– Czy przyjdzie pan sam, czy z obstawą? – zapytał mnie rektor Stanisław Dawidziuk przed rozmową o problemach i perspektywach Wyższej Szkoły Menedżerskiej SIG przy ulicy Kawęczyńskiej. Wprawdzie Szmulki nie cieszą się w Warszawie specjalną renomą, ale pytanie nieco mnie zdumiało. Podobnie jak fakt, że rektora o umówionej porze w szkole nie było. Gdy jednak nie wyraziłem zgody na rozmowę z jego rzecznikiem, zguba szybko się odnalazła. Okazało się wtedy, że to raczej pan rektor będzie miał obstawę.

Rektor Dyzma?

Sprawia miłe wrażenie, potrafi roztoczyć urzekające wizje. Pięć godzin rozmów, w których uczestniczyli też jego rzecznik, szkolny duszpasterz (jedynie do połowy) i pani Dorota, która niedawno z wyróżnieniem zdała egzamin licencjacki – dało mi pewne wyobrażenie o „metodologii” doktora Dawidziuka. Liczby, daty, istotne szczegóły przepływają niejako bez konsekwencji. Gdy wiedza rozmówcy okazuje się większa
od pierwotnie domniemywanej – rektor zmienia wersję wydarzeń. Nie jest fanatykiem klasycznej koncepcji prawdy. Zapewniał mnie, że dzięki rewizji i amnestii spędził w więzieniu jedynie około 12 miesięcy, nie płacił grzywny i wcale nie był pozbawiony praw publicznych. A przecież z akt o sygnaturze IV K 100/83 wyłania się inny obraz sprawy.

Rektor nie miał ostatnio dobrej prasy. I choć należy zauważyć, że zadziwiającą wręcz przedsiębiorczość tego 65-letniego człowieka, ojca dwóch synów: Radka i Andrzeja, wzięła najpierw pod lupę prasa mało wybredna lub brukowa (Super Express, Nie) – to trudno byłoby nazwać Stanisława Dawidziuka osobą nieznaną opinii publicznej. Zwłaszcza że prezesowi zagadkowego Stowarzyszenia Inicjatyw Gospodarczych, które on sam założył w roku 1992 w Falenicy, poświęcono niemal jednocześnie przychylne publikacje w tak odległych sobie ideowo tytułach
jak Przegląd Tygodniowy i Niedziela.

Porozmawiajmy o korzeniach

– Sprawiał wrażenie osoby z kontaktami i pieniędzmi – twierdzi profesor Władysław Kobyliński z Wyższej Szkoły Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej, który choć spotkał Dawidziuka handlującego m. in. papierosami na falenickim bazarze – zaczął zakładać wraz z nim „szkołę dla niezamożnej młodzieży”. Natomiast według profesora Jana Bogusza, który u początków WSM zdążył jej przez miesiąc porektorować, jego następca ma dar skupiania wokół siebie osób, z których jedne uwiarygodniają go w oczach innych. Podobnie sądzi ksiądz profesor Janusz Mariański, socjolog z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

Stanisław Dawidziuk, z wykształcenia specjalista od resocjalizacji, zrobił doktorat w Wojskowej Akademii Politycznej im. Dzierżyńskiego. Późniejszy lektor KC PZPR na przełomie lat 70. i 80. kierował Międzywydziałowym Studium Kształcenia Nauczycieli Przedmiotów Technicznych na Politechnice Warszawskiej. Ujawniony dzięki uporowi magistra inż. Erazma Chejły, "bardzo indywidualny" tok studiów w czasach pierwszej Solidarności zainteresował prokuraturę. Lipne egzaminy i zaliczenia, które dziekan Dawidziuk „udostępniał” mniej zdolnym, a może tylko niezbyt pilnym studentom, fałszując podpisy pracowników naukowych, sąd pierwszej instancji – uwzględniając fakt „demoralizowania studiujących” oraz „wciągnięcia wielu osób na drogę przestępstwa” –ocenił surowo. Kara łączna pozbawienia wolności: 5 lat, grzywna 100 tys. złotych, utrata praw publicznych także na 5 lat. Rewizja w Sądzie Najwyższym skróciła mu tylko o rok odsiadkę. Nawet pułkownik Styk, kolega Moczara z partyzantki, niewiele mógł
tu zdziałać.

– Tym lektorem byłem tylko przez trzy miesiące – twierdzi z kolei Dawidziuk.
– Wyrzucili mnie, bo kiedyś na Śląsku dogadałem się z górnikami. Przyznaje się
do znajomości z płk. Stanisławem Stykiem z Akademii Spraw Wewnętrznych przy Ksawerów w Warszawie, którego uważał za „resortowego Zagłobę”, zaprzecza jednak jakoby sam miał tam mieć wykłady. Dla tych, którzy znali go jeszcze z czasów pracy
w otwockim sanatorium, zaskoczeniem był nie tyle skandal na Politechnice, ile wysoki wyrok. Ludzie przecież pamiętali, że tam w Otwocku bardzo szybko awansował i dostał służbowe mieszkanie, a to w PRL były dobra cenne. Wtedy też Dawidziuk wstąpił do PZPR. Po pewnym czasie okazało się jednak, że zdefraudował pieniądze przeznaczone na budowę jakiejś wiejskiej szkoły. Ci, którzy rekomendowali go do partii, mieli trochę nieprzyjemności, ale ostatecznie sprawa przyschła.

Cambridge na Pradze

Po odbyciu kary Stanisław Dawidziuk rzucił się w odmęty... budownictwa kapitalistycznego. Zaczął od handlu ulicznego w centrum Warszawy, co zresztą należy uznać za przejaw jego osobistej dzielności. W 1992 roku, gdy miał już „szczęki” w Falenicy, skrzyknął grupę kupców, aby pod jego przewodem podjęli m.in. „odbudowę warstwy średniej, zapewniającej (...) stabilizację i spokój społeczny”, a także „wyrabianie poczucia solidarności społecznej i narodowej”.

– Dlaczego dałem się nabrać Dawidziukowi? Podszedł mnie, powołując się na dobro studentów, którzy wkrótce mieli się pojawić w progach naszej szkoły, dlatego poparłem go w sporze z rektorem Boguszem – tłumaczy profesor Kobyliński, pomysłodawca, współzałożyciel i do grudnia 1998 roku prorektor Szkoły przy Kawęczyńskiej, którą powołano na podstawie decyzji Ministerstwa Edukacji Narodowej nr DNS 3-145/TBM/98/95, z dnia 22 czerwca 1995 roku, gdy – za rządów koalicji SLD-PSL – resortem kierował minister Czarny. „Wyższa Szkoła Menedżerska jest uczelnią niepaństwową o charakterze społecznym i działa pod patronatem Stowarzyszenia Inicjatyw Gospodarczych” – czytamy w wydanym przez szkołę „Informatorze
o studiach”.

– Inicjatorami przedsięwzięcia byli Kobyliński i Dawidziuk. Szkołę, jako założyciel, firmował SIG. Pieniądze wymagane przez ustawę dał na konto Dawidziuk, ale one były nie do ruszenia, składaliśmy się nawet na opłacenie korespondencji – mówi profesor Jan Bogusz. Jego zdaniem, idea stworzenia szkoły dla najbiedniejszej młodzieży z Pragi, pochodziła od Kobylińskiego. To właśnie Kobyliński formułował koncepcję Szkoły, pisał dla niej programy. Brodzka i Bogusz trochę mu pomagali. – Chcieliśmy stworzyć coś
w rodzaju Cambridge na Pradze. Nie wiem, dlaczego Kobyliński poparł Dawidziuka – dodaje.

Minimalna wielkość funduszu założycielskiego określana przez MEN w zezwoleniu na prowadzenie szkoły nie była wtedy imponująca. Wystarczyło mieć pół miliarda starych złotych. SIG wpłaciło wprawdzie wymaganą sumę na konto założonej przez siebie uczelni, ale zaraz ją wycofało. Gdy profesor Bogusz zaczął zbyt mocno naciskać na uruchomienie funduszu bieżącego – przestał być rektorem. Rozstanie nie było eleganckie. A jego miejsce zajął prezes Stowarzyszenia, dotychczasowy pełnomocnik rektora ds. drobnej przedsiębiorczości.

Niskie opłaty sprawiły, że niepubliczna szkoła biznesu zyskała powodzenie.
Aby sprostać rosnącej liczbie studentów, otworzyła filie, czego nie miała prawa robić. Ale wpływy z czesnego rosły. Aby ominąć „nieżyciowe” przepisy, działalność edukacyjną podjęły terenowe oddziały SIG w Gdańsku, Pruszkowie, Ciechanowie i Ostrołęce. Dlaczego jednak władze uczelni nie wystąpiły o zgodę resortu na otwarcie filii, gdy znowelizowana ustawa już to umożliwiała? Teraz, głęboko skłóceni, Kobyliński i Dawidziuk wzajemnie oskarżają się o różne zaniedbania. Zdaniem Dawidziuka, za sprawę tzw. wydziałów zamiejscowych zgodnie z podziałem kompetencji miał odpowiadać prorektor Kobyliński. Z kolei dr Edward Piotrkowski twierdzi stanowczo, że gdy prosił prorektora WSM o filię w Ciechanowie, ten stanowczo odmówił, podczas gdy rektor Dawidziuk nie kazał sobie tego dwa razy powtarzać.

Krąży, krąży złoty pieniądz...

W 1998 roku Wyższa Szkoła Menedżerska liczyła około 4500 studentów,
teraz jest ich ponad 8 tysięcy. Przy czesnym w wysokości 1200 złotych za semestr
i 50-procentowych kosztach uzyskania, daje to kwotę około 10 mln PLN, czyli 100 miliardów starych złotych, nadwyżki do wykorzystania w skali rocznej. – Nawet bez wpisowego i innych wpływów, np. opłat za kursy komputerowe, są to sumy bajońskie – mówi profesor Kobyliński. Inaczej szacuje koszty prowadzenia Szkoły nowy rzecznik rektora Zenon Skuza. Jego zdaniem, pochłaniają one około 80 proc. dochodów z czesnego, zatem nadwyżka wynosi jedynie 4 mln PLN, tj. 40 miliardów starych złotych. Nadal jednak mamy do czynienia z ogromnymi pieniędzmi. Tymczasem blisko milion złotych z pierwszego kredytu w wysokości 4,5 mln PLN nadal „niczym miecz Damoklesa” wisi nad uczelnią. A w dodatku, we wrześniu ub. r. WSM znów wzięła
3,5 miliona kredytu, z przeznaczeniem na inwestycje. Czy to korzystne dla Szkoły?

Tego zdania jest rektor i ci, którzy twierdzą, że branie kolejnych kredytów jest normalnym „elementem gry biznesowej”. Dawidziuk chwali się nawet certyfikatem VIP, otrzymanym od kredytującego Szkołę banku. – Jesteśmy najważniejszym z klientów BISE, oni z nas żyją – mówi z dumą. I w obecnej sytuacji brzmi to całkiem realistycznie. Pytanie jednak, czy pieniądze z czesnego powinny utrzymywać małą prywatną instytucję finansową. I jak się to ma do idei szkoły dla młodzieży niezamożnej?
W przemówieniu z okazji trzeciej rocznicy powstania Szkoły rektor z dumą podkreślał fakt, że „dzięki przedterminowej spłacie kredytu minimalizuje się jego koszty i zarobek banku”. Brak konsekwencji? Zmiana sposobu myślenia? W okresie pionierskim dla uzyskania kredytu Dawidziuk miał zatrudnić w WSM jedną czy dwie panie z rady nadzorczej BISE. Dziś rektor zdecydowanie temu zaprzecza, ale Jan Stanisław Kiczor, przemysłowiec budowlany, z równą stanowczością ten fakt potwierdza.

– Dawidziuk ma w sądzie z tuzin spraw o niepłacenie wykonawcom za prace budowlane na rzecz Szkoły, z tego pięć wytoczonych przeze mnie – mówi inżynier Kiczor, absolwent Politechniki Warszawskiej, który w 1997 roku w ekspresowym tempie przysposobił byłą fabrykę na okazałą, nową siedzibę WSM. Kupiony od Optimusa SA budynek z pewnością nabrał wartości po remoncie. Sam Dawidziuk w podpisanym 23 czerwca 1997 roku wniosku z prośbą o udzielenie 4,5 mln zł kredytu na zakup „budynków wraz z terenem” twierdził, że choć jego „obecna wartość wynosi 5.300.000 PLN”, to przewidywana wartość dochodowa po adaptacji i remoncie wyniesie „ok. 11.800.000 PLN”. Dlaczego Szkoła unika swych zobowiązań, jeśli tyle zyskała na adaptacji, a ponadto jest w dobrej kondycji finansowej?

Rektor Dawidziuk z dobrotliwą wyższością tłumaczy, że Kiczor chce zbyt dużo,
a nie jest nawet inżynierem. Poza tym ma córkę w Szkole, powinien więc dołożyć się do wspólnego dzieła. Brzmi to na poły rozsądnie, na poły groźnie. Inżynier Kiczor wierzy, że kiedyś odzyska brakującą część zapłaty, czyli 278 tys. PLN, wraz z odsetkami. Tylko kiedy? Dwie sprawy już wygrał, ale Dawidziuk odwołał się od wyroku. Tymczasem on stracił reputację w branży i w listopadzie 1998 zgłosił swoją firmę do upadłości.
Jeszcze gorzej wyszedł na współpracy z rektorem Mieczysław Tomanek, właściciel „Interdrewexu”, który musiał nawet sprzedać dom i gdzieś zniknął. A Wojewódzkie Biuro Usług Inwestycyjnych z Ciechanowa, które pełniło rolę inwestora zastępczego, też walczy w sądzie o 150 tys. złotych.

Gra fair, gra faul

W szkole „dla niezamożnej młodzieży” pieniądze od początku rodziły różne problemy. Pierwszy rektor nie miał na znaczki, pensje wykładowców były niemal symboliczne. Choć zdarzało się i tak, że wybitna profesorska sława dostawała stawkę niższą od kogoś z grupy Krewnych i Znajomych Królika. Pieniądze z filii były „ściągane” do centrali. Szkolny budynek w Ciechanowie, zakupiony za pieniądze z czesnego,
stał się notarialną własnością Stowarzyszenia. Ta niefrasobliwa gospodarka pieniędzmi zaniepokoiła prorektora Kobylińskiego, a także Romana Gawrycha, pełnomocnika rektora ds. zamiejscowego wydziału w Ostrołęce. Sprawy nie ułatwiał fakt, że dokumenty finansowe podpisywał wyłącznie rektor Dawidziuk, sam też o finansach decydował. Próba „uspołecznienia decyzji” w tym zakresie skończyła się fiaskiem.
Rektor przeforsował nowy statut uczelni, a Kobylińskiego i Gawrycha usunięto z WSM.

Od tego czasu między Ostrołęką a Dawidziukiem trwa wojna podjazdowa. Ośrodkowi odcięto np. telefony, zablokowano na pół roku konto w banku. Roman Gawrych i ludzie z jego otoczenia dostają różne anonimy i groźby. Stosy oszczerczych listów z absurdalnymi zarzutami raczej nie poprawiają samopoczucia. Oprócz czarnej propagandy były przypadki pobicia. Jedni – jak dr A. – nie chcą o tym mówić
i rezygnują z kurpiowskich kontaktów, inni – jak dr Wojciech Stańczak – wręcz przeciwnie. Mocnym elementem „wojny z Kurpiami” było zablokowanie obrony pracy doktorskiej Gawrycha jesienią ub. roku. Trudno się dziwić, że po otrzymaniu kopii listu, w którym promotor – tak się składa, że jest nim właśnie profesor dr hab. Kobyliński – żądał za napisanie doktoratu 20 tys. PLN, władze bydgoskiej WSP poczuły się zdezorientowane i obronę w ostatniej chwili wstrzymały do czasu wyjaśnienia sprawy.

Roman Gawrych opowiada mi też o próbie podpalenia siedziby Zespołu Szkół Menedżerskich SIGiE im. Karola Adamieckiego w Ostrołęce. Mogło się źle skończyć,
bo szkoły mieszczą się w wynajętych od PKP drewnianych barakach. Zleceniodawcy mieli jednak pecha: w poszukiwaniu kandydata na podpalacza trafili na kościelnego jednej z podostrołęckich parafii. Toteż młodzież nadal ma się gdzie uczyć, a dyrekcja ostrołęckiego ZSM oświadczenie niedoszłego podpalacza przekazała miejscowej komendzie policji.

Czytelnikom, którzy przecierają teraz oczy ze zdumienia, dedykuję te słowa: „Kontrpromocja po części uprawiana jest podobnymi metodami jak promocja: presje ekonomiczne, przekupstwo, niedopuszczenie do spełnienia obietnic wyborczych
lub prowadzenie kampanii kontrpromocyjnej pod tytułem «prawda zwycięży». Innym typem kontrpromocji jest tzw. ujawnianie źródeł informujących odbiorców, że menedżer opinii jest źle poinformowany, jest kryminalistą, ewentualnie jest powiązany z jakąś grupą kryminalną lub też że w prowadzonej kampanii menedżer opinii korzysta
z tzw. brudnych pieniędzy”. To cytat z artykułu „Rola marketingu w działalności politycznej”, który doktor Dawidziuk opublikował w zeszytach naukowych WSM SIG.

MEN: przychylność czy apatia?

W Ministerstwie twierdzą, że nie znali przeszłości Dawidziuka, a poza tym ustawa w obowiązującym kształcie nie daje resortowi żadnych uprawnień przy obsadzie stanowisk w szkołach niepublicznych. MEN nie może odrzucić proponowanej kandydatury, nie ma też możliwości odwołania osoby z pełnionej funkcji.
– Ustawodawca pozostawił ogromną swobodę organom założycielskim tych szkół, zarówno w zakresie ich kształtowania ich struktury, jak i rozwiązań kadrowych.
W nowej ustawie o szkolnictwie wyższym, która jest właśnie w uzgodnieniach międzyresortowych, będziemy mieli prawo mianowania pierwszego rektora w nowo otwieranych uczelniach niepublicznych – mówi Tadeusz Popłonkowski, dyrektor Departamentu Szkolnictwa Wyższego MEN.

Jednak kryminalna przeszłość rektora nie wyczerpuje pensum problemów na styku uczelnia–ministerstwo. Jeden z niechętnych Dawidziukowi rozmówców zauważa, że w protokole zeszłorocznej kontroli ministerialnej w WSM SIG w ogóle pominięto sprawę ośrodków zamiejscowych, tak jakby ich nie było. Z kolei dyrektor Popłonkowski wskazuje na tę sprawę jako przyczynę odmówienia przez resort zgody na studia magisterskie. Od jej rozwiązania uzależnia też przedłużenie licencji na prowadzenie szkoły. Termin zezwolenia mija bowiem 5 lipca br.

Tak czy inaczej, ministerstwo przymknęło oczy na drobne fałszerstwo
w statucie SIG, na wątły dorobek naukowy doktora Dawidziuka, na jego skłonności
do plagiatów i paszkwili. Zlekceważyło brak funduszu założycielskiego uczelni.
W odpowiedzi na pismo Romana Gawrycha w tej sprawie wiceminister Jerzy Zdrada napisał: „Odnośnie zagadnień finansowych uczelni, to uprzejmie informuję, iż Wyższa Szkoła Menedżerska SIG nie korzysta z dotacji z budżetu państwa, tak więc celowość wydatkowania przez uczelnię uzyskanych środków finansowych, również tych otrzymanych od założyciela (bo, jak sam Pan stwierdza, założyciel dokonał stosownej wpłaty na konto uczelni) nie jest przedmiotem nadzoru ministerstwa”. Po polsku znaczy to: nie my daliśmy pieniądze, więc zupełnie nie obchodzi nas, co się z nimi stało.

Jeśli jeszcze dodać do tego dwukrotne zatwierdzenie niekorzystnego dla samorządności szkoły statutu, w pierwszym podejściu, tj. w listopadzie 1998, w ocenie prokurator Marii Kaczanowskiej dokonane „z rażącym naruszeniem prawa”, a i za drugim razem – wobec problematycznej legalności nowych władz Stowarzyszenia – chyba zbyt pochopne, to można zrozumieć zdziwienie, jakie wywołuje przychylność resortu wobec władz Szkoły.

Kurator pilnie poszukiwany

O iskrzeniu między gdańskim oddziałem SIG a centralą doniosły telewizyjna „Panorama” i lokalna prasa. Gdańszczanie najpierw poprosili nowego prezesa Stowarzyszenia o zgodę na osobowość prawną swego oddziału. Później jednak zakwestionowali legalność zeszłorocznego zjazdu, a także wyłonionych na nim rzekomo nowych władz. Trudno się dziwić, zważywszy że nowym prezesem ZG wybrano przed rokiem starszego z synów rektora: Andrzeja. Ostatecznie, mocny, bo 57-osobowy oddział gdański ( SIG w skali kraju liczy około dwustu osób) wystąpił do starostwa powiatu warszawskiego, które sprawuje ustawowy nadzór nad Stowarzyszeniem,
z wnioskiem o zwołanie „poprawnego formalnie” KZD.

Natomiast grupa z Ostrołęki wniosła o nieuznanie wyboru rektorskiego syna
na prezesa. 8 lutego br. sprawę na rozpatrzyć Sąd Apelacyjny w Warszawie. Są i dalsze konsekwencje prawne: oponenci rektora Dawidziuka zaskarżyli nowy statut uczelni do NSA. Postępowanie w toku, najbliższa rozprawa odbędzie się 2 lutego br. Ale rektor WSM SIG powołał już siedem katedr, zyskując zrozumiałe poparcie ich kierowników.

Trwa sytuacja patowa: SIG nie ma władz o niepowątpiewalnej legitymacji prawnej, szkoła działa w oparciu o nowy statut, choć jego legalność bada się dopiero w postępowaniu sądowym. Mimo to ani Tadeusz Popłonkowski, dyrektor Departamentu Szkolnictwa Wyższego MEN, ani Edmund Ambroziak, starosta powiatu warszawskiego – nie wydają się tym zaniepokojeni. Rektor Dawidziuk twierdzi,
że właśnie rozpoczął nabór na semestr letni. Podobno chce zostać kanclerzem Szkoły. A jego ustąpienie z funkcji rektora ma ułatwić ministerstwu wydanie zgody na dalsze istnienie WSM. Jednak są i tacy, których dziwi przyłączenie do budynku przy Kawęczyńskiej kabla z setką numerów telefonicznych. Miałoby to sens w biurowcu,
ale czy przyda się Szkole?

A może tajne nauczanie?

Skromna początkowo inicjatywa powiodła się dzięki zapałowi, determinacji
i pracy wielu ludzi, choć trzeba też uwzględnić dynamizm rektora. – Ze względu
na młodzież tego dorobku nie wolno zmarnować – mówi były prorektor Kobyliński, który nie ukrywa, że nepotyzm, omijanie prawa i ręczne sterowanie uczelnią przez Dawidziuka niepokoją go równie mocno, jak uszczuplanie liczby godzin, wzrost czesnego czy wprowadzanie dodatkowych opłat za zajęcia objęte programem studiów. W Szkole dominuje poczucie tymczasowości: studenci nie są pewni, czy zdążą obronić prace licencjackie, wykładowcy liczą, że uda się „wyrwać” jeszcze kilka pensji, średnio dwukrotnie wyższych niż w przeciętnej uczelni państwowej.

Senator Adam Glapiński uważa, że walka o kierowanie uczelnią, która toczy się pomiędzy dr. Dawidziukiem a prof. Kobylińskim, dowodzi atrakcyjności tej placówki
dla pracowników dydaktycznych. Glapiński nie ukrywa, że wśród wykładowców WSM są jego koledzy i uczniowie z SGH, ale – jak twierdzi – z gwałtownych zmian mogłaby odnieść korzyści tylko dawna kadra, ta z czasów SGPiS.

Byłoby jednak lepiej, gdyby z ekonomiczną atrakcyjnością WSM dla pracowników naukowo-dydaktycznych szły w parze pożytki jej studentów. Gdyby można było na uczelni odbyć studia magisterskie, a może i otworzyć przewód doktorski. Aby przyszli absolwenci mogli bez wstydu przyznać się, gdzie studiowali, trzeba natychmiast rozwiązać problem kierowania szkołą i uporządkować jej sytuację formalno-prawną. Nie wypada przecież, aby w Warszawie pod okiem ministerstw
i urzędów funkcjonowała „szkoła na fałszywych papierach”.

Czy rektor Dawidziuk jest przygotowany na taką ewentualność? W ostatnim akapicie cytowanego już artykułu stwierdza: „Jest oczywiste, że nasi oponenci będą podejmować różnego rodzaju działania zmierzające do zdyskredytowania naszych poczynań. (...) Jeśli nasz przeciwnik będzie wywierał silną presję na niektóre media, które wykorzystujemy (prasa, telewizja, radio), musimy się liczyć z możliwością,
że w niektórych przypadkach mu się powiedzie. Powinniśmy zatem zapewnić sobie pomoc (współpracę) innych gazet (...) Najbardziej skrajnym przypadkiem jest presja wywierana przy użyciu państwowego aparatu bezpieczeństwa, kiedy to nie zostaje nam nic innego jak «zejść do podziemia» i stamtąd prowadzić dalszą działalność”.

„Tygodnik Solidarność” nr 5, z 4 lutego 2000