strona główna arrow na gorąco arrow Lepper dla wykształciuchów

28 kwietnia 2009

Lepper dla wykształciuchów

Nawet pobieżny monitoring działających w Polsce mediów, zwłaszcza prywatnych stacji telewizyjnych i mainstreamowej prasy, wskazuje na wyraźnie obserwowalną tęsknotę za Lepperem czy może raczej za fenomenem lepperyzmu. Ambitny samorodek polityczny w tureckim swetrze, którego media, niby utyskując na jego salonowe niedostatki, w istocie wylansowały i wyniosły do władzy, doczekał się swoistej kontynuacji. Bo przecież show must go on. A i wytężona praca nad podważeniem resztek podstaw cywilizacji łacińskiej zobowiązuje…

Niestety, mimo starań Gazety Wyborczej oraz springerowskiego Dziennika z Anety K. nie udało się zrobić pełnowartościowej przedstawicielki feministycznego proletariatu.
Co gorsza, serial pod tytułem „Naparzanki Donalda z Kaczorami – neverending story” nie przyciąga już w dostatecznym stopniu uwagi publiczności. Właściwie nie wiadomo, czy zawiniła tu obustronnie deklarowana polityka miłości, czy po prostu odbiorcy, zgodnie z uogólnionym prawem Kopernika-Greshama, domagają się coraz mocniejszych bodźców. W każdym razie, wyjadacze od wizerunków, kampanii i sondaży, czyli rzeczywistości kreowanej, musieli sięgnąć po wunderwaffe.

Lepperem bis, w wersji dla wykształciuchów, okazał się Janusz P., poseł-bogacz
z Lublina, przeciwko któremu – jak dobrze pójdzie – zostanie wszczęte śledztwo w kilku sprawach naraz. Rock’n’rollowa plereza i całe pokłady bezczelności prezentowane przez tego magistra filozofii, któremu udało się wmówić opinii publicznej, że uzyskał stopień doktora, od miesięcy przykuwają uwagę tzw. ludzi mediów, a za nimi konsumentów tej – używając formuły Ryszarda Krynickiego – nowej paszy beztreściwej.

Trudno się dziwić, że Palikotem, niczym waletem trefl, napędzają swoją grę o niewybrednego odbiorcę koncerny Agora czy ITI, że cudakowi z Lublina wskaźniki rozpoznawalności podbija Morozowski z kolegą, bądź pomarszczony od życiowych strapień Miecugow-junior, ale już samozaparcie takiego np. Michała Karnowskiego, który hermeneutykę całej krajowej konstelacji politycznej usiłuje wywodzić
z interpretacji pojedynczego zdania pana P. pod adresem Grzegorza Schetyny, wprawia nie tylko w zdumienie, ale i szczerze śmieszy.

Choć trochę żal, że nawet niezłe głowy i cięte pióra dziennikarskie, nie tylko zresztą z Dziennika – pozwalając się wciągnąć w absurdalną grę pijarowskich pozorów i nadymań w stylu kolegi Tymochowicza – przeszły już całkiem z pozycji analitycznych na ludyczne.

Dziś w dziennikarskim fachu tzw. mainstreamowców wyręczają często ludzie z mediów regionalnych lub blogerzy. Gdy z powodu ważnej, bo instruktywnej i wciągającej w lekturę książka Pawła Zyzaka tuzy się nadęły, autorytety swoim zwyczajem rozpoczęły wrogi jazgot, a rządzący – korzystając z pretekstu – pogrozili legalnej instytucji państwowej, honoru wolnych mediów krajowych bronili koledzy z Gazety Pomorskiej
i Expressu Bydgoskiego!

To dzięki Adamowi Wilmie i Jackowi Kiełpińskiemu cała Polska dowiedziała się, że młody magistrant Uniwersytetu Jagiellońskiego niczego nie zmyślił, lecz napisał o faktach, które od dawna stanowiły tajemnicę poliszynela. Ale nie ma obawy, ci dwaj prawdziwi dziennikarze raczej nie powinni liczyć ani na słowa pochwały od znanych kolegów,
ani na żadne branżowe nagrody czy wyróżnienia. Po splendory wystartują przecież opisywacze przygód pana Palikota.

Nad kunktatorstwem europosłów z Platformy Obywatelskiej, którzy na ołtarzu szans wątpliwej eurokariery Jerzego Buzka, złożyli swoje (deklarowane wcześniej) poparcie dla propozycji uczczenia pamięci rotmistrza Witolda Pileckiego, też zapadłaby w kraju grobowa cisza, gdyby nie prawe dorzecze polskiej blogosfery oraz kilka dających się policzyć na palcach mediów, głównie z drugiej linii…

Cała moc Janusza P. bierze się z rezonansu, jaki uzyskują w mediach jego wymyślane przez ghost-scenarzystów prowokacje. Palikot zignorowany straciłby przecież całe swoje znaczenie polityczne. Rozumiem, że podbijający oglądalność skandalik z antykaczystowskim wektorem zapewnia właścicielom mediów korzyść wielostronną: wzmacnia ich markę, zasila kasę, pozwala wpływać na decyzje mniej krytycznej
części elektoratu.

Dlaczego jednak upodobanie w tych działaniach znajdują również dziennikarze,
którzy całkiem niedawno deklarowali przywiązanie do etyki zawodowej, apelowali
o poszanowanie standardów europejskich, a nawet wspominali o pewnej misyjności swego zawodu? Że już o takim drobiazgu jak pomyślność własnego kraju nawet
nie wspomnę.