Sygnałem do ataku bywa najczęściej „fakt medialny”, po którym ludzie przyzwoici demonstrują własne oburzenie, wzywając – w ramach głoszonej przez siebie tolerancji i ubóstwianego pluralizmu – do podjęcia niezbędnych kroków, które raz na zawsze położyłyby kres bulwersującej ich sprawie.

Kto wrabia doktora Ratajczaka? – przegląd prasy

Po takim przygotowaniu artyleryjskim, Trybunał Autorytetów wydaje wyrok,
od którego nie ma już odwołania, a dla Sztabu Połączonych Mediów sprawa staje się przypadkiem studialnym i źródłem argumentów w nieustającej walce o pożądany kształt opinii publicznej. Jak zwykle, piętnuje się przy tej okazji przejawy „prymitywnej mentalności”, która prowadzi do ksenofobii, dyskryminacji, rasizmu oraz antysemityzmu.

Analizując w majowym numerze Midrasza (nr 5/25/99) zmiany, jakim podlega koncepcja corocznych Marszów Żywych w Oświęcimiu, Konstanty Gebert zwraca uwagę na kilka wątków: „ – Gazety pisały o rozwieszonych na trasie Marszu antysemickich plakatach i o tym, że Świtoń nadawał przez głośniki audycję Radia Maryja, ale ja tego nie widziałem i nie słyszałem – mówi Dominik Lau z «Jidełe». Nie słyszał też – co podkreślił – języka polskiego podczas oficjalnych wystąpień, mimo że
w Marszu uczestniczyło w tym roku wiele osób z Polski, Żydów i nie-Żydów. (...) Spełniono natomiast bardzo ważną obietnicę ze zorganizowanej w Krakowie lutowej konferencji poświęconej Marszowi: podczas tegorocznych obchodów było «mniej propagandy». Jawnie antypolskie sformułowania, które jeszcze dwa lata temu można było znaleźć w broszurkach informacyjnych dla uczestników Marszu, zostały z nich wykreślone przed przełomowym, ubiegłorocznym Marszem, w którym wzięli udział premierzy Polski i Izraela. (...) Wydaje się, że instytucja Marszu przechodzi zasadnicze przeobrażenia. Początkowo miała być ona narzędziem budowania silnej izraelskiej tożsamości patriotycznej wśród młodzieży żydowskiej i z Izraela, i z diaspory. Obecnie jednak staje się ona z jednej strony – coraz bardziej metodą utrwalania pamięci o Zagładzie, z drugiej zaś – okazją, by próbować się nieco otworzyć na świat, zamiast się od niego odwracać. Ta pierwsza sprawa nie jest wcale tak oczywista, jakby się mogło wydawać: rewizjonizm historyczny, negujący sam fakt Szoa, nadal ma zwolenników,
a nawet poszerza swój obszar działania, czego dowodem choćby niedawna sprawa doktora Ratajczaka (podkreśl. – wż) z opolskiej WSP”.

A oto, co w Gazecie Polskiej (nr 22/307/99) na temat tzw. sprawy
dr. Ratajczaka i wydanej przez niego własnym sumptem w nakładzie 350 (!) egzemplarzy książeczki „Tematy niebezpieczne” pisze w swej stałej rubryce
„Zero zdziwień” Rafał A. Ziemkiewicz: „Mam miażdżącą przewagę nad większością osób, które się w tej kwestii dotąd wypowiadały: książkę tę przeczytałem, zresztą dzięki temu, że przysłał mi ją autor. Nie będę udawał, że jestem mu za to wdzięczny. Podlejsza część mej istoty wręcz ma mu za złe, że ową przesyłką wciągnął mnie w sprawę, której rozsądniej byłoby nie tykać – bo po co nadstawiać głowę i narażać się tak potężnym siłom, jak te, które zostały przeciwko Ratajczakowi poruszone? Z drugiej strony, szlachetniejsza część mej duszy (bo i taką, mam nadzieję, posiadam) została tym sposobem wzięta na hak i przymuszona do zabrania głosu. Dzieje się coś podłego
i głupiego, czemu każe się przeciwstawić i uczciwość, i elementarny zdrowy rozsądek. Zbrodnia Ratajczaka polega na tym, że streścił bez żadnego komentarza tezy tzw. rewizjonistów holocaustu – historyków, którzy twierdzą, że Niemcy nie mordowali Żydów w komorach gazowych, tylko innymi sposobami, że ofiar holocaustu nie było
6 milionów, tylko około 2-3, oraz że zbrodnicza machina Hitlera nie powstała jako realizacja wcześniej założonego planu, ale stworzono ja niejako «oddolnie», spontanicznie, w ramach procesu «odgadywania» przez niższych funkcjonariuszy nazistowskiego reżimu, czego Wódz po nich oczekuje. Nawet jeśli każda z tych tez
jest niesłuszna (...) to stwierdzenie faktu, że istnieją historycy, którzy z nimi występują, trudno uznać za czyn karalny. Gdyby Ratajczak opatrzył swój tekst wyrazami oburzenia
i potępienia, niewiele by się on różnił od donosu na antysemityzm, jaki swego czasu zamieścił w Gazecie Wyborczej Rafał Pankowski. (...) Jeśli zaś o tym, co wolno historykowi badać, a co już wiadomo raz na zawsze, rozstrzygać mają koledzy pana Pankowskiego – to nie opowiadajmy sobie bajek o wolności słowa.”

Magazyn „Tysol” nr 6, czerwiec 1999