
dla siebie niezagospodarowaną dotąd niszę albo szukając poza własnym krajem instytucji bądź firmy, która doceni ich talenty, rzadkie umiejętności, zdobytą wiedzę. Jednak większość ludzi zadowoli się prostszym rozwiązaniem, czyli ofertą pracy
w jednym z krajów UE. Jeśli będzie to jeszcze praca w zawodzie wyuczonym, dająca szansę realizacji własnych życiowych zamierzeń, to dobrze, choć trzeba pamiętać,
że taki sukces w wymiarze jednostkowym – dla zbiorowości oznacza utratę wartościowej cząstki kapitału społecznego/zasobów ludzkich (niepotrzebne skreślić).

Jeśli jednak mówimy o pracy niskokwalifikowanej, sezonowej, dorywczej, zależnej od wahań koniunktury w gospodarce innego państwa, to ceną – nawet
za okresowe wyjazdy do pracy – bywa rozłąka z rodziną, nietrwałość związków małżeńskich, tzw. eurosieroctwo dzieci. W skrajnych przypadkach egzystencjalne prowizorium niszczy poczucie identyfikacji narodowej i skutkuje wykorzenieniem
z własnej społeczności, nie prowadząc wcale do asymilacji w nowych, materialnie korzystniejszych warunkach.

Szara strefa pożąda pracy na czarno

Warto pamiętać, że mówiąc o stopie bezrobocia, operujemy danymi pochodzącymi z urzędów pracy, a więc mówimy o zjawisku bezrobocia rejestrowanego. Ale przecież nie wszyscy i nie w każdym okresie do urzędów pracy się zgłaszają. Często decydują o tym osobiste postawy czy względy kulturowe.

Osoby z wyższym wykształceniem, które poszukują pracy zgodnej
z kwalifikacjami oraz dającej szansę na urzeczywistnienie zawodowych i społecznych aspiracji, z większym prawdopodobieństwem skorzystają z różnych instytucjonalnych form szukania zatrudnienia, w tym z popularnego „pośredniaka”. Inni, mniej wybredni, choćby ze względu na poziom wykształcenia, którym dysponują, i przyzwyczajeni do samodzielnego dawania sobie rady, poszukają własnego sposobu na życie i zdobywanie niezbędnych środków utrzymania w sferze pozainstytucjonalnej. Często niestety także pozaprawnej czy wręcz nielegalnej.

Część zarejestrowanych bezrobotnych pobiera zasiłek, a przy okazji pracuje
na czarno. Inni, którym zasiłek już nie przysługuje, wyrejestrowują się, choć nadal
nie mają pracy. Powody mogą być bardzo różne, jak choćby rozpoczęcie szkolenia, niepotwierdzenie gotowości do pracy, dobrowolna rezygnacja ze statusu bezrobotnego. Ciemna liczba osób potencjalnie czynnych zawodowo, dla których brakuje dziś miejsc legalnych pracy, jest trudna do oszacowania. Ale przecież tacy ludzie w Polsce roku 2011 wciąż istnieją.

Czy młodzi się zbuntują?

Według danych GUS, stopa bezrobocia na koniec 2009 roku sięgała w Polsce prawie dwunastu proc. (11, 9 proc.). Piętnaście miesięcy później, na koniec kwietnia 2011, te wskaźnik wzrósł do 12, 6 proc., co w przełożeniu na społeczny konkret oznacza 2 mln 43, 5 tys. zarejestrowanych bezrobotnych. A ponieważ odsetek bezrobotnych w grupie do lat 24 oraz w grupie pomiędzy 25 a 34 rokiem życia przekracza zwykle 50 proc., to znaczy, że w kwietniu milion osób poniżej 35 roku życia pozostawało w Polsce bez pracy.

Czy to znaczy, że grozi nam powtórka z Hiszpanii? Nie, bo któżby się
w zachodniopomorskim czy warmińsko-mazurskim buntował. Wymieniam dwa regiony, w których – według danych Departamentu Pracy GUS na koniec kwietnia 2011 – stopa bezrobocia była najwyższa i wynosiła 20, 5 proc. w województwie warmińsko-mazurskim oraz 17, 8 proc. w zachodniopomorskim. Tylko w województwach wielkopolskim (9, 4 proc.) i mazowieckim (9, 8 proc.) ten wskaźnik, istotny dla opisu sytuacji na rynku pracy, przyjmował wartości poniżej „bezpiecznej granicy” 10 proc.

Do urzędów pracy w kwietniu 2011 zgłosiło się w skali kraju 170 tys. osób, czyli o 50 tys. mniej niż przed miesiącem i prawie o 34 tys. mniej niż przed rokiem. Sukces! Odsetek osób dotąd niepracujących, spośród nowo zarejestrowanych, spadł poniżej 20 proc. (19, 6). Przed miesiącem wynosił 22 proc., a rok temu 21, a więc znowu sukces. Podobnie było w kategorii do 24 lat: tylko 27, 7 proc. ogólnej liczby nowo zarejestrowanych, przed miesiącem ten odsetek wynosił 30, 6 proc., a rok wcześniej 29, 5 proc.

A malkontenci narzekają, że rząd nie ma osiągnięć. Że dla wszystkich młodych, wkraczających szturmem na rynek, miejsc pracy w kraju nie wystarczy. Że dla absolwentów szkół wyższych, z reformy minister Kudryckiej i szumnych zapowiedzi sprzed dwóch lat o skorelowaniu formuły kształcenia z potrzebami przemysłu, niewiele dotąd wynikło. Jak to? Przecież informatycy mogą sobie od maja 2011 pojechać
na saksy do Niemiec.

„Tygodnik Solidarność” nr 27, z 1 lipca 2011