strona główna arrow publicystyka arrow wojny kulturowe arrow Operacja Langenort RU-486

Przed dwoma laty Irlandia, członek UE, w analogicznej sytuacji potrafiła skutecznie interweniować u holenderskich władz i udaremnić zaplanowaną akcję holenderskich „Kobiet na falach”. Ale w Dublinie
nie rządzą postkomuniści.

Operacja Langenort RU-486

Przedłużająca się obecność holownika z aborcyjnym kontenerem na pokładzie we władysławowskim porcie pokazała, jak niewiele mają do powiedzenia w swoim
kraju Polacy. Kapitan portu Władysław Undro nie ma kontroli nad sytuacją w porcie. Podobnie jak samorząd Władysławowa, który może sobie co najwyżej bezsilnie protestować. Protest Kaszubów pozostaje w dodatku niemal bezgłośny, gdyż główne media działające w Polsce, zwłaszcza elektroniczne, jawnie sympatyzują z grupą aroganckich feministek, którym łatwo w tej sytuacji manifestować poczucie pełnej bezkarności.

– Gdybym chciał taką starą łajbą wypływać w morze z turystami, to zdobycie odpowiednich zezwoleń zabrałoby mi pewnie ze dwa lata – zauważył przytomnie
jeden z internautów.

Kontrapunkt Dyducha

Rebecca Gomperts niczego w Polsce nie załatwi. I nie ona stanowi tu główny problem. „Kobiety na falach” to tylko skuteczne propagandowo narzędzie prowokacji wymierzonej w obowiązujący stan prawny. Bez zaproszenia do Polski, co więcej,
bez „otoczenia instytucjonalną opieką” grupka eurofeministek, choćby najbardziej zagorzałych, nie miałaby tu czego szukać. Suwerenne państwa dysponują skutecznymi metodami niedopuszczania na swe terytorium osób czy organizacji niepożądanych. Przed dwoma laty Irlandia, członek UE, w analogicznej sytuacji potrafiła skutecznie interweniować u holenderskich władz i udaremnić zaplanowaną akcję holenderskich „Kobiet na falach”. Ale w Dublinie nie rządzą postkomuniści.

Polscy obrońcy życia już w styczniu 2002 podjęli starania o ochronę naszej suwerenności legislacyjnej przed nowinkarzami, którzy pod szyldem tolerancji walczą
z tradycyjną moralnością zakorzenioną w Europie od dwóch tysięcy lat. Sprawa wydawała się do załatwienia, zwłaszcza przy poparciu Kościoła katolickiego w Polsce,
o którego względy przed referendum akcesyjnym postkomuniści zabiegali do samego końca. Wszak były precedensy: nie tylko Irlandia, ale także Malta i Słowacja potrafiły dopiąć swego w tym zakresie. U nas jednak stało się inaczej. Wprawdzie rząd Millera zamarkował aktywność na tym polu, ale mętna deklaracja, złożona w Kopenhadze
w ostatniej chwili i pozbawiona jakiejkolwiek mocy sprawczej powinna była obudzić czujność wszystkich, którym drogie są wartości chrześcijańskie.

W tym samym czasie, gdy Kwaśniewski, Oleksy i Miller skutecznie kokietowali hierarchów polskiego Kościoła, sekretarz generalny Dyduch wyśpiewywał melodyjki
miłe uszom libertyńskiego aparatu SLD-UP.

Pójdzie atak na Kościół

Gdy akcesja z UE nasili kryzys gospodarczy i zaostrzy nastroje, trzeba będzie jakoś skanalizować społeczną frustrację, znaleźć ujście dla złości zdesperowanych ludzi. Wtedy pierwsze propagandowe uderzenie pójdzie na Kościół hierarchiczny w Polsce. Socjologizujący opis rzeczywistości eklezjalnej, pod który znakomicie przygotowują grunt publikacje liberalnych tygodników, takich jak Newsweek czy Wprost, uzasadni „troskę” władz o tzw. pieniądze Kościoła oraz „prowadzenie się” katolickich duszpasterzy. Taki wybiórczy wizerunek Kościoła jako instytucji czysto ludzkiej – choć może nawet „wyższej użyteczności społecznej” – uzupełniony jadowitą i wulgarną agresją rodem z Nie oraz Faktów i Mitów, będzie sprzyjał nastrojom antyreligijnym, antyklerykalnym, antykościelnym. Natomiast ambitniejsze uzasadnienia dla studentów wypracują filozofowie z Bez Dogmatu. Przesadzam? Proszę sprawdzić poziom nienawistnej retoryki antykatolickiej obecny już dziś na internetowych forach dyskusyjnych.

Moda na antywartości, o co zadbają liberalne media, wypłukiwanie chrześcijańskiej aksjologii z ustawodawstwa, szkolnictwa, obyczajowości – to nie może pozostać bez wpływu na postawy młodzieży. Czy wtedy oskarżany o „namawianie
do Unii” i wszelkie inne grzechy, ze Świętą Inkwizycją, milczeniem w czasach Zagłady
i niezbywalnym „antysemityzmem” włącznie Kościół katolicki w polskim sektorze
Federacji Europejskiej sprosta wyzwaniom czasu?

Na pstrym koniu mediów

„Postulowanie przez obóz lewicy liberalizacji prawa do aborcji w kilka dni
po referendum jest głęboko nieprzyzwoite, pozbawione elementarnej cywilizacyjnej ogłady. Przywódca rządzącego obozu wypowiada 19 maja na Placu Świętego Piotra piękne, kaznodziejskie słowa, a na drugi dzień po referendum padają zupełnie inne sformułowania. Co prawda wypowiadane pod innym szyldem i przez inną osobę,
ale bądźmy poważni, pochodzą przecież z tego samego środowiska”. Te słowa
biskupa łomżyńskiego Stanisława Stefanka wyrażają zarówno pewną gorycz zawodu, jak i świadomość zagrożeń, które mogą stać się wkrótce udziałem Kościoła katolickiego w Polsce.

Biskup Piotr Libera, sekretarz generalny KEP, powiedział wprost o „jawnej prowokacji przygotowanej przez kręgi zainteresowane legalizacją aborcji w naszym kraju”. Zwrócił też uwagę na demograficzny aspekt całej sprawy, dowodząc tym samym, że wbrew urabianej im opinii polscy biskupi wcale nie są religijnymi fundamentalistami.

Prymas Józef kard. Glemp działania feministek z Holandii oraz tych, którzy je zaprosili, określił mianem „inicjatywy jątrzącej naród”. Biskup polowy Sławoj Leszek Głódź akcję feministek nazwał „plamą na polskim morzu”, natomiast brak należytej reakcji stosownych władz – „plamą na polskim honorze”. Bardzo zdecydowane słowa moralnej dezaprobaty wypowiedzieli również arcybiskupi Tadeusz Gocłowski i Józef Życiński. Niekatolickie media, które dotąd chętnie nagłaśniały wypowiedzi tych dwóch hierarchów, zwłaszcza ich zdecydowane poparcie dla planów integracji europejskiej, teraz nauczycielski głos Kościoła w sprawie najwyższej wagi moralnej praktycznie zignorowały.

Dezynwoltura czy grzech wyborczy?

Scenariusz prowokacji dobiega końca. Brak działań ze strony władz dowodzi,
że celem „operacji Langenort” było od początku upokorzenie polskich katolików,
przy jednoczesnym ośmieleniu środowisk moralnych dysydentów. Gdy przed laty wiceminister zdrowia określił homoseksualizm tradycyjnym mianem dewiacji, a homoseksualistów nazwał zboczeńcami, to zgromiony przez liberalne media wkrótce stracił pracę. Dziś, gdy bliska współpracowniczka minister Jarugi-Nowackiej, zresztą na etacie w Kancelarii Premiera, pochwala istnienie aborcyjnego podziemia – media jakoś nie podejmują tematu. Aprobata dla przestępstwa? E, tam! Wkrótce zmienimy to „niehumanitarne” prawo! Owszem, integralny katolik na urzędzie rodzi zagrożenie, natomiast skrajna feministka to coś zupełnie innego!

„Nasza Polska” nr 2.., z lipca 2003