Na zamku w Szydłowcu, kiedyś rezydencji Szydłowieckich
i Radziwiłłów, panoszą się duchy politycznego sobiepaństwa, nepotyzmu, poczucia bezkarności. O gnębionych i zastraszonych pracowników upomina się Solidarność.

Szydłowieckie straszydła

Malowniczo położony, otoczony wodą zamek w Szydłowcu to także atrakcyjne dziś miejsce pracy

– Na szydłowiecką prokuraturę raczej nie ma co liczyć – mówi Teresa Tracz, przewodnicząca Międzyzakładowej Komisji „S” nr 252, przy Państwowym Muzeum Archeologicznym w Warszawie i Muzeum Archeologicznym w Biskupinie. – Zwykle wygląda to tak, że postępowanie zostaje umorzone, a zażalenie na taką decyzję Sąd Rejonowy w Szydłowcu oddala. Dopiero przed Sądem Rejonowym w Przysusze, w IV Wydziale Pracy, zapadają orzeczenia, z których wynika, że w szydłowieckim Muzeum Ludowych Instrumentów Muzycznych nie dzieje się dobrze.

Komisja „S” kierowana przez Teresę Tracz od kilku lat koresponduje w tej sprawie z marszałkiem województwa mazowieckiego Adamem Struzikiem, próbując skłonić kierownictwo muzeum do przestrzegania praw pracowniczych i związkowych. Monitoruje też toczące się przy udziale warszawskiego oddziału Stowarzyszenia Antymobbingowego pod patronatem Bożeny Grabowskiej postępowania sądowe.

Stan na dziś? Dwa prawomocnie wygrane procesy o dyskryminację ze względu na płeć i przynależność związkową (oba w roku 2010). W grudniu 2009 – prawomocny wyrok w sprawie zwrotu środków z zakładowego funduszu świadczeń socjalnych, rozdysponowanych niezgodnie z obowiązującym prawem. Cofnięte nagany dla trzech osób, w tym dwa razy na mocy orzeczenia sądu (2009), w trzecim przypadku już
za porozumieniem stron. Najnowszy sukces to przywrócenie (jeszcze nieprawomocne) do pracy w muzeum Anny Lużyńskiej, pracowniczki nienależącej do związku, którą „S” wzięła jednak pod ochronę…

Tak, szydłowieckie muzeum dostarcza wymiarowi sprawiedliwości sporo zajęcia. Choć pracuje tam zaledwie kilkanaście osób. Tyle że od pewnego czasu brakuje tam dyrektora z prawdziwego zdarzenia.

Biała dama z legendy…

Alfred Schouppe_Zamek w Szydłowcu_rok 1880

Postawiony w XV wieku, 150 lat później przebudowany w stylu późnorenesansowym, rezydencjalny zamek w Szydłowcu był własnością kilku świetnych rodów, następnie składem piwa, wreszcie popadł w ruinę. Odrestaurowany w latach 60. zeszłego stulecia stał się siedzibą Szydłowieckiego Centrum Kultury oraz założonego w 1968 roku muzeum, które specjalizuje się w gromadzeniu i eksponowaniu polskich ludowych instrumentów muzycznych.

Szydłowiecka placówka zdołała zgromadzić 2 tys. eksponatów, z czego
ponad trzysta składa się na ekspozycję stałą. Oprócz instrumentów wciąż używanych przez ludowych muzykantów, w zbiorach muzeum są i takie, które już dawno wyszły
z użycia, jak np. biłgorajska suka – rodzaj plebejskiej altówki. Są instrumenty z różnych regionów Polski: w tym podhalańskie złóbcoki, czyli gęśliki, oraz kaszubskie burczybasy.

W dwunastotysięcznym Szydłowcu, administracyjnym centrum powiatu, mieszczą się starostwo, sąd rejonowy, powiatowa komenda policji. Ale o zatrudnienie nie jest łatwo, więc praca w tamtejszym muzeum to dla wielu łakomy kąsek, mimo Białej Damy i Skalistego Diabła, którzy – według związanych z miejscem legend –
do dziś straszą w szydłowieckim zamku.

17 września 2007, z prośbą o pilne zajęcie się sprawą narastającego konfliktu pomiędzy dyrektorem a pracownicami muzeum, do marszałka Adama Struzika zwróciła się radna Sejmiku Województwa Mazowieckiego Agnieszka Górska.

„Z moich informacji wynika, że styl kierowania tak ważną dla Szydłowca i całego województwa mazowieckiego placówką kultury, jak również zachowanie Pana Dyrektora w stosunku do pracowników (głównie kobiet) są skandaliczne” – pisał radna Górska. Podkreśliła fakt, że zarząd województwa wie o konflikcie już od marca 2007,
że we wrześniu 2007 w obronie grupy pracownic Międzyzakładowa Komisja „S” nr 252 złożyła doniesienie do prokuratury, wobec czego zwłoka w rozwiązaniu problemu, grożąc upublicznieniem skandalu, byłaby niekorzystna dla władz samorządowych.
Apel szydłowieckiej radnej szybko poskutkował: 11 października 2007 dr Rosiński
został z funkcji dyrektora MLIM odwołany.

…czy duchy sobiepaństwa i obrzydliwości?

Decyzję władz przyśpieszyły z pewnością ówczesne działania NSZZ Solidarność. „Od dwóch lat na terenie Muzeum Ludowych Instrumentów Muzycznych w Szydłowcu (…) dochodzi do uporczywego i złośliwego naruszania praw pracowników” – czytamy w piśmie z 13 września 2007, które wystosowało kierownictwo MK „S” nr 252, zawiadamiając Prokuraturę Rejonową w Przysusze, oddział zamiejscowy w Szydłowcu,
o prawdopodobnym popełnieniu przestępstwa. Przedstawiony w nim katalog naruszeń kodeksu pracy i ustawy o związkach zawodowych był całkiem pokaźny (10 punktów, 43 załączniki). Uwagę zwraca zwłaszcza punkt ostatni: „Pracodawca dyskryminuje
i narusza dobra osobiste pracownic poprzez ciągłe ich obrażanie, używanie wobec nich wulgarnych określeń oraz poniżanie w obecności innych osób. Dowodem na to są nagrania wypowiedzi Pana Dyrektora oraz zrobione z nich stenogramy, jak również zeznania poszczególnych pracownic”.


Szydłowiecki rzygacz zamkowy

Z dzisiejszej perspektywy to już niemal prehistoria,
nad którą warto może byłoby spuścić zasłonę miłosierdzia… Ale podczas gdy Stefan Rosiński, zatrudniony w Mazowieckim Centrum Sztuki Współczesnej „Elektrownia” w Radomiu sposobił monografię o elektryczności w tym mieście, to szydłowianka Dorota Karpeta, jedyna
z pracownic, która odważyła się oskarżyć publicznie swego byłego zwierzchnika o molestowanie seksualne, już w muzeum nie pracuje. Sama odeszła,
gdy lekarka-psychiatra rozpoznała u niej depresję lękową, związaną z przedłużającą się nieznośną sytuacją w miejscu pracy.

Duch prowizorki i nepotyzmu

Po odwołaniu Rosińskiego muzeum przez osiem miesięcy szefował (jako p.o. dyrektora) Włodzimierz Kurzępa, burmistrz Szydłowca z lat 1990-94, później wiceszef zarządu powiatowego PO, odwołany w czerwcu 2008 – jak ujęły to media – „za promile”. A wtedy, zaczęły się już niepodzielne rządy Jadwigi Podsiadły, której pełnienie obowiązków dyrektora powierzono 3 czerwca 2008. Pani Podsiadły wcześniej była referentem, potem kadrową w muzeum, wreszcie za Rosińskiego kierownikiem administracyjnym. Ale według związkowców, to właściwie ona rządziła muzeum.

Co ciekawe, Jadwiga Podsiadły już przed nominacją Rosińskiego przez jakiś czas pełniła tam dyrektorskie obowiązki. Mogłoby się wydawać, że mimo braku właściwego wykształcenia, osoba z tak dużą praktyką i znajomością instytucji, którą przyszło jej zarządzać, powinna sobie z obowiązkami doskonale poradzić.

– Niestety, jest inaczej – ocenia przewodnicząca Tracz.

Już w październiku 2008, alarmując urząd marszałkowski o narastaniu konfliktów między kierownictwem muzeum a jego pracownikami, związek informował m.in.,
że Jadwiga Podsiadły, powołana do pełnienia obowiązków dyrektora MLIM, „prowadzi szkodliwą politykę kadrową, powodując dezorganizację w Dziale Wystawiennictwa
i Edukacji Muzealnej”. Arbitralne decyzje dotyczące organizacji pracy, naruszanie tajemnicy korespondencji, nieprzestrzeganie prawa pracy oraz łamanie praw związkowych dopełniały listę zarzutów.

W lipcu 2010, powołując się na cztery prawomocne i korzystne dla pracowników w sporze z pracodawcą wyroki Sądu Pracy w Przysusze, kierowana przez Teresę Tracz MK „S” nr 252, złożyła do zarządu województwa mazowieckiego kolejny wniosek o odwołanie Jadwigi Podsiadły z funkcji p.o. dyrektora muzeum w Szydłowcu. W październiku br., odnosząc się do pisma marszałka Struzika, z września 2010, związkowcy przypomnieli, że „w muzeum jest zatrudniona córka pani dyrektor, co stanowi jaskrawe naruszenie ustawy o pracownikach samorządowych”. Powagę tego zarzutu wzmacnia fakt, że Anna Buczek – tak nazywa się córka dyrektor Podsiadły
po mężu – pełni w muzeum funkcję głównego specjalisty ds. ekonomicznych, a część zarzutów, jakie podnoszą związkowcy, wiąże się z gospodarowaniem finansami placówki oraz niezgodnymi z prawem wypłatami dodatku funkcyjnego i premii bilansowych.

Duch bezkarności

Dyrektor Podsiadły nie chciała odnieść się do zarzutów w rozmowie, lecz poprosiła „Tygodnik Solidarność” o przesłanie pytań pocztą elektroniczną. Pytaliśmy m.in. czy w ocenie kierownictwa muzeum stosunkowo wysoka liczba postępowań przed sądem nie jest oznaką, że coś złego dzieje się w firmie. Pytaliśmy o strukturę zatrudnienia, bo w muzeum, na 13 zatrudnionych osób, pracuje tylko 2 pracowników merytorycznych i 3 przewodników. Prosiliśmy o skomentowanie struktury wydatków tej placówki kultury, w której na działalność muzealną w 2009 wydano 120 tys. złotych, a na obsługę prawną 60 tys. Niestety, na żadne z przesłanych pytań
nie otrzymaliśmy odpowiedzi z MLIM.

– Pani Podsiadły zarządza muzeum, nie uwzględniając specyfiki tej instytucji,
nie przestrzegając elementarnych przepisów regulujących funkcjonowanie instytucji, ani nawet nie szanując ludzi, których zatrudnia. Myślę, że w dużej mierze przesądza
o tym swoiste poczucie bezkarności – mówi „TS” przewodnicząca Tracz.

Kustosz Katarzyna Wełpa, członkini muzealnej „S”, która przed Sądem Pracy
w Przysusze wygrała z muzeum sprawę o nierówne traktowanie w zatrudnieniu, jest przynajmniej częściowo usatysfakcjonowana werdyktem. Wysokość odszkodowania określono w jej przypadku na 12 tys. złotych.

– Sąd uznał, że zarówno dyrektor Rosiński, jak i pełniąca obecnie obowiązki dyrektora Jadwiga Podsiadły dyskryminowali mnie ze względu na płeć oraz na przynależność związkową – wyjaśnia kustosz Wełpa. – Wprawdzie nie wszystkie moje zarzuty zostały podtrzymane, ale sąd w Radomiu napisał w uzasadnieniu, że w trzech czwartych apelację wygrałam.

Dorota Karpeta, która przez blisko 17 lat pracowała w muzeum, mimo korzystnego wyroku, jaki zapadł w lutym 2010 (dyskryminacja z powodu przynależności związkowej, z odszkodowaniem w wys. 5 tys. złotych), czuje się jednak rozgoryczona. I nie idzie wcale o symboliczną – zwłaszcza wobec uszczerbku na zdrowiu oraz strat moralnych – wysokość orzeczonej rekompensaty, lecz o zasadę.

– Po tym wszystkim, co mnie spotkało, trudno mi uwierzyć w sprawiedliwość. Bo tak łatwo dziś w Polsce niszczy się ludzi – mówi z wyraźną emocją w głosie.

W Szydłowcu nadal straszy

– Uważam, że sąd działał i orzekał roztropnie. Mam za to duże zastrzeżenia
do postępowań prokuratorskich, których sąd nie mógł przecież w procedowaniu zignorować, a które nazbyt grzeszyły jednostronnością – mówi „TS” Jadwiga Piekarska, która obserwowała oba wygrane procesy jako przedstawiciel Stowarzyszenia Antymobbingowego pp. Bożeny Grabowskiej.

Ale to wcale nie koniec szydłowieckiej sprawy, bo Stefan Rosiński i Jadwiga Podsiadły rewanżują się teraz kontrprocesem. Były dyrektor i obecna p.o. dyrektora skarżą Dorotę Karpetę, Monikę Sadurę, Renatę Wiśniewską, Annę Jakubowską
i Katarzynę Wełpę, członkinie muzealnej „S”, za podjęcie działań, które – według strony powodowej – miały narazić ich na utratę zaufania potrzebnego do pełnienia funkcji.
Z kolei Jadwiga Podsiadły, wraz z córką, skarżą w osobnym procesie Dorotę Karpetę
o naruszenie dóbr osobistych.

Wygląda na to, że nieprzyjazne duchy wciąż jeszcze krążą wokół szydłowieckiego zamku.

– Ale związek tego nie odpuści – zapewnia Teresa Tracz. – Będziemy monitorować sytuację aż do sprawiedliwego zakończenia.

„Tygodnik Solidarność” nr 3, z 14 stycznia 2011