strona główna arrow kultura arrow Wystawa bez wędzidła

Dwa lata temu podczas letniej burzy zmarł Książę Poetów. Czy w Jego burzliwym życiu, jak na pułkownika Huzarów Śmierci przystało, rzeczywiście dominowały „języki chaosu”? A może raczej, jak wielu chce wierzyć, Pan Cogito doznał łaski spokoju u „nieodgadnionych kolan” Tego, którego poszukiwał przez całe życie? Próbę odpowiedzi na te pytania przynosi wystawa „Zbigniew Herbert. Epilog burzy” w Muzeum Literatury na Rynku Starego Miasta w Warszawie.

Wystawa bez wędzidła

Zbigniew Herbert, przedstawiciel pokolenia wychowanego w Drugiej Rzeczypospolitej, pojmował życie w kategoriach honoru i powinności. Nie uchylał się przed obowiązkami, jakie na osobę, która chce być godna tego miana, nakłada przynależność do wspólnoty: rodzinnej, narodowej, wreszcie kulturowej. A przecież w czasach i miejscu, w którym przyszło mu żyć, nie było łatwo sprostać temu wyzwaniu. Ludziom „wplątanym w historię” za wierność wartościom elementarnym przychodziło płacić ogromną cenę. Często wręcz tę najwyższą. Herbert dobrze o tym wiedział. Gdy formułował uniwersalne „Przesłanie Pana Cogito”, mówił: „Bądź wierny Idź”. W „Potędze smaku” dopowiadał: „choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała / głowa”. Poeta poważył się na te słowa bynajmniej nie z braku, lecz przeciwnie – w poczuciu najwyższej odpowiedzialności. Wierność tradycyjnym zasadom, zachowanie własnej tożsamości – warte są każdej ceny, gdyż bez nich życie nikczemnieje, staje się wegetacją niegodną człowieka.

Bliźni – obywatel – artysta

Rygoryzm moralny Pan Cogito, wymagający i niemodny, wspierał się zawsze na dwóch filarach. Po pierwsze, wysokie wymagania, jakie zawsze stawiał, były poparte niekwestionowaną jakością artystyczną. To ważne kryterium dla ambitnych i wrażliwych odbiorców poezji Zbigniewa Herberta. Ale bodaj ważniejsza była przecież, zwłaszcza dla młodych czytelników, wyrazista w swej niezłomności postawa Poety, który całym swoim życiem dowiódł, jak obce mu jest myślenie heroldów lewicy, którzy przewrotnie twierdzą, że „drogowskaz wcale nie podąża wskazywaną przez siebie drogą”.

Rodzaj wewnętrznego zobowiązania, w jakim Herbert trwał przez całe życie, wykraczał daleko poza postulat zwykłej przyzwoitości wobec siebie i bliźniego. Owszem, należy raczej wybierać dobro niż zło, żeby nie być potworem moralnym, ale to zaledwie warunek konieczny człowieczeństwa. Życie ma przecież wymiar wspólnotowy. Nie wystarczy być „prywatnie” porządnym człowiekiem, trzeba przyjąć swoją cząstkę odpowiedzialności za byt zbiorowy: stać się obywatelem. Ale być dobrym człowiekiem i porządnym obywatelem to jeszcze nie wszystko. Poeta postawił przed sobą ambitniejszy projekt egzystencjalny. Chciał być poetą, świadomym swego powołania artystą. A to znaczy: najpierw dobrze poznać trwały dorobek pokoleń minionych, a potem wnieść swój własny wkład. Uzupełnić stan posiadania o niewielką choćby, ale ważną cząstkę.

Między dzieciństwem a Elegią na odejście

„Twórczość Herberta jest szczególnym świadectwem walki podejmowanej w obronie zagrożonych wartości, W jej centrum znajduje się człowiek, niekiedy śmieszny, niekiedy wzruszający, spoglądający na siebie z ironią, a przecież heroiczny w swym zmaganiu o ludzką godność” – pisze Maria Dorota Pieńkowska, autorka scenariusza i zarazem komisarz poświęconej Poecie i Jego Dziełu wystawy w warszawskim Muzeum Literatury. „Koncepcja wystawy wykorzystuje zamknięty układ pięciu sal, wprowadzając konstrukcję ronda. Tak więc pierwsza sala jest jednocześnie ostatnią – początkiem i końcem” – czytamy dalej w niewielkim towarzyszącym wystawie informatorze.

– Ten układ ekspozycji nie jest ani dziełem przypadku, ani nie oznacza biernego poddania się topografii naszego muzeum – mówi Dorota Pieńkowska. – Gdy szukałam jakiegoś nadrzędnego pomysłu, który by nie tylko organizował przestrzeń wystawienniczą, ale i ustanawiał związek między raczej burzliwym życiem Poety i Jego dążeniem do pełni, zupełności, harmonii – wtedy przyszła mi do głowy refleksja Herberta z „Epilogu burzy”: życie moje / powinno zatoczyć koło / zamknąć się jak dobrze skomponowana sonata („Brewiarz” iv). Wprawdzie Poeta ubolewa, że tak się nie stało, że na moment przed codą widzi „porwane akordy / źle zestawione słowa i kolory / jazgot dysonans / języki chaosu”, ale osobiście, widząc zwłaszcza kunsztowne rezultaty zmagań artysty, chcę wierzyć, że jednak „w nieskończonych głębiach” całość ogarnął i pełni doświadczył.

Podróże Pana Cogito

Zbigniew Herbert urodził się 24 października 1924 roku we Lwowie. W 1944 roku blisko dwudziestoletni słuchacz konspiracyjnej polonistyki na Uniwersytecie Jana Kazimierza przed wkroczeniem Sowietów opuszcza swe rodzinne miasto. Już na zawsze. Ale w życiu przyszłego życiu poety, dramatopisarza i eseisty, lwi gród – obok Warszawy, Paryża i Berlina – odegra rolę decydującą. W tych czterech miastach mieszkał najdłużej. Po drodze zdarzyły się jednak i Proszowice, i Sopot. Oczywiście, nie sposób pominąć roli ośrodków uniwersyteckich: Krakowa i Torunia, gdzie Herbert przed rokiem 1950 studiował ekonomię oraz prawo, a także Miasta Aniołów (Los Angeles), gdzie w trzydzieści lat później przez rok dzielił się swoją wiedzą z młodymi Amerykanami. Trzeba też pamiętać o podróżach europejskich. Pisarz przemierzył Półwysep Apeniński, znał Francję, której nie należy wcale utożsamiać z Paryżem, a także Holandię.

Można powiedzieć, że jak na obywatela PRL Pan Cogito wiele podróżował po świecie. Ale takie stwierdzenie zawiera też cząstkę nieprawdy, bo Herbert do tego obywatelstwa wcale się nie poczuwał. Jego strategię, takie swoiste prowizorium egzystencjalne, należałoby chyba nazwać „przeczekiwaniem peerelu”. Gdy walka zbrojna stała się niemożliwa, a nowa władza postanowiła zaprząc literatów w służbie „jedynie słusznej idei komunizmu i proletariackiego internacjonalizmu” Herbert wystąpił z Związku Literatów Polskich i podjął indywidualną, trudną, chwilami rozpaczliwą walkę o byt. Imał się różnych zajęć. Był ekspedientem w sklepie, chronometrażystą w Spółdzielni Nauczycielskiej „Wspólna Sprawa”, redaktorem „Głosu Kupieckiego”, także ekonomistą w biurze projektów przemysłu torfowego. Nie dość, że przyszły autor „Struny światła” oddawał się zajęciom nudnym, nisko płatnym i wcale nie wymagającym wykształcenia wyższego, którym przecież dysponował, to jeszcze znalazł się w całkiem innej niszy społecznej.

Po latach w jednym ze szkiców poświęconych kulturze europejskiej napisze: „Francuzi zaczynają od podniecających przystawek, Włosi postępują rozsądniej, zgodnie z naturą swojej wyśmienitej kuchni, która jest chłopska, solidna i pożywna. Filozofia gustu na półwyspie polega na tym, że naprzód możliwie szybko należy zaspokoić głód, a potem dopiero myśleć o wrażeniach smakowych”. Czyż można w pełni zrozumieć tę uwagę o przewagach kuchni włoskiej nad francuską, jeśli nie pamięta się o tym, że Poeta, nie chcąc być w czasach stalinowskich członkiem dyspozycyjnego ZLP, klepał po prostu biedę i niejednokrotnie doświadczał dotkliwego uczucia głodu?

Inicjacje i nauki

Pokolenie, do którego należał, przeżyło męską inicjację szczególnie mocno. Osiąganie dojrzałości płciowej, czyli – jak wolał to nazywać Herbert – okres pubertalny, zbiegło się z wtajemniczeniem rzadszym, mocniejszym, wręcz granicznym. Z zadawaniem śmierci. Dawać życie i jednocześnie je nicestwić? Wojna w naturalny niejako sposób podkreśla cielesność i fizjologię, oswaja z krwią, cierpieniem, kalectwem, okrucieństwem. W blisko trzydzieści lat później w wywiadzie telewizyjnym 48-letni Herbert podkreśla, że czas okupacji był dla niego ważnym doświadczeniem. Brzmi to zresztą całkiem zwyczajnie, dopiero krytyczna uwaga pod adresem psychoanalizy, zakończona konkluzją o znaczeniu „obsesji, z których usiłuje się wychodzić przez pisanie”, uświadamia ciężar gatunkowy tej wypowiedzi. Czyż nie takie klimaty przywołuje „Lalek” (sztuka na głosy), w której spotykają się niezgrabna młodzieńcza zmysłowość, naturalizm i godny antyku tragizm?

Po wojnie Herbert podejmuje intensywną naukę. W Krakowie studiuje na ASP, uczęszcza na prawo i filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale najsumienniej przykłada się do studiów na Akademii Handlowej, gdzie w 1947 roku uzyskuje tytuł magistra ekonomii. Gdy rodzice z podkrakowskich Proszowic wyjeżdżają do Sopotu, Herbert w 1949 roku robi magisterium z prawa na UMK w Toruniu. Jeszcze przez rok, zanim nie przeniesie się do Warszawy, będzie kontynuował na uniwersytecie toruńskim studia filozoficzne pod kierunkiem prof. Henryka Elzenberga. Później relacja mistrz-uczeń zamieni się w przyjaźń, z racji oddalenia podtrzymywaną korespondencyjnie.

Jeden z takich listów, datowany na 4 czerwca 1954 roku, ujawnia rozterki religijne, jakie stały się udziałem Herberta przed trzydziestką. „Zacząłem tedy kombinować – pisze poeta do mentora na dwa lata przed swym książkowym debiutem – moją własną kieszonkową religię, jakiś pożal się Boże, deizm osiemnastowieczny. Przeraziłem się tych wyników, które początkowo miałem zamiar ująć w formę systemu”. Słowa te sygnalizują już pewien stopień „przezwyciężenia” wolnomyślicielskich pokus. Nie do końca jednak. W dalszej części wywodów Herbert wyraża obawę, że trudno byłoby mu się „wpasować”, do którejkolwiek z istniejących wspólnot religijnych. Jedni bowiem mogliby mu zarzucić zbyt szczupły, a inni – przeciwnie – zbyt obszerny „bagaż religijny”. Co gorsza, zarzut o wzbogacenie „depozytu wiary” o treści niezbyt zgodne z doktryną, takie jak np. psychologia, kult człowieczeństwa czy kultura, byłyby w jego przypadku całkowicie uzasadnione – przyznaje Herbert. I dodaje z wyraźnym zakłopotaniem: „ A przy tym wszystkim, nie bardzo odpowiada mi koncepcja prywatnej religii (rozmowa z Absolutem na migi) i potrzeba mi gestu sakralnego, dymu i beku zwierząt ofiarnych...”.

Herbert nie był nigdy człowiekiem łatwej wiary. Ale poza okresem krótkiej przygody z gnozą, „ciemne źródło” – wbrew niektórym współczesnym interpretacjom – raczej go nie pociągało. Ciekawe zatem, skąd wzięły się tamte problemy z Bogiem? Czy jego wiarą zachwiała bardziej śmierć ukochanego brata, czy był to rezultat intelektualnego dojrzewania przy lekturze „dzieł wytrącających z religijności”?

Pan Cogito jako autorytet moralny

Jednym z walorów wystawy poświęconej Herbertowi jest różnorodność tzw. dokumentów osobistych, w znaczeniu, w jakim mówił o nich socjolog Florian Znaniecki. Są wśród nich listy i pocztówki do przyjaciół Poety, w tym cytowany wyżej list do Elzenberga oraz kartka z życzeniami świąteczno-noworocznymi dla Tadeusza „Deda” Chrzanowskiego. A także wzruszająca w treści pocztówka do zamieszkałego w Krakowie ekslwowianina Leszka Elektorowicza. Są faksymile rękopisów, autografy wierszy, liczne szkice i rysunki, zdjęcia z rodzinnego archiwum, zagraniczne wydania książek, nagrody, medale i dyplomy. M. in. medal austriackiej nagrody Herdera, z 1973 roku, nagroda Jerozolimy z 1990, czy przyznana w roku 1995 przez amerykańską Fundację Ingersol nagroda T.S. Eliota. Są wreszcie diapozytywy (naturalnej wielkości) kilku ukochanych i dogłębnie przez Herberta zanalizowanych obrazów, opatrzone stosownymi cytatami z „Barbarzyńcy w ogrodzie” lub „Martwej natury z wędzidłem”.

Czy z tych pracowicie zebranych śladów, cytatów i pamiątek wyłania się w miarę wierny wizerunek autora „Rovigo”? Czy współtworzące ekspozycję elementy scenografii przydają mu wyrazistości? Moim zdaniem, tak. Zarówno socrealistyczne obrazy Wnukowej czy Wróblewskiego, jak i ikonografia Solidarności stanu wojennego – wszystkie te plakaty, znaczki, sita, blachy czy wyrzutnia ulotek – stają się widzialnym motywem obywatelskiej aktywności Poety w latach osiemdziesiątych. Pojawiły się nawet zarzuty, że przez nagromadzenie aż nadto czytelnych rekwizytów wystawa jest „przesadnie martyrologiczna” i „zbyt patriotyczna”. Ale przecież Zbigniew Herbert od wczesnej młodości czuł się – jak sam mówił – owładnięty historią, jasno też deklarował swój patriotyzm. Dowodzą tego zarówno jego losy wojenne, jak i tuż powojenne. Był najpierw w AK, później, wbrew zaleceniom dowództwa, nie tylko się nie ujawnił, ale „poszedł do lasu”. Gdy w jakiś czas potem uznał, że walka zbrojna nie ma już sensu, wrócił do życia w cywilu. Ale całą swoją postawą emigranta, który w sferze duchowej wybiera uniwersalizm antyku, a w praktycznej – możliwie częste i stosunkowo długie wyjazdy zagraniczne, demonstrował rodzaj trwałej niezgody na duchową bylejakość i zakłamanie peerelu.

W biogramie przedstawionym zarówno na planszy, jak i zamieszczonym we wspomnianym wcześniej informatorze, czytamy: „Konsekwentnie opozycyjna postawa wobec totalitarnego zniewolenia sprawiła, że Poeta stał się w Polsce spontanicznie uznanym autorytetem moralnym i wyznacznikiem nonkonformistycznych postaw czytelników. Znalazło to szczególny wyraz w okresie powstania i rozwoju podziemnej Solidarności. W ostatnich latach swego życia Pisarz ogłaszał teksty publicystyczne na łamach Tygodnika Solidarność”. Niektórzy zastanawiali się, dlaczego to robił. Szukali ukrytych motywów. A odpowiedź jest prosta. W wolnej Polsce Herbert stał się znowu obywatelem.

– Zależało mi na prawdzie. Starałam się podążyć wiernie za autorem i jego dziełem. Chciałam przedstawić poetę w pełni jego człowieczeństwa, a człowieka ukazać poprzez jego twórczość. Unikając jednocześnie jakiejkolwiek „interpretacji Osoby”, mniejsza już o to, czy własnej, czy podpowiadanej przez znawców. Dążyłam do tego, żeby to była niejako autoprezentacja, z której wyłania się człowiek rozpoznawalny dla Bliskich, dla tych, którzy go znali i kochali – mówi Dorota Pieńkowska, komisarz wystawy. – Dlatego też – dodaje – największym komplementem były dla mnie słowa pani Katarzyny Herbertowej: „Zbyszek tak by to sobie wyobrażał!”.

„Tygodnik Solidarność” nr , z sierpnia 2000