strona główna arrow na gorąco arrow Czyżby profesor Mikołejko przyznawał się do niemieckich przodków?

14 lipca 2009

Czyżby profesor Mikołejko przyznawał się do niemieckich przodków?

„Czy tego chcemy, czy nie, jesteśmy potomkami także tych, którzy mordowali, sprzedawali Żydów albo ucinali im głowy i grali nimi w piłkę” – opowiada „Newsweekowi” Zbigniew Mikołejko, kierownik Zakładu Badań nad Religią w IFIS PAN,
a nowe kierownictwo springerowskiego tygodnika opartego na amerykańskim formacie, wynurzenia stołecznego naukowca drukuje bez komentarza.

Z wielu pytań, jakie nasuwają się przy lekturze koszmarów dręczących prof. Mikołejkę („Dziedzictwo Polski zwierzęcej”. Newsweek nr 29, z 19 lipca 2009), zadajmy kilka podstawowych. Czy badacz religii z IFIS PAN nie zna ustaleń historyków dowodzących, że w dniu masakry było w Jedwabnem komando Schappera oraz co najwyżej 200–300 osób narodowości żydowskiej? Czy nie słyszał o naciskach strony żydowskiej,
żeby zaprzestać dalszej ekshumacji w chwili, gdy wydobywane podczas niej szkielety i znaleziska mogły zadać ostateczny kłam wersji Grossa, który napisał o tysiącu sześciuset ofiar zgładzonych bez użycia broni palnej przez kilkudziesięcioosobową grupkę miejscowych mętów?

Istotna wydaje się też kwestia, dlaczego twórcy pomnika upamiętniającego mord
na Żydach w Jedwabnem zdecydowali o znacznym powiększeniu – w stosunku
do realnych rozmiarów zabudowania – obrysu pamiętnej stodoły Śleszyńskiego, która według wersji Grossa miała pomieścić przeszło półtoratysięczną grupę ofiar. Zdziwienie może budzić fakt, że w ustach profesora PAN na prawach faktu pojawia się upiorny motyw z dawno już zdyskwalifikowanych jako niewiarygodne zeznań Szmula Wassersztajna. Idzie o motyw kopanej ludzkiej głowy, który posłużył Maciejowi Zembatemu, znanemu piewcy okropności, jako materiał do wyraźnie kreacyjnej
i jadowicie antypolskiej ballady.

Zbigniew Mikołejko ma problem z proporcjami: casus Jedwabnego, abstrahując już
od rzeczywistego przebiegu zdarzeń, anuluje mu heroiczny wymiar Powstania Warszawskiego. Eseista wyolbrzymia też zjawisko okupacyjnej demoralizacji marginesu narodowości polskiej, w tym szmalcowników czy denuncjatorów, nie dostrzegając ani ważnych wysiłków państwa podziemnego (egzekwowanie surowych wyroków wobec przestępców kryminalnych, pomocowa działalność Żegoty), ani tym bardziej istotnej współodpowiedzialności judenratów oraz policji żydowskiej za tragiczny los
ich własnych ziomków.

Ważnym narzędziem ułatwiającym kreowanie wizerunku Polski „zwierzęcej” w całym tysiącleciu naszych dziejów jest ahistoryzm, błąd łatwy może do zrozumienia
u młodego, skwapliwego publicysty, ale zadziwiający w przypadku osoby z profesorskim cenzusem. Metoda jest prosta: wyrwane z historycznego, ale i kulturowego kontekstu mocne, oskarżycielskie klisze językowe Mikołejko zderza wprost z najwyższymi ideałami moralnymi naszej współczesności, uzyskując – co oczywiste – efekt dość piorunujący.

Przykład? Proszę bardzo: „Przecież chłopi pańszczyźniani sprzedawani byli na wagę
i na sztuki, nie mieli żadnych praw, łącznie z prawem do życia. Nie wolno im się było żenić bez zgody właściciela ani porzucić miejsca zamieszkania. Ich los nie różnił się
od losu afrykańskich niewolników” – demonizuje pierwszą Rzeczpospolitą Mikołejko, a rozmawiający z nim Piotr Stawiszyński ani się nie zająknie, że wynalazcami czy twórcami zasady „przypisania do ziemi” albo „prawa pierwszej nocy” – fundamentalnych cech feudalizmu – nie byli jednak nasi przodkowie, tylko protoplaści najbardziej cywilizowanych narodów Europy zachodniej.

Jeśli mamy się już zadowolić tak lapidarnymi formułami, to znacznie prawdziwsze wydaje się żartobliwe wyznanie jednego z polskich arystokratów, który charakteryzując stosunki między szlachtą a chłopami w dawnej Polsce powiedział: myśmy ich robili,
oni nas robili
. I nie szło mu wyłącznie o wzajemne oddziaływania kulturowe czy behawioralne wynikające z bliskiej współobecności, ale o wymiar czysto biologiczny, prokreacyjny. Za handel słowiańskimi niewolnikami, według dość znanych przecież źródeł, też nie należy winić kupców z dawnych plemion lechickich, ale zupełnie innych…

Nie znaczy to jednak, że w tym, co Mikołejko opowiada bezradnemu dziennikarzowi, nie ma racjonalnego jądra. Uwagi o braku rytów inicjacyjnych, o destrukcji wychowawczych elementów w edukacji szkolnej czy zaniku obróbki socjalizacyjnej, jaką dla gorzej wyedukowanej części społeczeństwa bywała służba wojskowa, dadzą się pewnie zinterpretować rozsądnie. Szkoda tylko, że rozlewna, nieotamowana żadnymi rygorami narracja uniemożliwia dyskurs i jakąkolwiek konceptualizację mocnych twierdzeń filozofa.

Profesor Mikołejko, któremu w rozmowie zabrakło wymagającego partnera, dał w niej upust emocjom, roztaczając przejmujące obrazy, oparte na konstruktach intelektualnych, które nie wytrzymują jednak poprawnej metodologicznie weryfikacji prawdziwościowej. Być może książka, której publikację materiał z „Newsweeka”
ma sygnalizować, posiada jakiś ciężar gatunkowy. Ale opowieści jej autora na łamach popularnego tygodnika, stawiają raczej Mikołejkę z jednym szeregu z zacietrzewionymi ideolożkami Magdaleną Środą oraz Aliną Całą.

Trzeba przyznać, że bardzo niewiele czasu zajęło Wojciechowi Maziarskiemu rozprawienie się z niezłą reputacją, jaką po kilku chudych latach zdołał zapewnić „Newsweekowi” poprzedni naczelny Michał Kobosko. Szkoda.