strona główna arrow na gorąco arrow My, Narkopolacy? Wy, Żydokomuna!

27 lipca 2009

My, Narkopolacy? Wy, Żydokomuna!

Diagnoza nie była trudna: wcale nie wymagała wielkiego wysiłku poznawczego.
Toteż została postawiona wiele lat temu. Gorzej natomiast było z jej artykulacją
w przestrzeni publicznej. To naprawdę wymagało charakteru. I dopiero Stanisław Michalkiewicz okazał wystarczającą odwagę cywilną, mówiąc i pisząc wprost,
że „Wyborcza jest żydowską gazetą dla Polaków”.

Od paru miesięcy wyklęta formuła Michalkiewicza uzyskała niepodważalną sankcję,
gdy Michał Cichy w rozmowie na łamach Dziennika ujawnił ambitne założenia programu musztrowania Polaków przez „GW”. Czytelników wyznań Cichego zbulwersował nie tyle nawet fakt, że twórcom nominalnie solidarnościowej gazety od początku przyświecały ściśle ideologiczne cele, (bo trudno było przez dwie dekady nie dostrzec nachalnej freblówki!), ile po prostu etniczne, a właściwie czysto rasowe motywacje, jakie kierownictwu gazety przyświecały.

Dopóki rekonstrukcji skrywanych założeń polityki redakcyjnej gazety dokonywał
jakiś tam oszołom po KUL-u, było wprawdzie niezbyt przyjemnie, ale i niegroźnie.
W zupełności wystarczały strategie mieszane: zbagatelizować, wyszydzić, przemilczeć. Ale gdy wszystkie te „antysemickie pomówienia i bzdury” otwartym tekstem,
z nazwiskami i genealogią włącznie, potwierdził długoletni zaufany współpracownik Wyborczej, wcześniejsza hipoteza Michalkiewicza wydaje się teraz
nie do zakwestionowania.

Charakterystyczne, że w odruchu samoobrony ludzie Agory podjęli bezlitosną,
lecz niezbyt rozsądną próbę brutalnego zdyskredytowania osoby, której zaledwie parę lat wcześniej powierzyli odpowiedzialne zadanie wypromowania poważnej nagrody literackiej. Ich szarża na Cichego, zresztą w wariancie użytym wcześniej wobec Zbigniewa Herberta, każe jednak zapytać, czy sugerowanie choroby psychicznej współpracownikowi Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie nie ociera się już
o antysemityzm.

Niezłą okazję do odtworzenia ideologicznych celów kierownictwa Gazety Wyborczej stwarzają podejmowane z rozmachem akcje perswazyjno-ideologiczne, jak choćby
ta najnowsza: My, Narkopolacy. Rozkręcona na cztery fajerki przez redakcję „GW” wspomagana przez Fundację Agory, nagłaśniana przez Radio Tok FM i billboardy firmy AMS. Dużo pięknych słówek o intencjach, slogany w rodzaju „pomagać, a nie karać”, statystyki, z których wynika, że rocznie tylko 300 osób w Polsce (bo przecież mieszkają u nas nie tylko Polacy, ale Niemcy, Ukraińcy, Białorusini, Cyganie i Żydzi) umiera
od narkotyków… Czyżby za mało?

Nakierowanie uwagi młodych wakacjuszy na ćpanie i jaranie, dawanie w żyłę czy życie na haju, jak dla mnie, nosi wszelkie znamiona działań typowych dla lewicowo zorientowanej inżynierii społecznej. Jakie pomysły mają zbawcy Polaków z Czerskiej? Chcą oczywiście pogłębić przedmiotową „wiedzę” swych czytelników oraz znieść dotychczasowy zakaz posiadania porcji dragów na własny użytek.

Jeśli to nie jest modelowa akcja promocyjna, to jak to nazwać? Właśnie takimi metodami Brytyjczycy osiągnęli mistrzostwo Starego Kontynentu w konkurencji: przypadkowe ciąże u nastolatek młodszych. Jak działa przyzwalające prawo pronarkotykowe wiedzą też doskonale Holendrzy, którzy właśnie zaczęli się wycofywać ze swego zachwalanego na kredyt, a w istocie przeciwskutecznego eksperymentu. Być może więc idzie o zagospodarowanie flamandzkich nadwyżek towaru?

„Karać tylko dilera” – pieją koguty z Wyborczej… Ale jak, skoro wiadomo, że diler nosi przy sobie tylko jedną działkę „na własne potrzeby”, a dopiero jak z dobroci serca odstąpi ją komuś bardziej potrzebującemu, to bierze sobie następną. Przecież stąd wzięła się zastosowana skutecznie w NYC zasada „zero tolerancji”. Ciekawe, że nawet magia nowojorska, dotąd zawsze bezwarunkowo skuteczna, tym razem jakoś na ludzi
z Czerskiej nie podziałała…

Najciekawszy jest jednak sposób, w jaki uczniowie czarnoksiężnika z Agory definiują swoje rozumienie terminu „narkopolacy”: „Uzależnienie, jak narodowość, łączy Polaków: młodego chłopaka z Warszawy palącego marihuanę i leciwą, religijną kobietę z Małopolski, która namiętnie łyka tabletki z krzyżykiem”.

Oburzające? Organizatorzy akcji znakomicie wiedzą, że będzie to odczytane jako nadużycie czy prowokacja. Jednak zabezpieczywszy się retorycznym pytaniem, brną dalej, tłumacząc łagodnie, że między popalającym trawkę studentem, zdegradowanym ćpunem a sędziwą słuchaczką Radia Maryja z prawicowej, południowo-wschodniej części kraju nie ma w istocie większej różnicy: są nieszczęsnymi, chorymi ludźmi, więc jak chorych trzeba ich potraktować.

Chyba wystarczy... Jeśli termin „narkopolacy” – rzeczownik zbiorowy o nieostrym znaczeniu i zakresie, w dodatku składany czcionką o charakterystycznym kroju, tzw. solidarką – jest dopuszczalny w obiegu publicznym, to nie ma co sarkać na znacznie bardziej zasadny, bo posiadający niekwestionowane referencje egzystencjalne
termin „żydokomuna”.

Adamowi Michnikowi i jego współpracownikom trzeba jednak oddać sprawiedliwość: skutecznie nadają ton publicznej debacie w kraju swego osiedlenia.