strona główna arrow portrety arrow Człowiek, któremu zależało

Michał Tadeusz Falzmann, był pogodnym, prostolinijnym, prawym człowiekiem. Gdy 18 lipca 1991 roku umierał w dwa dni po niespodziewanym zawale, miał zaledwie 38 lat, żonę i pięcioro dzieci.


Człowiek, któremu zależało

Śmiertelny zawał serca to przypadłość zastanawiająca u turysty i żeglarza, który wcześniej nie doświadczył żadnych problemów kardiologicznych. Bardziej już zrozumiała u kogoś obdarzonego umiejętnością wnikliwego analizowania dokumentów finansowych, swoistym nosem do afer oraz niepraktycznymi w latach tzw. transformacji gospodarczej zasadami.

 Ekonomista ze spolonizowanej rodziny

 Ekonomista w wykształcenia, pracownik stołecznej Izby Skarbowej, a przez kilka ostatnich miesięcy życia główny specjalista w Zespole Analiz Systemowych NIK – Falzmann pochodził z wielonarodowościowej rodziny, wyznania ewangelicko-augsburskiego, o której można powiedzieć, że się wzorowo spolonizowała. Babka była Brytyjką. Ojciec Austriak, ewangelik zobojętniały na sprawy wiary, zaniedbał religijne wychowanie syna, który dopiero jako dorosły przyjął chrzest w Kościele katolickim. Izabela Brodacka-Falzmannowa, żona Michała, w rozmowie z Jerzym Zalewskim („Pod prąd”, TV Puls) podkreślała, że był to świadoma decyzja dojrzałego człowieka.

Piątka dzieci, nieustępliwość w dociekaniu prawdy, odwaga cywilna i fundamentalna niezgoda na zło, w przekonaniu, że przecież nie wolno inaczej, to tylko różne przejawy tego samego ewangelicznego radykalizmu Falzmanna. Inspektor NIK, z talentem do odtwarzania ścieżek realnych przepływów finansowych nawet z wysoce „kreatywnej” dokumentacji, pyta wszechmocnego wówczas Balcerowicza, czy wiedział o bankructwie Banku Handlowego, co zrobił, aby zahamować niekontrolowany wypływ pieniądza w walutach wymienialnych poza Polskę, i jak chce rozwiązać sprawę wewnętrznego zadłużenia dewizowego państwa wobec własnych obywateli. Czy ktoś w III RP bardziej zasłużył sobie na miano oszołoma?

Ministrowie i kolesie  

FOZZ powstał w lutym 1989 roku, istniał zaledwie 22 miesiące, ale skutki jego działań odczuwamy wszyscy do dziś. Ostatnia instytucja PRL miała gromadzić dewizy potrzebne do obsługi zadłużenia zagranicznego, a przy okazji, już nieoficjalnie, rozpocząć skup polskich skryptów dłużnych na rynku wtórnym, co mogło znacząco obniżyć poziom naszych zobowiązań. Nielegalny charakter tych operacji wymuszał ich tajność i rezygnację z klasycznego sposobu księgowania. Dzięki temu, fundusz stał się narzędziem budowania finansowej potęgi postkomunistów, jak się wydaje, nie tylko zresztą polskich.

– Z pieniędzy FOZZ m.in. sfinansowano budowy Gazociągu Orenburskiego i innych rurociągów na terenie byłego ZSRR. Straciliśmy na tym blisko 6,5 mld. USD – mówił Witold St. Michałowski, podczas III Sympozjum Falzmannowskiego, które odbyło się w 2001 roku w Nysie.

 Jeśli wnioski, do jakich doszedł skromny kontroler NIK, są trafne, to Polska utraciła za sprawą FOZZ dziesiątki miliardów USD, podczas gdy oficjalne (procesowe i medialne) dane mówią o kwotach zwykle o rząd wielkości mniejszych. Ale Falzmannowi szło nie tylko o FOZZ. Zakres nieprawidłowości, które sygnalizował w swych wystąpieniach alarmujących zarówno opinię publiczną („CDN – Głos Wolnego Robotnika”, 1990, „Spotkania” 1991, wrocławska „Gazeta Robotnicza”, 1991), jak i osoby piastujące najwyższe stanowiska w państwie (poprzez notatki służbowe, sprawozdania pokontrolne czy memoriały) – jest nieporównanie szerszy.  

Stawiana przez niego diagnoza wydawała się nie do przyjęcia. Trudno bowiem uwierzyć, że gospodarka finansami publicznymi w 40-milionowym kraju w środku Europy odbywa się bez rzetelnej księgowości. Trudno też zrozumieć, dlaczego przez lata grupka tych samych osób, kierujących na przemian Ministerstwem Finansów, bankiem centralnym (NBP) i Bankiem Handlowym, na mocy powielaczowego prawa i w poczuciu pełnej bezkarności, razem z gromadą finansowej żulii z całego świata dokonuje – jak pisał Falzmann – „metodycznego rabunku finansów Polski”. Po latach, gdy praca parlamentarnych komisji śledczych rzuciła snop światła na interesy i koneksje panów w rodzaju Kuny, Żagla, Bobrka, Ałganowa, Smołokowskiego czy Jankielewicza, by poprzestać na kilku jaskrawych przykładach, tezy Falzmanna nabrały innego ciężaru gatunkowego.

Falzmannowskie dziedzictwo

Tylko ten jego dziwny zawał serca. I trudny do wytłumaczenia wypadek drogowy, w którym zginął prezes NIK w przeddzień swego wystąpienia sejmowego w sprawie FOZZ. Śmierć dwóch policjantów, dokonujących pierwszych po katastrofie oględzin samochodu wiozącego prezesa Pańkę i jego najbliższego współpracownika. Napaść na Marcina Dybowskiego, wydawcę książki „Via Bank i FOZZ”, w okolicach Białegostoku. Ciągnąca się od 13 lat z oskarżenia prywatnego sprawa przeciwko jej autorom Mirosławowi Dakowskiemu i Jerzemu Przystawie. Sprawa jak sprawa, ale decyzją sądu o tzw. zabezpieczeniu powództwa, umożliwiła praktyczną eliminację książki i drastycznych zarzutów Falzmanna z obiegu publicznego.    

 Mimo to ofiara, jaką złożył ze swego życia młody inspektor NIK, nie poszła na marne. Grupka przyjaciół pamiętała o osieroconych dzieciach. Powstała fundacja jego imienia. W Nysie odbyło się Falzmannowskie sympozjum. We Wrocławiu jedna z ulic od kilku lat nosi jego nazwisko. I co może najważniejsze, wokół Przystawy i Dakowskiego rozwinęła się inicjatywa obywatelska na rzecz jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW).

Michał Falzmann nie był desperatem ani mściwym fundamentalistą. Myślał rozsądnie o przyszłości swoich dzieci, o przyszłości Polski. Jemu po prostu zależało! Dlatego pytania, które stawiał, wciąż domagają się odpowiedzi. Podobnie jak wątpliwości związane ze śmiercią osób, które ujawniając oszustwa operatorów FOZZ, zagroziły naprawdę potężnym interesom.

„Tygodnik Solidarność” nr 29, z 21 lipca 2006