strona główna arrow na gorąco arrow Zanim wyłączą prąd

16 października 2009

Zanim wyłączą prąd

Legalne zaspokojenie roszczeń wegetarianina i kanibala w obrębie jednej społeczności i zintegrowanego systemu norm to najnowsza mrzonka lewicowych konstruktywistów. Tymczasem bez prawa opartego o spójny system wartości, zdolnych stanowić podglebie powszechnie respektowanych norm moralnych, żadne państwo się nie ostoi.

Poseł Piecha nie musi być panem naszych sumień, a obowiązujące prawo nie może narzucać katolickich rygorów osobom, które katolikami nie są – kpi Maciej Łętowski. Rdzeń jego postawy, którą można by nazwać „neutralnościową”, najlepiej chyba wyraża cytowany niżej passus:

„Dobrym katolikiem nie będzie ten poseł, który jesienią zacznie widowiskowo machać sztandarem i głośno gdakać, ale ten, kto wynegocjuje taki kompromis, który zbliży się do nauczania Kościoła. Natomiast złym posłem będzie ten, kto wymusi ustawę w pełni zgodną z nauką Kościoła. To by bowiem znaczyło, że podstępem lub siłą narzucił innym swój partykularny pogląd”.

Intrygująca opinia i odważne słowa w przypadku osoby związanej z – było nie było – katolickim Uniwersytetem Koło Samej Warszawy. Czyżby znany publicysta, dawny naczelny „Ładu”, później szef różnych agencji medialnych i wykładowca dziennikarstwa
na katolickich uczelniach nie wiedział, że moralność w wymiarze społecznym,
zwłaszcza w sytuacji kolizji norm oraz kulturowego zamętu kruszy się i eroduje?

Zresztą mniejsza już o Dekalog, jeśli – jak sugeruje Łętowski – przy kształtowaniu systemu prawnego w państwie lepiej poprzestać na poziomie efektywnego pragmatyzmu. „Żyj i daj żyć innym – ta dewiza doskonale się sprawdza”. Łętowski
ze swadą namawia czytelników Newsweeka do naiwnie optymistycznej wizji świata, zupełnie jakby nie odrobił lekcji z prof. Konecznego, a w dodatku miał zaległości
ze starych Chińczyków.

A przecież traktat „O sztuce wojennej Mistrza Sun” należy dziś czytać nie tylko jako rozprawę o przezornych zachowaniach w stosunkach międzypaństwowych, ale głównie jako ostrożnościową dyrektywę przydatną w międzykulturowych kontaktach oraz nieuniknionych starciach odmiennych cywilizacji. Bo to przecież one – ów gorący styk mentalności, kultur, przekonań, wierzeń, ideałów – w dobie napędzanej bezkrytycznym zachwytem, więc i wciąż przyśpieszającej globalizacji stworzą niebawem (już stwarzają!) naprawdę poważne zagrożenia dla świata.

W pewnym sensie Maciej Łętowski jest ideałem: pisze wykwintnie, potoczyście, interesująco. W dodatku, głoszone przez niego opinie świetnie wpisują się
w kanoniczną poprawność mainstreamu. Teraz pokpiwa z Piechy. W sprawie Rospudy bronił przywiązujących się do drzew ninja-ekologów. Kilka lat wcześniej zgłosił na łamach „Rzepy” nieortodoksyjny pomysł na demograficzne wzmocnienie tzw. ściany wschodniej. I nie szło mu bynajmniej o ściągnięcie do kraju Polaków z Kazachstanu czy z Kresów, którzy po 1939 roku znaleźli się zagranicą, bo Ojczyzna się od nich oddaliła. Nie, publicysta przekonywał wtedy, że warto zaproponować gościnę litwakom.

Cóż, Łętowski pewnie ma jakąś swoją rację, bo papier jest cierpliwy, a media niewątpliwie kupią to, co kochają najbardziej. Dlatego kołowrót zdarzeń i karuzela stanowisk, wzajemnie sobie potrzebne, będą się nadal kręcić. Tyle że zawsze napatoczy się jakiś nieszczęsny poeta, który pamięta i bruździ… Choć dziś niewdzięczną rolę poety-straceńca coraz częściej bierze na siebie wirtualna, interpersonalna pamięć sieci oplatającej ludzki świat. Przynajmniej do chwili, w której wyłączą nam prąd.