Z Wiednia via Kętrzyn do Berlina, przez cztery kraje UE, przejadą uczestnicy rajdu rowerowego upamiętniającego osobę budowniczego autostrad, gospodarza Olimpiady i znanego wegetarianina Adolfa H.
Młodych rowerzystów z flagami, w koszulkach z podobizną patrona
imprezy, szczególnie ciepło witanych przez Czechów, oczekuje się
już wkrótce na granicy polskiej…

Strusia polityka

Political fiction? Wręcz przeciwnie. Z niewielkimi modyfikacjami to właśnie
działo się na naszych oczach. Z Ukrainy przez Polskę, Słowację i Austrię do bawarskiego Monachium miała przejechać na rowerach dwudziestoosobowa grupa młodych Ukraińców, dla uczczenia pamięci "abstynenta i piewcy zdrowego trybu życia"
Stepana Bandery.

Bandera miał 25 lat i pełnił funkcję przewodniczącego krajowego zarządu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (Krajowy Prowidnyk OUN), gdy 15 czerwca 1934 doszło do zamachu na polskiego ministra spraw wewnętrznych. Płk Bronisław Pieracki, legionista, zastrzelony w Warszawie na ulicy Foksal przez Hryhorija Maciejkę, dążył do porozumienia z Ukraińcami. Banderę, Mykołę Łebedia i konstruktora bomby, której nie udało się zdetonować, skazano na dożywocie. Bezpośredni sprawca zamachu
zdołał zbiec.

„Nasza idea (samostijnej Ukrainy) jest tak wspaniała, że trzeba poświęcić miliony ofiar, żeby ją zrealizować” – wyjaśniał Bandera, broniąc się podczas innego procesu grupy nacjonalistów ukraińskich we Lwowie latem 1936 roku. Z tymi milionami przesadził, ale ofiary rzeczywiście były. I dziś idzie właśnie o prawdę o tych ofiarach.

Środowiska polityczne zachodniej Ukrainy, na które postawił prezydent Wiktor Juszczenko, sławią narodowo-wyzwoleńczą działalność OUN i UPA, a postaciami ich liderów, takich jak właśnie Bandera czy Roman Szuchewycz, chcą zapełnić ukraiński panteon. To ryzykowna polityka, nie tylko ze względu na deklarowaną przez Ukraińców chęć wstąpienia do UE. Mit założycielski, odwołujący się do ideologii szowinizmu
i ludobójczych praktyk, źle przyjmowany we wschodniej, rosyjskojęzycznej części państwa, może podsycić inspirowane tam przez Rosję nastroje separatystyczne,
a w przyszłości zagrozić nawet integralności Ukrainy.

O to jednak niech się martwią Ukraińcy. Gorzej, że wobec oczywistej prowokacji, jaką stanowił rajd zorganizowany przez fundację Eko-Miłosierdzie,
polskie władze nie przejawiły roztropnej stanowczości. Szczególnie zawiódł resort
spraw zagranicznych, kierowany przez ministra Sikorskiego. O niezgodnych z prawdą wypowiedziach rzecznika prasowego MSZ już w ogóle nie ma co mówić.

Do braku empatii wobec licznych Kresowian narodowości polskiej, żydowskiej, ormiańskiej, ale także ukraińskiej, którym w latach 40. (nie tylko na Wołyniu)
banderowcy w najokrutniejszy sposób wymordowali całe rodziny, zdążyliśmy się już niestety przyzwyczaić. Gorzej, gdyby doszło teraz, co trudno wykluczyć, do jakichś incydentów siłowych.

Dobre stosunki z Ukrainą to z oczywistych względów nasz priorytet, skutecznie urzeczywistniany w codziennych kontaktach z Ukraińcami, masowo szukającymi dziś
w Polsce poprawy swego bytu. Szkoda, że politycy nie doceniają dojrzałości obu narodów, gotowych chyba do przyjęcia prawdy. Krótkowzroczna, oparta na myśleniu życzeniowym układność naszych elit wobec polityki prezydenta Juszczenki, faworyzującego środowiska radykalnych nacjonalistów, oddala dzień pełnego pojednania między Polską a Ukrainą. Oby go nie udaremniła.

„Tygodnik Solidarność” nr 33, z 14 sierpnia 2009