strona główna arrow varia arrow Smoleńskie śledztwo

Co polscy prokuratorzy wiedzą dziś o przyczynach smoleńskiej katastrofy? I jak układa się współpraca ze stroną rosyjską?

Były gesty, obietnice, a wyszło jak zawsze

Smoleńskie śledztwo

Andrzej Seremet, jak na prokuratora krajowego przystało, zaprezentował
u Moniki Olejnik urzędowy optymizm. Chwalił stronę rosyjską, nie zgłaszał żadnych zastrzeżeń do braku wsparcia polskich śledczych ze strony kierownictwa państwa, wspomniał nawet o korzystaniu z narzędzi dyplomatycznych. Ale dociekliwe tym razem pytania prowadzącej nie pozostawiły telewidzom złudzeń. Wiemy przynajmniej, że jak dotąd – a mijają właśnie trzy miesiące od tragedii – strona polska nie dysponuje praktycznie żadnymi dowodami, umożliwiającymi istotny postęp w prowadzonym postępowaniu.

Wersja pani Anodiny

polski rządowy tupolew 154M, z numerem bocznym 101, po katastrofie - prezentacja MAK

O ważnym, ze względu na tajemnicę już nie państwową, ale i NATO-wską, telefonie satelitarnym prezydenta RP nie wiadomo nawet, czy mają go Rosjanie, więc o ewentualnym zwrocie trudno raczej marzyć. Rejestratory lotu, czyli popularne czarne skrzynki, pozostają wciąż w dyspozycji dowodzonego przez generał Tatianę Anodinę Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK). I niech nikogo nie zmyli ta nazwa: „międzypaństwowość” komitetu ogranicza się do 12 krajów leżących na dawnym terytorium ZSRS.

MAK jest potęgą, nie tylko ze względu na osobistą pozycję liczącej już 71 lat pani generał. Dzięki uchwale rządu Czernomyrdina, z 1994 roku, to MAK na terenie Federacji Rosyjskiej wydaje certyfikaty w zakresie techniki lotniczej, co oznacza,
że certyfikuje również zakłady w Samarze, gdzie wyprodukowano, a jesienią 2009 poddano gruntowemu remontowi feralnego tupolewa. A ponieważ werdykty komitetu Anodiny w sprawie przyczyn katastrof lotniczych mają istotny wpływ
na wysokość ewentualnych odszkodowań dla ich ofiar, to już chyba łatwiej
zrozumieć, skąd biorą się pogłoski o zamiarach przetopienia szczątków maszyny
Tu-154M, z numerem bocznym 101, która wciąż przecież pozostaje własnością
państwa polskiego.

MAK zawsze obciąża pilotów

Oględziny wraku oraz możliwość poddania go ekspertyzom stanowią warunek sprawdzenia jednej z podstawowych hipotez śledztwa, która zakłada awarię samolotu. Pozostaje mieć nadzieję, że pogłoski o przetopieniu to próby zbadania podatności strony polskiej na kolejny już krok, owszem, korzystny dla zakładów w Samarze, przekreślający jednak rzetelną próbę ustalenia przyczyn katastrofy z 10 kwietnia.

Mogłaby temu zapobiec tylko zdecydowana postawa polskich władz państwowych, bo doświadczenia pokazują, że petentem rosyjskiej pani generał, pozostają nie tylko polscy śledczy, lecz również rosyjska prokuratura. To przecież MAK decyduje, co i kiedy jej przekaże.

Wstępny raport przedstawiony pod koniec maja przez podwładnych Anodiny
w żadnej mierze nie przybliżył nas do poznania przyczyn, które sprawiły, że maszyna z polską delegacją roztrzaskała się w zagajniku położonym nieopodal wojskowego lotniska Smoleńsk Siewiernyj. Jeśli coś mogło dziwić, to najwyżej niefrasobliwość, z jaką przedstawiono opinii publicznej dokument dość kompromitujący dla swych autorów.

– Oczywiście po trzech miesiącach nasza wiedza o tragedii jest większa, lecz nadal niedostateczna, żeby wykluczyć którąkolwiek ze wstępnych i zasadniczych hipotez roboczych – mówi "Tygodnikowi Solidarność" adwokat Rafał Rogalski, pełnomocnik rodzin ofiar smoleńskiej katastrofy.

Zamach, awaria, udział osób trzecich…

Zamach terrorystyczny, awaria, udział osób trzecich, warunki atmosferyczne, błąd pilota… Powoli ta lista hipotetycznych przyczyn – elementarz dociekania prawdy
w takich sprawach – przebija się do polskiej opinii publicznej, ale użytkownicy internetu dobrze pamiętają oburzenie ludzi dobrych i rozumnych, jakie wzbudził Łukasz Warzecha tekstem „Zamach – słowo tabu”, zamieszczonym 19 kwietnia w Salonie 24. Wprawdzie, jak 8 lipca ujawnił prokurator Seremet, polscy śledczy wykluczyli już „zamach terrorystyczny z użyciem broni konwencjonalnej”. Jednak skierowany przez nich do Departamentu Sprawiedliwości USA wniosek o pomoc prawną w sprawie smoleńskiej katastrofy obejmuje także pytania związane z hipotezą zamachu przeprowadzonego z wykorzystaniem broni niekonwencjonalnej, np. elektronicznej.

– Wniosek do Amerykanów, jest jak najbardziej zasadny i w całym swoim zakresie zakotwiczony w materiale dowodowym – ocenia Rogalski. – Jego zawartość naprawdę dobrze świadczy o polskich śledczych bezpośrednio zaangażowanych
w sprawę.

Ich działania nadzoruje prokurator Marek Pasionek.

– Nasza prokuratura wykonała bardzo ważną, wręcz mrówczą pracę, gromadząc i analizując te dowody, które można było zdobyć lub przeprowadzić na terytorium Rzeczypospolitej – ocenia stołeczny adwokat. – Ale to czym dziś dysponuje polska strona nie wystarcza nawet do ustalenia bezpośrednich lub pośrednich przyczyn katastrofy, a tym bardziej do przesądzania o czyjejkolwiek odpowiedzialności za to,
co się stało 10 kwietnia.

Rogalskiego, który jako pełnomocnik rodzin Lecha i Marii Kaczyńskich, Janiny Fetlińskiej oraz Przemysława Gosiewskiego, ma dostęp do materiałów śledztwa, zaniepokoił fakt, że prokuratura rosyjska, która – w jego ocenie – dysponuje już bardzo obszernym materiałem dowodowym, wbrew politycznym deklaracjom, które padły zaraz po katastrofie prezydenckiego tupolewa, niewiele dotąd przekazała stronie polskiej.

– I bynajmniej nie to, co mogłoby zdynamizować najważniejsze chyba śledztwo w historii Rzeczypospolitej – ubolewa adwokat Rogalski.

Trzeci człowiek z barakowieży

gen. Siergiej Szojgu, minister ds. sytuacji nadzwyczajnych, i premier Federacji Rosyjskiej Władymir Putin

– Polskiemu śledztwu brak wciąż materiału dowodowego. Niezbędny jest wrak samolotu dla przeprowadzenia oględzin i ekspertyz. Nie mamy nagrania magnetycznego z wieży lotów ani rejestratora rozmów z Iła-76. Nie przesłuchano rozmówców kontrolera Ryżenki z moskiewskiego centrum „Logika” ani trzeciego człowieka z wieży w Smoleńsku – wylicza adwokat Rogalski.

O tym trzecim człowieku wiadomo tylko, że prawdopodobnie jest ze służb i nazywa się Krasnokuckij. Prawdopodobnie, bo ludzie ze służb miewają również nazwiska operacyjne. O tym Krasnokuckim na pewno wiemy tylko jedno, że dotąd go nie przesłuchano. Lub dokładniej, że żadnej dokumentacji w tej sprawie nie ujawniono,
co przy okazji rzuca światło na rzetelność wstępnego raportu MAK. Zresztą dociekliwa Monika Olejnik też o niego nie zapytała.

– W materiałach przekazanych polskim prokuratorom brakuje dokumentacji z sekcji zwłok – podkreśla Rafał Rogalski. – Jeśli nawet strona rosyjska je przeprowadziła, to na pewno bez udziału patomorfologów z Polski. Co więcej, nie wiadomo, czy tamte badania odpowiadają wymaganiom naszego kodeksu postępowania karnego.
A precyzyjne określenie przyczyny śmierci i mechanizmu jej zajścia, to standardowe procedury przy zwykłym, skutkującym śmiercią wypadku drogowym, a cóż dopiero
przy takiej katastrofie.

Prokurator Seremet zapewniał wprawdzie, że strona polska wyniki prowadzonych w Moskwie obdukcji ma już wkrótce otrzymać… Ale wiadomo przecież że rosyjskie „s’iejczas” niełatwo przekłada się na konkretne terminy.

– Jeśli chcemy precyzyjnie wyjaśnić przyczyny katastrofy, musimy poznać dokładne przyczyny śmierci ofiar, a bez badań biologicznych to niemożliwe – mówi Rogalski. – Czas upływa, ciała ulegają rozkładowi… Nie można dłużej zwlekać z ekshumacją, bo szanse na rozstrzygające wyniki badań specjalistycznych badań maleją
z każdym dniem.

Pełnomocnik Beaty Gosiewskiej zapowiada, że wniosek o ekshumację zwłok jej męża złoży jeszcze w tym tygodniu.

„Tygodnik Solidarność” nr 29, z 16 lipca 2010