Rządowi wystarczy może dialog pozorowany, ale dla Solidarności przepchnięty w komisjach projekt ustawy antykryzysowej jest nie do zaakceptowania.

Władza jak Dosia-Samosia

Kilka razy modyfikowany jeszcze zanim pojawił się w sejmie, zresztą bez sygnalizowania zmian partnerom społecznym, został poddany dalszej parlamentarnej obróbce. Czy w jej toku uzyska kształt do zaakceptowania przez stronę społeczną?
Z posiedzenia podkomisji, zajmującej się poprawkami do „projektu ustawy
o łagodzeniu skutków kryzysu ekonomicznego dla pracowników i przedsiębiorców”
(druk sejmowy nr 2044), zaproszeni związkowcy, którym jednak w ogóle
nie udzielono głosu, demonstracyjnie wyszli.

Arogancja Chlebowskiego

W dniu głosowania nad wotum nieufności dla ministra Rostowskiego Zbigniewowi Chlebowskiemu wystarczył kwadrans, żeby pod zręcznym pretekstem odroczyć prace połączonych komisji i skupić siły organizacyjne na głównej batalii dnia. Niezrażeni dezynwolturą przewodniczącego klubu PO przedstawiciele strony społecznej – związkowcy oraz część pracodawców – podjęli próbę wypracowania poprawek,
które przywróciłyby pierwotny sens zawartemu porozumieniu i pozwoliły uniknąć sygnalizowanych wyżej zagrożeń. Ale na niewiele się to zdało.

Projekt ustawy, wraz z liberalnymi i technicznymi poprawkami, przyjęto na dokończonym posiedzeniu w piątek. Prospołeczne korekty wnoszone przez posłów
PiS oraz Lewicy oczywiście nie przeszły. A zaproszonym związkowcom znów uniemożliwiono jakikolwiek udział w debacie. Za to Zbigniew Chlebowski
odniósł sukces w procedowaniu na skróty.

Czekając na Donalda

Tzw. pakiet antykryzysowy od początku miał pod górkę, bo rząd Donalda
Tuska w kryzys długo uwierzyć nie chciał. Ale gdy 13 marca 2009 związkowcy z trzech największych central dogadali się z reprezentatywnymi organizacjami pracodawców, strona rządowa zapowiedziała realizację uzgodnień, poczynionych w dialogu autonomicznym. Filozofia, jaka legła u podstaw porozumienia, była prosta – zminimalizować straty, a nieuchronne koszty kryzysu rozłożyć możliwie równo.

Uzgodniony pakiet miał – takie były intencje stron – pomóc przetrwać zagrożonym firmom, ale i w istotny sposób wesprzeć rodziny pracownicze dotknięte skutkami kryzysu. Natomiast od strony rządowej oczekiwano, by nadała tym rozwiązaniom kształt ustawowy.

Przesłany do sejmu w maju projekt ustawy antykryzysowej stwarza wprawdzie pewną nadzieję na ochronę miejsc pracy, ale w zasadzie ignoruje osiągnięty przez stronę społeczną kompromis. I robi to na kilka sposobów.

Przede wszystkim, propozycje rządowe traktują pakiet dość wybiórczo, nie uwzględniając np. żadnych programów pomocowych dla pracowników dotkniętych kryzysem. Co gorsza, części uzgodnień między partnerami społecznymi nadano taki kształt legislacyjny, który rujnuje kruchą tkankę kompromisu. Można się zastanawiać, czy rządowi eksperci od stanowienia prawa faworyzują pracodawców zupełnie niechcący, czy też szło im właśnie o poróżnienie stron.

Temu dała – tamtemu łeb urwała

Najlepiej widać to na przykładzie. Związkowcy uznali racje pracodawców, zabiegających o możliwość wprowadzenia 12-miesięcznego okresu rozliczeniowego
w firmach dotkniętych skutkami kryzysu.

Była to jednak dla nich naprawdę trudna decyzja. Dlaczego? Bo to oznacza wydłużenie czasu pracy, w skrajnych przypadkach do 72 godzin tygodniowo, zamiast obowiązujących dziś według kodeksu pracy 40. Oznacza likwidację płatnych dodatków za nadgodziny, czyli znaczne obniżenie wynagrodzeń. Ale nie tylko to.

– Postojowe komplikuje wyliczenie wynagrodzeń za urlop i za zwolnienia chorobowe. A bez zmiany obowiązujących dotąd przepisów może mocno utrudnić nabycie praw emerytalnych. Jednym słowem, zapowiadają się poważne kłopoty – przestrzega wiceprzewodniczący Jerzy Langer, który w imieniu KK „S” pilotuje
ścieżkę legislacyjną pakietu antykryzysowego.

Tymczasem rządowy projekt ustawy oferuje taki okres rozliczeniowy wszystkim pracodawcom. Bez względu na stan prowadzonej przez nich firmy. Nic dziwnego,
że komentując rządową innowację, przewodniczący Solidarności Janusz Śniadek uznał ją za cyniczną próbę wykorzystania kryzysu dla kolejnej deregulacji kodeksu pracy
i forsowania antypracowniczych rozwiązań.

Panatuskowa opcja zerowa

W szczególnie ważnej z pracowniczego punktu widzenia sprawie stabilizacji zatrudnienia, czyli ograniczenia nadużywanych teraz umów na czas określony legislatorzy Donalda Tuska poszli jeszcze dalej. I całkowicie wbrew intencjom wnioskodawców, którzy zgodnie uznali, że stosunek pracy, niezależnie od liczby umów, będzie się zawiązywał z mocy prawa, po przepracowaniu u jednego pracodawcy okresu 24 miesięcy.

– Tymczasem rządowy projekt ustawy przejściowej (na dwa lata) nie tylko
nie zablokowałby dotychczasowych nagannych praktyk, ale po swym wygaśnięciu umożliwiłby niejako „wyzerowanie” licznika i stosowanie umów na czas określony
od nowa, nawet wobec tych samych pracowników – ocenia Langer.

Projekt rządowy, spóźniony i wyraźnie niedopracowany, neguje sens dochodzenia do trudnego kompromisu, jaki w poczuciu odpowiedzialności za Polskę udało się zawrzeć przedstawicielom pracodawców i pracowników.

„Tygodnik Solidarność” nr 27, z 3 lipca 2009