Podwójny (27/28/2002) numer Pisma Poświęconego Fronda ukazał się w przeddzień pierwszej rocznicy ataku terrorystycznego na Stany Zjednoczone. Nic więc dziwnego, że znaczna część jego zawartości nawiązuje do problematyki związanej z tymi wydarzeniami. Jednak autorzy drukowanych we Frondzie tekstów starają się być użyteczni: nie zadowala ich powtarzanie stereotypów w rodzaju: „starcie cywilizacji”, „świat już nie będzie taki sam” czy „wszyscy jesteśmy nowojorczykami”.

Umierać za wolny rynek?

Owszem, piszą o islamie, ale bez ideologicznego zacietrzewienia. Odrzucają perspektywę, którą z jednej strony ogranicza potrzeba propagandowego uzasadnienia rozprawy zbrojnej z niektórymi państwami muzułmańskimi, z drugiej – lansowana przez cywilizację zachodnią formuła politycznej poprawności.

Błędem jest – tak można zrekonstruować przewodni motyw najnowszego wydania Frondy – nie tylko polityzacja samego islamu traktowanego przez fundamentalistów jako narzędzie walki a cywilizacją zachodnią, ale również jego powierzchowna krytyka z pozycji socdemoliberalnych. Natomiast rozumna analiza genezy, ewolucji oraz współczesnej teologii islamu – prowadzona w duchu „zdrowej konkurencji religii” – jest nie tylko uprawniona, ale wręcz pożądana. Aby nie stracić wiary, wyznawcy muszą przecież zachować prawo do uczciwej afirmacji własnej konfesji. W przeciwieństwie do szlachetnie brzmiących deklaracji, praktyczne skutki światopoglądowej neutralności państwa są fatalne, a równy (teoretycznie) dystans wobec wszystkich religii, w praktyce prowadzi do kulturowej dyskryminacji wyznań tradycyjnych, a zarazem uprzywilejowania mniejszościowych czy egzotycznych.

I nie idzie wyłącznie o to, że publiczny wyraz zaniepokojenia postępującą islamizacją Europy potrafi skutecznie uruchomić państwowy „wymiar sprawiedliwości” – Brigitte Bardot ubolewającej nad tym, że śpiew muezina zagłusza we Francji dźwięk kościelnych dzwonów, przyszło zapłacić 30 tys. franków grzywny! – ale raczej o to, że narastający w postchrześcijańskiej cywilizacji Zachodu głód wartości (częste konwersje Europejczyków i Amerykanów na islam) może istotnie doprowadzić do zasadniczych zmian na religijnej mapie świata. Nie wolno też zapominać o żywej aktywności religijnej muzułmańskich imigrantów.

„Oczywiście, na razie młode wspólnoty islamskie nie próbują narzucać swojego prawa innym, ale można przypuszczać, że kiedy staną się religijną większością, bez wątpienia zaczną to robić. I nie ma co liczyć na ewolucję islamu w religię miłości pokoju i tolerancji, bo to nie leży w jego naturze, a wspaniałe pokojowe i mistyczne nurty tej religii są zdecydowanie heretyckie” – pisze Samuel Bracławski w szkicu „Islamski dżihad przeciw krzyżowcom”, wskazując na liczne przykłady krwawych prześladowań katolików w Sudanie czy Indonezji. I konkluduje: „Konieczne jest więc podjęcie konfrontacji z dynamicznie rozwijającym się i coraz częściej wypierającym chrześcijan z tradycyjnie im przypisywanych regionów świata islamem. (...) Nie ma co się zasłaniać chrześcijańskim pacyfizmem (...) Jan Paweł II mówi jasno: «Są sytuacje, w których wojna zbrojna jest złem nieuniknionym, od którego w tragicznych okolicznościach nie mogą uchylić również chrześcijanie. Lecz także w takich sytuacjach obowiązuje chrześcijański nakaz miłości wroga, miłosierdzia» (...) Bez tej walki o Chrystusa i jego Kościół (troskę o tolerancję, równouprawnienie, demokracje czy liberalizm można spokojnie pozostawić innym, to nie są najważniejsze sprawy) – może się okazać, że za kilkadziesiąt lat chrześcijaństwo zniknie z Afryki Południowej czy Europy Zachodniej, tak jak przed wiekami zniknęło z Afryki Północnej. I będzie to, niestety, nasz grzech zaniedbania”.

Nie jest zresztą do końca oczywiste, w jaki sposób przebiega linia frontu. Powszechnie głosi się wprawdzie, że islam walczy dziś z McŚwiatem, ale – jak zauważa Estera Lobkowicz – współczesny system demoliberalny przestał być cywilizacją chrześcijańską. Dlatego np. granica między cywilizacją śmierci a cywilizacją miłości przebiega już całkiem inaczej. Widać to zwłaszcza podczas sporów o prawo do nienaruszalności życia od momentu poczęcia aż do naturalnej śmierci. W międzynarodowych gremiach z jednej strony stają wówczas wszystkie kraje muzułmańskie oraz Watykan, z drugiej – reszta świata. „Naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości” – powiedział, zresztą podczas wizyty w Polsce,
Jan Paweł II. Poważne traktowanie tego ostrzeżenia – pisze Lobkowicz – prowadzi do wniosku, że „przyszłość należy do państw islamskich, a krajami barbarzyńskimi są zachodnie demokracje”. Bo czyż znajdą się ludzie skłonni oddać swe życie wyłącznie
za wolny rynek i liberalizm? – powątpiewa.

„Tygodnik Solidarność” nr 38, z września 2002