strona główna arrow na gorąco arrow Kamingałty chwalebne

27 czerwca 2009

„Kamingałty” chwalebne

Piotr Bratkowski, przed laty młody poeta i publicysta rock’n’rollowy, dokonał na łamach swego macierzystego tygodnika – „Newsweek” nr 22, datowany na ostatni dzień maja 2009 – tzw. alkoholowego „kamingałtu”. Ale właśnie: dokonał czy nie dokonał?
Bo trochę brak pewności, czy to naprawdę „kamingałt”. Owszem, publicysta „Newsweeka” niby zasygnalizował swoje problemy z nałogiem, ale właściwie napisał tekst o fenomenie ludzi uzależnionych od alkoholu, a mimo to nieźle funkcjonujących w systemie demoliberalnego państwa.

Nawiasem mówiąc, ponieważ nałogowe picie alkoholu jest stare jak świat, to syndrom HFA (ang. high-functioning alcoholic), opisywany w literaturze anglosaskiej
i przywoływany w tekście Bratkowskiego, więcej niż o ludziach z problemem alkoholowym mówi nam o demoliberalnej rzeczywistości Zachodu, która nie tylko dość masowo produkuje ludzi głęboko uzależnionych (alkohol to jedna opcji, obok narkotyków, pornografii, seksu, nadaktywności), ale i skutecznie utrzymuje ich w roli cząstkowych operatorów systemu w miejscach istotnych dla jego funkcjonowania
jako całości.

Czy brak mechanizmów eliminujących osoby z poważnym defektem funkcjonalnym
lub charakterologicznym – powiedzmy, że idzie o pilota pasażerskich odrzutowców
z problemem alkoholowym, o moralistę uwikłanego skandal obyczajowy albo
o przeciwnika lustracji z otchłannym dossier w zbiorze zastrzeżonym – należy wzorem lewicowców odczytywać jako przejaw demoliberalnego miłosierdzia, zwanego tolerancją? A może rozsądniej byłoby uznać, że taki zanik systemowych mechanizmów obronnych, groźny dla wspólnoty jako całości, jest – wbrew mrzonkom Fukuyamy – dowodem dysfunkcyjności systemu przesadnie idealizowanego przez Amerykanina
o japońskich korzeniach?

Powróćmy jednak do Bratkowskiego, który napisał w zasadzie tekst publicystyczny
o HFA, tyle że zrobił to o według obecnej mody, która nakazuje ostro podkręcić czytelnicze emocje przez ukazanie czyjejś intymności. Albo przez odsłonięcie własnej,
w ramach tzw. obserwacji uczestniczącej, jednak koniecznie z udziałem kilku popularnych nazwisk, które pociągną sprzedaż… Czy użyci w tej roli: Stanisława Celińska, Wiktor Osiatyński, Jerzy Pilch albo Jaromir Nohavica sprostali zadaniu, pozostaje słodką tajemnicą handlową firmy Axel Springer.

Dlaczego „kamingałt” Bratkowskiego wydaje się taki dwuznaczny? Primo, brak mu jakiegokolwiek autentyzmu, właściwego trudnemu wyznaniu tajemnicy lub słabości rzeczywiście wcześniej głęboko skrywanej. Przecież bliscy dziennikarza wiedzieli o tym od lat, bo „nienawistnie patrzyli, jak spadał z krzesła”. W redakcji „Newsweeka”,
oprócz ultimatum, Bratkowski dostał także wielkie wsparcie, z zacytowanym w tekście esemesem od Violi włącznie. Wszyscy dokoła wiedzieli, więc jeśli o jakimś „kamingałcie” można tu mówić, to najwyżej o tym medialnym, na łamach. Tylko kogo to dziś
jeszcze może przejąć?

Gdyby choć wyznanie Bratkowskiego miało pewną rangę artystyczną, powiedzmy
na miarę prozy Pilcha… Ale zwyczajna publicystyka z wątkiem autobiograficznym?
No, może tu się nieco zagalopowałem, bo autor tekstu zatytułowanego „Kim byłem, kiedy piłem” obsadza się jednak w znacznie lepszej roli:

«Powracają wówczas obrazy, zwłaszcza te z najbardziej dla mnie szczęśliwych lat 90. Siedzę przy komputerze i piszę tyleż doniosły, co błyskotliwy tekst. (…) Już piszę ostatnie akapity i wiem, że znowu się uda: tekst będzie ozdobą weekendowego wydania „Gazety Wyborczej” lub – w nieco późniejszych czasach – okładką „Newsweeka”. Przez parę dni będzie się o nim mówić w środowisku. A ponieważ
po wielu godzinach pracy mój mózg jest już zmęczony, żeby dać mu kopa, wypijam setkę wódki» – wyznaje skromnie Piotr Bratkowski. Ale znajdzie też dobre słowo
dla prof. Osiatyńskiego, który kiedyś był tylko „znanym dziennikarzem”, a teraz jest
już „cenionym konstytucjonalistą i zarazem ikoną polskiego środowiska niepijących alkoholików”… Mamo, chwalą nas!

Tekst Bratkowskiego – owszem sprawnie napisany, ale niewiele więcej – wpisuje się niestety w bieżącą modę na zapełnianie kolorówek pseudowyznaniami celebrytów, którzy łakną lansu jak kania dżdżu. Oto zdeklarowany od lat pederasta wyznaje, że sypia z jakimś chłopcem. Zachwyt, oklaski, nagrody. Każde wyznanie w rodzaju: byłam alkoholiczką, zostanę lesbijką – budzi natychmiastowy zachwyt sporej części mediów… Nawet Dunin-Wąsowicz, przed laty twórca rzeczy przynajmniej ambitnawych, obecnie na okładkę swej „Lampy” pakuje dwóch chłopysiów, co nie lubią dziewczyn. I w sumie właśnie za to tylko, że ich nie lubią.

D. bierze, W. pije, Z. ma piątą żonę, nic dziwnego, że wszyscy oni urastają dziś do wzorców w kategorii „kamingałtu chwalebnego”. Tak, defekty moralne, skrzywienia charakterologiczne, ułomności mentalne, braki duchowe, a nawet skazy fizyczne mają teraz w mediach wielkie wzięcie. Ale dlaczego nie ma chętnych do coming outów naprawdę wymagających odwagi cywilnej i poświęcenia?

„Byłem tajnym współpracownikiem policji politycznej w PRL”. „Przygotowałem kilka złodziejskich prywatyzacji”. „Jak ognia unikałem płacenia podatków w dwudziestoleciu 1989–2009”. „Ferowałem lipne wyroki za duże pieniądze”. „Jako policjant pracowałem dla mafii”. „Oszukiwałem wyborców w III RP”. Takim wyznaniom nie tylko ja chętnie poświęciłbym uwagę…