strona główna arrow wywiady arrow Lata pod znakiem Solidarności

Po występie strajkujący odśpiewali mi „sto lat”. Wałęsa, który koncertu nie słuchał, skomentował to krótko: mnie tak śpiewali w 1980
– z PIOTREM SZCZEPANIKIEM, pieśniarzem, absolwentem historii sztuki
na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, rozmawia Waldemar Żyszkiewicz

Lata pod znakiem Solidarności


Piotr Szczepanik_fot. Marcin Żegliński


– Niemal od początku roku 1980 wyczuwało się już solidarnościowy przednówek. Czy polski Sierpień pana zaskoczył, czy wręcz przeciwnie?


– Moja droga do Solidarności była nietypowa. Wiodła przez Stany Zjednoczone, dokąd w latach 70. kilkakrotnie wyjeżdżałem na dłuższe trasy koncertowe. Miałem dzięki temu ułatwiony dostęp do zeszytów paryskiej Kultury i do twórczości wielu pisarzy, nie tylko zresztą emigracyjnych, których w kraju po prostu nie wydawano.


– Mówiło się nawet o tzw. literaturze źle obecnej.


– Takie lektury, którym z pasją się oddawałem, umożliwiały, przecież nie mnie jednemu, dystans i właściwą ocenę rzeczywistości PRL-u. Zapewniały światopoglądowy fundament. Tworzyły grunt pod doświadczenie solidarnościowego zrywu. Byłbym jednak niesprawiedliwy, nie wspominając o piorunującym wrażeniu, jakie wywarły
na mnie prace pani profesor Marii Janion, od jej „Gorączki romantycznej” poczynając. Także o „Kozietulskim i innych” czy „Końcu świata szwoleżerów” Mariana Brandysa,
z którym się znałem i przyjaźniłem.


– Jaką rolę odegrała ta nieformalna edukacja historyczna?


– Historia Polski porozbiorowej, w wykładzie generała Mariana Kukiela,
oraz fenomen polskiego romantyzmu, który wyróżniał się na tle swych europejskich odpowiedników, stanowiły pożywkę dla naszych marzeń o rzeczywistości upragnionej, o świecie, do którego wówczas tęskniliśmy. Bo przecież, jak mówiła profesor Janion, parafrazując Norwida, „polski romantyzm to literatura czynu”.


– Czy to znaczy, że polski Sierpień miał nie tylko duchowy,
ale i kulturowy background?


– Kultura to był fundament. Latem 1980 kończyłem właśnie program
o powstaniu listopadowym. Pracowałem nad nim już od kilku miesięcy, więc była
to przemyślana, starannie skonstruowana opowieść o przebiegu powstania,
z jego wzlotami i upadkami, bohaterstwem i kunktatorstwem dowódców.


– Zbliżała się 150. rocznica wybuchu powstania…


– …ale wcześniej pięknie wybuchła Solidarność. Dla mnie, podobnie jak
dla milionów rodaków, sierpniowe strajki i powstanie ruchu związkowego, niezależnego od komunistycznej władzy, stanowiło wielki, ogromnie pozytywny wstrząs.


– Gdzie zastał pana początek sierpniowych strajków?


– W lesie, pod Warszawą. I następne osiem lat mego życia, od sierpnia 1980 do sierpnia 1988 upłynęło pod znakiem Solidarności.


– Kiedy się pan zapisał?


– Formalnie nigdy nie byłem członkiem związku zawodowego, ani przedtem,
ani później, ale idea, którą niósł Sierpień, stanowiła dla mnie coś niesłychanie ważnego
i pięknego. Doceniam oczywiście znaczenie postulatów pracowniczych i społecznych, ale priorytetem stało się jednak dążenie do odzyskania niepodległości, które przenikało Polaków w roku 1980 i 81. A przygotowany wcześniej „Rok 1831” wpisał się
w tamten czas.


– Opowieść o tragizmie powstania kontrastowała z nastrojem solidarnościowego karnawału. Jak reagowali na to słuchacze?


– Najpierw grałem to w Teatrze Żydowskim, później już w roku 1981 we foyer Muzeum Narodowego. A ludzie przychodzili. Może dlatego, że w chwilach narodowych uniesień nie wolno zapominać o ważnych doświadczeniach z przeszłości.


– Żeby uniknąć dawnych błędów?


– Tragicznych losów powstania nie odbieraliśmy wtedy w kategoriach przestrogi, ale podobna gorycz rozczarowań i zawiedzionych nadziei stała się również naszym udziałem, co oczywiście uświadomiłem sobie dopiero po latach.


– Stan wojenny sprzyjał gorzkim refleksjom.


– Raczej silnym emocjom, bo użyczałem swego domu na drukarnię. Drukowali
u mnie głównie ludzie związani z filmem, m.in. operator Jacek Petrycki, który robił zdjęcia do filmów Kieślowskiego. I to Petrycki przyprowadził do mnie Grzegorza Eberhardta, dziś autora ważnej książki o Mackiewiczu, wtedy ze względu na bujną charakterystyczną czuprynę zwanego Kocim Łbem.


– Jaruzelski nie tolerował konkurencji: za druk i kolportaż wydawnictw bezdebitowych groziło nawet kilka lat odsiadki.


– Po jednej z drukarskich sesji odwoziłem Grzegorza, Norberta Pietrzaka i ze dwa worki świeżego jeszcze urobku, do lokalu kontaktowego w okolicach głównej komendy milicji. Odetchnąłem z ulgą, gdy drukarze wynieśli z samochodu trefny ładunek. Ale po chwili zobaczyłem ich wracających z bibułą… Okazało się, że właściciel mieszkania, nie doczekawszy się transportu, wyszedł z domu na jakieś spotkanie
z dziewczyną. Trzeba było improwizować, pojechaliśmy gdzieś na Wolę. Powrót
z ładunkiem do mnie, z powodu milicyjnych rogatek na obrzeżach miasta, był zbyt ryzykowny. Po takich przygodach postanowiłem wrócić do śpiewania.


– Kiedy poznał pan ks. Jerzego Popiełuszkę?


– Po raz pierwszy spotkaliśmy się z początkiem sierpnia 1982 roku. Rocznicowa, sierpniowa Msza w intencji Ojczyzny wymagała wielu przygotowań. Powiedziałem wtedy, że przydałoby się jakieś miejsce, gdzie ludzie mogliby się gromadzić i słuchać wielkiej poezji naszych romantyków oraz polskich patriotycznych pieśni. I to ksiądz Jerzy wymyślił Muzeum Archidiecezji Warszawskiej…


– … które zwykle jednak kojarzy się z nazwiskiem ks. prałata Przekazińskiego.


– Pomysłodawcą, żeby w trudnym czasie wykorzystać tamto miejsce
dla prezentacji poezji i pieśni patriotycznych był bez wątpienia ksiądz Jerzy Popiełuszko. Zresztą ksiądz dyrektor Przekaziński przebywał w Rzymie, gdy zacząłem kolportować
po parafiach wiadomość o pierwszych występach na Solcu.


– Udało się?


– Nadspodziewanie dobrze, bo ludzie bardzo tego potrzebowali. Sala, mieszcząca 150 do 200 osób, zaczęła trzeszczeć w szwach. Trzy-cztery razy
w tygodniu dawałem recitale pieśni i poezji powstańczej. Później, gdy zaczęli tam występować właściwie wszyscy artyści i aktorzy bojkotujący stan wojenny,
od Danuty Rinn po Krzysztofa Kolbergera, występy odbywały się niemal codziennie. Muzeum Archidiecezjalne wpisało się w kulturalną mapę Warszawy stanu wojennego. Miałem tam około 150 koncertów.


– Występował pan w kościołach całej Polski…


– …ale dopiero po zniesieniu stanu wojennego, gdy można już było podróżować. To wcale nie było łatwe, bo benzynę sprzedawano na kartki,
a samochód, którym woziłem sprzęt, sporo palił. Wtedy paliwo się zdobywało. Niejednokrotnie pomagali mi w tym księża z parafii, w których występowałem. Śpiewałem na Jasnej Górze, dawałem koncerty w małych ośrodkach,
czasem także na wsi, w sumie doliczyłem się około 650 występów.


– Nie wszyscy artyści mieli w tamtym czasie pod górkę. Niektórych władze stanu wojennego próbowały przeciągnąć na swoją stronę.


– Co wybitniejszym wykonawcom, którzy decydowali się na udział w imprezach państwowotwórczych, płacono potrójną stawkę recitalową za wykonanie trzech piosenek. To były naprawdę duże pieniądze…


– …praktycznie za nic.


– No, nie! To były pieniądze za hańbę, ale oni o tym dziś zupełnie nie pamiętają.


– Pomówmy o strajku sierpniowym z 1988 roku.


– Byłem na miejscu drugiego dnia o świcie. Na teren stoczni dostałem się
przez gazownię, gdzie stoczniowcy rozspawali bramę. Zanim tam wjechałem, koło mego samochodu załadowanego aparaturą szły kolumny zomowców... Ale przeszły, szczęśliwie nie zwracając na mnie uwagi.


– Czy nagłośnienie wpłynęło na przebieg strajku?


– Technika niewątpliwie oddziałała na morale strajkujących. W maju stoczniowcy byli pozbawieni dostępu do radiowęzła, nie mieli prawa głosu. W sierpniu od razu rozbrzmiała tam muzyka i odtwarzane z taśm homilie Jana Pawła II. Wieczorem w historycznej stołówce Stoczni Gdańskiej zaśpiewałem dla nich fragmenty swego programu o polskich powstaniach narodowych. Po występie strajkujący, których początkowo było najwyżej czterystu, odśpiewali mi „sto lat”. Lech Wałęsa, który koncertu nie słuchał, skomentował to krótko: mnie tak śpiewali w 1980.


– Nocny szturm styropianowych czołgów przeraził zomowców.
Jak do tego doszło?


– Ludzi było mało, a teren stoczni rozległy. Młodzi rwali się do meleksów, których było w stoczni chyba pół setki. Kierujący strajkiem Alojzy Szablewski,
po początkowych oporach, dał się namówić, żeby je wykorzystać jako element demonstracji siły strajkujących. Z odpowiednio przymaskowanych, wyposażonych
w okrętowe światła pojazdów stworzono batalion styropianowych tankietek, którymi młodzi, łapiący strajkowy wiatr w żagle stoczniowcy podjechali o północy pod bramę numer dwa, obstawioną przez ZOMO. I tamci spanikowali, ratując się ucieczką.


– Na majowy strajk pan nie zdążył…


Dojeżdżałem do Gdańska, gdy strajkujący wychodzili ze stoczni. Natomiast
w sierpniu do końca nie było wiadomo, czy dojdzie do protestu. Wałęsa się wahał, jednak braciom Kaczyńskim, racjonalnie argumentującym za podjęciem tego strajku, udało się go przekonać. Decyzja zapadła w ostatniej chwili, a ja, zaproszony
przez księdza Jankowskiego, miałem właśnie koncert w kościele św. Brygidy.


– Był pan w doniosłej chwili w miejscu, na które kierowały się wtedy oczy milionów Polaków.


– Dni z sierpnia 1988 roku pozostają jednym z najważniejszych doświadczeń mojego życia. Gdy strajk się rozwinął i coraz wyraźniej zanosiło się na rozmowy Wałęsy
z Kiszczakiem, wszyscy, którzy byli wtedy w Stoczni Gdańskiej, uzmysłowili sobie, że nie są jedynie mierzwą polskich dziejów. Że tym razem to właśnie ich decyzje, zapał
i determinacja aktywnie kształtują naszą wspólną historię. Nigdy tego poczucia nie zapomnę. Choć dziś wspomnienia tamtych wydarzeń budzą przede wszystkim gorycz.


„Tygodnik Solidarność” nr 12, z 19 marca 2010