Od dwudziestu lat żyjemy w innej Polsce. Demokratycznej,
ale skłóconej politycznie. Wolnorynkowej, ale niezbyt sprawiedliwej. Liberalnej, lecz głęboko rozwarstwionej. Wolność, którą wywalczyła Solidarność, zmieniła nasz kraj i gospodarkę. Podkręciła zegar historii. Ułatwiła, ale i wymusiła podróże za chlebem. Zmieniła nas oraz sam związek. Z pytaniem o kształt i zakres tej zmiany, o szanse ruchu związkowego
na przyszłość „Tygodnik Solidarność” zwraca się do dawnych i obecnych działaczy NSZZ Solidarność z różnych struktur, branż, regionów, zakładów.

Dwudziestolecie 1989 – 2009

Oblicza Solidarności


Danuta Czernielewska – przewodnicząca ZR Koszalińskiego „Pobrzeże” NSZZ Solidarność od 2002; w związku od 1 września 1980; członkini Komisji Krajowej „S” od 2002.

W naszym regionie z przypomnieniem ważnych, jubileuszowych wydarzeń nie czekamy do czerwca. Już 18 kwietnia, w dwudziestą rocznicę ponownej rejestracji NSZZ Solidarność, otwieramy biuro terenowe Zarządu Regionu w Białogardzie. Uroczystego otwarcia dokonają nasze związkowe koleżanki: eurodeputowana
Ewa Tomaszewska oraz Bożena Borys-Szopa, minister w kancelarii prezydenta.
To zaproszenie nie powinno chyba nikogo dziwić, zważywszy że Pobrzeże jest jedną
z dwóch regionalnych struktur „S”, w których szefują kobiety.

W ciągu minionych dwudziestu lat w Polsce zmieniło się dużo. I bez wątpienia przeważają zmiany na korzyść. Chcieliśmy wolności i zniesienia cenzury, chcieliśmy gospodarki rynkowej i zmiany ustroju. To wszystko się dokonało. Ale trzeba też skonstatować, co robię z pewną goryczą, zwłaszcza teraz, gdy u władzy są ludzie
z rodowodem solidarnościowym, że nadal musimy nieustępliwie walczyć o nasze podstawowe pracownicze oraz związkowe uprawnienia.

Co więcej, częściowo idzie właściwie o te same postulaty, które motywowały nas do sprzeciwu przed blisko trzydziestu laty. I jak przed laty mamy w kraju zakłady, gdzie trzeba zacisnąć pasa, żeby nie było zwolnień. Dlatego godzimy się na zmniejszenie wynagrodzeń, godzimy się na uszczuplenie czasu pracy. W naszym regionie związkowcy zawarli już kilka porozumień w sprawie skrócenia tygodnia pracy do czterech dni po to tylko, żeby zapobiec wzrostowi bezrobocia. I właśnie takie przejawy zwyczajnej ludzkiej solidarności pozwoliły nam uniknąć dotąd większych zwolnień grupowych, choć pierwsze sygnały kryzysu pojawiły się w naszym regionie już w zeszłym roku,
gdy w dwóch zakładach doszło do zwolnień obejmujących połowę zatrudnionych.

W Koszalińskiem stopa bezrobocia jest znacząco wysoka w porównaniu
ze średnią krajową, toteż prowadząc negocjacje z pracodawcami w konkretnych zakładach, staramy się robić wszystko, aby nie dopuścić do utraty kolejnych miejsc pracy. Natomiast nie zgadzamy się z taką polityką rządu, która pod pretekstem walki
z kryzysem usiłuje pozbawić wszystkich zatrudnionych elementarnych uprawnień pracowniczych i związkowych.

Sytuacja jest przecież bardzo zróżnicowana. Owszem, są takie zakłady, którym brak nowych zamówień, lecz w innych nie dość że pracuje się już w soboty, to jeszcze pracodawcy łakomym okiem spoglądają na niedzielę… Tam, gdzie sytuacja to uzasadnia, można na mocy zakładowych porozumień wprowadzić przejściowe zmiany. Związek nie daje jednak zgody na pogarszanie warunków zatrudnienia dla wszystkich, w tym zwłaszcza na dwunastomiesięczny okres rozliczeniowy. Nie pozwolimy,
aby kryzys dostarczył wygodnego alibi dla psucia prawa pracy.

Ważne, że w tym trudnym czasie ludzie znów szukają oparcia w Solidarności. Ostatnio w naszym regionie liczba związkowców wzrosła o 5 proc.


Marian Król – przewodniczący ZR Środkowowschodniego NSZZ Solidarność od 2002; w związku od 1980, uczestnik lipcowego strajku
w WSK Świdnik; w stanie wojennym aktywny działacz struktur podziemnych; w Prezydium KK „S” od 2006.

Mimo bolesnych i przykrych doświadczeń, jakich nam nie brakowało, ogólny bilans dwudziestolecia wolnej Polski jest dodatni. Przeważają elementy pozytywne, które dały mocny impuls do rozwoju naszego państwa oraz tworzenia nowej gospodarki.

To prawda, że nie jest to proces bezbolesny i nie przebiega w tempie, o jakim kiedyś marzyliśmy. Zaskakuje choćby skala przeszkód i ogrom zjawisk korupcyjnych. Osobiście, nawet w najczarniejszych scenariuszach, związanych z budową wolnego państwa, nie przewidywałem, że aż tak bardzo zawiedzie czynnik ludzki. Cóż, kiedyś uważałem, że w działalność opozycyjną angażują się tylko ludzie szlachetni, odpowiedzialni, którzy najwyżej będą się spierać o lepszy kształt przyszłości. Ale gdy pojawiły się korzyści związane ze sprawowaniem władzy, nie wszyscy szermierze antykomunizmu umieli sprostać wysokim wymogom moralnym.

Niestety, wciąż nie zostały wyjaśnione i opisane najnowsze dzieje Polski,
czyli pięćdziesięciolecie 1939–89. Oczywiście, istnieje całkiem spora historiografia, często jednak ułomna, naznaczona marksistowskim frazesem i komunistycznym kłamstwem. Pozostaje mieć nadzieję, że historycy młodego pokolenia podejmą to ważne wyzwanie. Prawda historyczna, zwłaszcza długo przed ludźmi skrywana, potrafi zaboleć, stwarza jednak też szansę na wskazanie osób autentycznie zasłużonych lub przeciwnie ujawnienie słabości tych, których nieraz zbyt pochopnie, bez pełnej wiedzy
o motywach i skutkach ich działań, wykreowaliśmy na narodowych bohaterów.

Z pewnością nie udało nam dotąd stworzyć dobrego nowoczesnego prawa pracy, które dawałoby ochronę wszystkim pracownikom. Myślę tu zwłaszcza o prawie do istnienia i funkcjonowania organizacji związkowych w małych firmach.
Nie przewidzieliśmy dróg ewolucji nowoczesnej gospodarki rynkowej. Dziś, o czym
nie zawsze się pamięta, 95 proc. firm, wytwarzających ponad 60 proc. naszego PKB,
to małe podmioty gospodarcze, w których zatrudnienie nie przekracza 9 osób.
A istniejący stan prawny uniemożliwia objęcie zatrudnionych w nich pracowników uprawnieniami związkowymi.

Silne branże nadal nieźle sobie radzą. Ale są też całe obszary, w tym handel,
do których związki zawodowe mają dostęp bardzo utrudniony. Solidarność, która
w czasach AWS odegrała znaczącą rolę w procesie modernizacji kraju, dziś takimi wpływami nie dysponuje. Na scenie politycznej brak partnera gotowego
do rozwiązywania realnych problemów ludzi pracy, co skutkuje apatią społeczną, brakiem aktywności obywatelskiej, rezygnacją z udziału w wyborach.

Gdzie szukać rzetelnego partnera? Być może, trzeba go dopiero wykreować, kierując odpowiednią ofertę współpracy i zapraszając do rozmów. Jestem przekonany, że i wśród obecnych polityków jest wciąż wielu szlachetnych, ideowych ludzi,
którzy chcieliby się zająć sprawami naprawdę ważnymi dla Polski i Polaków.

„Tygodnik Solidarność” nr 15, z 10 kwietnia 2009




Tomasz Wójcik – członek KK NSZZ Solidarność, nauczyciel akademicki, polityk, poseł AWS; w związku od 1980; internowany w stanie wojennym, po zwolnieniu działał w strukturach konspiracyjnych „S”; w latach 1990–98 był przewodniczącym ZR Dolny Śląsk; stały reprezentant NSZZ "S" przy Międzynarodowej Organizacji Pracy.

W wymiarze osobistym za najważniejszy dorobek ostatnich dwudziestu lat uważam bez wątpienia siedmioro swych wnucząt. Natomiast jeśli idzie o Polskę,
to najważniejsze jest, że my wszyscy, w tym i moje wnuki, nie żyjemy już w komunizmie. Przyznam, że przed laty, gdy zaczynało się nasze wielkie doświadczenie Solidarności, wcale na to nie liczyłem.

Niestety, mimo tej odzyskanej wolności, w suwerennym już państwie
nie udało się nam należycie ugruntować demokracji, zbudować jej trwałych podstaw. Nie przywróciliśmy sprawiedliwego systemu własności. Promowane przez Solidarność
i AWS powszechne uwłaszczenie upadło z powodu weta prezydenta Kwaśniewskiego. A demokracja bez własności jest przecież kulawa. Przez dwie dekady przećwiczyliśmy
tę wiedzę na własnej skórze.

Dziś, inaczej niż przed laty, jestem przekonany, że dopiero zmiana obowiązującej ordynacji wyborczej, czyli przyjęcie systemu większościowego z jednomandatowymi okręgami wyborczymi, może przynieść korzystną dla Polski zmianę. Partie polityczne, teraz skupione głównie na grach parlamentarnych, nabiorą motywacji do zadbania o swe mocno nadszarpnięte wizerunki, a wyborcy zyskają większą swobodę kształtowania własnej sejmowej reprezentacji.

Przez dwie minione dekady mocno nam się postarzał i przerzedził związek. Solidarność to ważna dla Polaków organizacja, z piękną historią, z korzeniami ideowymi, ale wychodzi na to, że nie potrafimy znaleźć sposobu, żeby doświadczeniem z lat 1980-81 natchnąć młodych, żeby opowiedzieć im o bohaterskich dziejach, żeby przekazać wartości, które zadecydowały o naszym życiu… Może, paradoksalnie, obecny kryzys ułatwi albo wręcz wymusi zmianę w pokoleniowej sztafecie związkowców?

To prawda, że trochę za bardzo, jako zbiorowość, zachłysnęliśmy się wolnością. Dziś często z dumą manifestuje się postawy i zachowania, które jeszcze niedawno były uważane za powód do wstydu. Myślę, że to przejściowe zjawiska. Ale na powrót do normalności musimy wszyscy zapracować, bo samo się to nie dokona. Dla mnie wzorcem takiej uporczywej pracy u podstaw, przykładem tworzenia potrzebnej alternatywy duchowej, kulturowej, medialnej, modernizacyjnej, a nawet ekologicznej pozostają działania o. Tadeusza Rydzyka.

Wiem, że energiczny redemptorysta z Torunia u wielu osób budzi sprzeciw, ale przecież nie idzie o to, by się we wszystkim z nim zgadzać, lecz raczej by docenić jego zapał, odwagę i rozmach. Może inicjatywę w zakresie pozyskiwania energii geotermalnej powinien przejawić ktoś inny, skoro jednak zabrakło w kraju chętnego…

Od dwudziestu lat znów możemy decydować o kształcie własnego życia. Możemy odrzucić dyktat politycznej poprawności albo mu się poddać. Ale proste zastąpienie ideologii marksistowskiej sztampą neoliberalną to jeszcze nie wolność.


Andrzej Olejnik – przewodniczący Sekcji Krajowej Bankowców
w Sekretariacie Banków, Handlu i Ubezpieczeń NSZZ „S”, członek ZR Małopolska; w związku od 1980, wcześniej działał w Międzyzakładowym Komitecie Założycielskim WZZ; w stanie wojennym wydawał biuletyny „Podaj dalej” i „Świat Pracy”; od 1985 kierował podziemnymi
strukturami „S” w Tarnowie.

Wolny rynek czy swoboda wypowiadania się to były od dawna oczekiwane zmiany, które przyjmowaliśmy z nadzieją i radością. Ale przez drzwi szeroko otwarte
na świat, wraz z tym, co niewątpliwie dobre, pojawiły się też zjawiska niekorzystne, prowadzące do napięć, konfliktów, kryzysów społecznych. Polacy, zachłyśnięci swobodą, przestali pamiętać o niezmiennych wartościach, dali się skusić złudzeniom,
że możliwa jest ucieczka od odpowiedzialności.

Jestem w Solidarności od początku, więc starzeję się razem z naszą organizacją. Pamiętam jednak, że z ówczesnej mojej perspektywy założyciele związku to byli dorośli, poważni ludzie. Nic dziwnego, oni mieli po trzydzieści kilka lat, ja byłem o dekadę młodszy… Dziś wszyscy zbliżamy się do wieku emerytalnego lub wręcz go osiągamy, co sprzyja raczej postawom zachowawczym niż nadmiernej przebojowości. Wiek zmniejsza osobistą ruchliwość, doświadczenie zniechęca do działań innowacyjnych, do szukania nietypowych rozwiązań, wykraczania poza rutynę.

Skutki? Widać gołym okiem: związek utracił dawną zadzierzystość, nie rozwija się, nie szuka nowych form działania, a przecież rzeczywistość wokół nas odznacza się ogromną zmiennością. Nie dochodzi też niestety do istotnej pokoleniowej zmiany, mimo iż jesteśmy głęboko przekonani o jej potrzebie. Dlaczego tak się dzieje? Widocznie nie potrafiliśmy przyciągnąć młodych do siebie, nie umieliśmy wychować swych następców. A może nie zostawiliśmy im przestrzeni do działania, nie daliśmy szansy rozwinięcia skrzydeł, zrobienia czegoś po swojemu…

Mam szacunek dla siwych włosów, sam przecież nie jestem już młody, ale dla związku taki brak dynamiki i świeżego spojrzenia, brak nowych inspirujących głosów
w wewnątrzorganizacyjnej dyskusji, oznacza po prostu stagnację.

Żadna cudowna recepta nie istnieje. Nie ma też jakiegoś modelowego rozwiązania. Musimy sami podjąć próbę wypracowania nowych form aktywności dla młodego pokolenia działaczy związkowych. Trzeba znaleźć tematy, które ich zaciekawią i potrafią umotywować. Należy też stworzyć struktury, w których będą mogli znaleźć przestrzeń do działania. Energia i pomysłowość młodego pokolenia to wielka szansa
dla związku, szansa dla Polski. Ale tylko od nas zależy, czy młodzi twórczy ludzie
odnajdą swoje miejsce właśnie w Solidarności.

„Tygodnik Solidarność” nr 14, z 3 kwietnia 2009




Roman Gałęzewski – przewodniczący KZ NSZZ Solidarność Stoczni Gdańskiej; uczestnik sierpniowego strajku w Dalmorze; w związku od września 1980; od 1983 pracuje w Stoczni Gdańskiej; współorganizator strajków w 1988; od 2006 członek KK „S”.

Solidarność to było marzenie, że odtąd wszystko już pójdzie, jak należy.
Ale życie, jak zwykle, zweryfikowało nasze marzenia, dlatego nieraz dochodzi do głosu ta nuta żalu…

Niektórzy tęsknią za spokojem, za poczuciem bezpieczeństwa, jakie dawała pewność zatrudnienia, ale nie można zapominać, że to był spokój iluzoryczny,
że bezpieczni byli wtedy tylko ci, którzy nie podejmowali żadnej własnej aktywności,
a stopień marnotrawstwa właściwy tamtemu systemowi uniemożliwiał dobre życie. Wszechobecne kolejki, puste półki, cenzura, partyjne ścieżki awansu były nieodłącznymi elementami komunizmu, ale nikt przecież nie chciałby do tego wracać…

Niestety, partyjne mechanizmy awansu pozostały, choć w nieco innej formie. Przecież i dziś, gdy zmienia się władza, mnóstwo ludzi idzie na bruk pod hasłem wymiany na lepszych. Ale ci nowi wcale nie są lepsi, oni po prostu znają właściwe osoby. I tak trwa partyjna karuzela stanowisk. Liberałowie zapewniali, że prywatyzacja wszystko zmieni, ale to nieprawda. Musi minąć jeszcze kilka pokoleń, zanim nauczymy się cenić ludzi za zasługi.

W sierpniu ’80, mimo zagrożenia, robiliśmy to, co zrobić należało. Wtedy naprawdę byliśmy Europejczykami. Dziś pęta nas konformizm, poczucie jakiejś
fałszywej partyjnej lojalności, dziś Gdańsk przeniósł się do Dublina. Tak, wzorem odpowiedzialności i aktywności obywatelskiej powinni być dla nas Irlandczycy, którzy
w obliczu złych decyzji swego rządu masowo wyszli na ulice. Ludzie zostawili otwarte sklepy, warsztaty… I wszyscy, którzy tylko mogli, poszli zaprotestować przeciwko złu.

Kiedyś i my potrafiliśmy upomnieć się o swoje prawa. Teraz pełni obaw o pracę godzimy się niemal na wszystko. Na niskie zarobki, na coraz powszechniejszy mobbing, na ograniczanie praw związkowych. Wychodzi na to, że opresję polityczną, z którą umieliśmy sobie poradzić, zamieniliśmy na ekonomiczną…

Jako społeczeństwo straciliśmy wpływ na wszystko. Dobrowolnie, bez walki oddaliśmy te instrumenty, które pozwoliły nam wywalczyć wolność. Sprawa „Gazety Wyborczej” ma wręcz wymiar symbolu. Przecież powstała z naszych związkowych środków, pamiętam, jak zbieraliśmy na nią fundusze. To była nasza gazeta, ale
w momencie, gdy się sprzeniewierzyła związkowi, wycofaliśmy tylko swój znaczek, pozostawiając potężne narzędzie w rękach przeciwnika.

Może dlatego tak źle wybieramy dziś swoich przedstawicieli do sejmu
i akceptujemy antypracownicze zmiany w kodeksie pracy. Ale nasza nadzieja w tych młodych, którzy w Dublinie, Londynie, Sztokholmie znowu uczą się Europy… To oni, gdy wrócą i potrafią się zorganizować, zmuszą nas wszystkich do tego, by oceniać polityków i ludzi pracy na podstawie ich realnych zasług.


Józef Czyczerski – przewodniczący KZ NSZZ „S” w Zakładach Górniczych Rudna w Polkowicach; w związku od 1981; w latach 90.
w kierownictwie branżowych struktur górnictwa; od 1999 z wyboru załogi w Radzie Nadzorczej KGHM Polska Miedź SA.

Polska się zmieniła. Mamy inny system gospodarczy, polityczny, do czego przecież w ogromnym stopniu przyczyniła się Solidarność, ale chciałbym dziś podjąć pewien wątek osobisty… Zanim zacząłem profesjonalnie zajmować się działalnością związkową, przez blisko dziesięć lat pracowałem w kopalni. Oczywiście, z Solidarnością związałem się od roku 1980, ale nie byłem wtedy żadnym ważnym działaczem.
W stanie wojennym okazało się, że dotychczasowych liderów ktoś musi zastąpić.
I wtedy nasz drugi rzut wziął na siebie ciężar roznoszenia ulotek czy zbierania składek.

Po okrągłym stole, gdy część dawnych liderów weszła w politykę, zdecydowałem się działać w związku etatowo. Zresztą nie była to przede wszystkim moja decyzja, raczej wybór kolegów, którzy obdarzyli mnie zaufaniem, a ja tylko ten ich wybór przyjąłem.

Działalność w Solidarności nie miała w tamtym gorącym czasie nic wspólnego
z negatywnym stereotypem związków zawodowych, który teraz mocno się upowszechnił. Wbrew zarzutom o populizm czy postawę roszczeniową, największą
i najtrudniejszą część naszej pracy stanowiło przekonywanie ludzi, że wprowadzenie istotnych zmian w gospodarce jest konieczne. Jednocześnie podejmowaliśmy próby chronienia pracowników przed skutkami tych przemian, przed zbyt żarłocznym liberalnym kapitalizmem. Ot, taka typowa kwadratura koła, którą my, ówcześni działacze związkowi, wzięliśmy na siebie.

Robiliśmy to z pełnym przekonaniem, z poświęceniem własnego czasu na odpoczynek, z uszczerbkiem dla własnych rodzin. Takie były wymogi chwili. Nikt wtedy nie patrzył, że pracuje się po 10, 12 albo i więcej godzin dziennie, że nieraz trzeba cały dzień spędzić w Warszawie, potem wracać do domu późną nocą, a po dwóch-trzech godzinach snu, znowu pędzić do pracy. Podobno Solidarność była wielką pokojową rewolucją. Lech Wałęsa czy Władek Frasyniuk, moi dawni koledzy, którzy wybrali politykę, często to powtarzają. Ale rewolucje, jak wiadomo, chętnie pożerają
własne dzieci. I właśnie ostatnio padłem jej ofiarą.

Nie tylko zresztą ja: sprawa dotyczy wszystkich etatowych działaczy związkowych, którzy pracują w kopalniach węgla kamiennego, węgla brunatnego, siarki czy – jak w moim przypadku – miedzi. Uderzyła w nas ustawa, która zmieniła kryteria, uprawniające do przejścia na tzw. emeryturę pomostową. Spokojnie można to nazwać odebraniem praw nabytych. A pikanterii dodaje fakt, że stało się to za rządów Platformy Obywatelskiej, w której jest wielu byłych związkowców i osób odwołujących się do etosu Solidarności.

Do pomostówki zabrakło mi trzech lat, do przejścia na emeryturę górniczą – dodatkowych 15 lat pracy na dole. Sąsiad esbek – włos mu z głowy nie spadł, od dawna na emeryturze – opowiada, że owszem słyszał za ścianą ostre stukanie na maszynie, ale nawet nie pomyślał, że to jakaś konspira… Mnie czeka teraz praca do 65 roku życia, ewentualnie renta, jeśli zdrowie nie dopisze. Córka od półtora roku jest na bezrobociu, żona już zdążyła się przyzwyczaić. Jest OK., tylko niełatwo wytłumaczyć sobie i bliskim, że jednak odnieśliśmy sukces.

„Tygodnik Solidarność” nr 12, z 20 marca 2009




Wojciech Buczak – przewodniczący ZR Rzeszowskiego NSZZ Solidarność; w związku od 1980; w stanie wojennym prowadził działalność konspiracyjną; od 1989 w regionalnych, a od 1993
w krajowych władzach „S”. Od 1998 był związany z RS AWS.

Często z nostalgią wspomina się 10 milionów związkowców w pierwszym okresie „S”. W 1989 było nas już znacznie mniej, choć związkowe struktury odrodziły się prawie we wszystkich zakładach. Nic dziwnego, w latach 1980-81 zapisywał się do Solidarności każdy przyzwoity Polak, niemal każdy pracownik zostawał związkowcem. Stan wojenny nieco zweryfikował tę przyzwoitość: część ludzi, spodziewając się korzyści, przeszła do OPZZ.

Zaraz po 1989 Solidarność stała się przede wszystkim ruchem społecznym, organizującym struktury społeczeństwa obywatelskiego. Związek wspierał budowę instytucji demokratycznego państwa, a także niezbędne zmiany w gospodarce. Komitety Obywatelskie, pierwsze wolne wybory samorządowe, prezydencka kampania Lecha Wałęsy – dziś, gdy od związku wymaga się wręcz neutralności politycznej,
byłoby to już niemożliwe.

Dlaczego? Bo teraz przeważa wrogie nastawienie mediów do Solidarności, oskarżanej – z pełną pogardą dla faktów – o brak zrozumienia zasad gospodarki rynkowej, blokowanie transformacji i nadmierną roszczeniowość. Uczestnikom solidarnościowej konspiracji z lat stanu wojennego chętnie zarzuca się, że podejmowali te działania, licząc na późniejsze korzyści. A prawda jest taka, że wówczas można się było spodziewać za to raczej wakacji na Syberii niż uzyskania mandatu poselskiego.

Po doświadczeniach z lat 90. Solidarność pozostaje poza polityką. W sejmie, gdzie stanowi się prawo, nasz związek nie ma praktycznie żadnej reprezentacji. Skutki? Walczyliśmy o demokrację, a teraz metodami demokratycznymi próbuje się ograniczyć wolności związkowe i prawa pracownicze. Wywalczyliśmy wolność słowa, której obecnie nadużywa się przeciwko nam.

Aż przykro słuchać, gdy politycy z korzeniami solidarnościowymi lub biznesmeni, którzy sukces w nowej rzeczywistości zawdzięczają swym dawnym związkowym doświadczeniom bądź otrzymanym od związku rekomendacjom, teraz całe zło utożsamiają z Solidarnością, a wszystko, co dobre, przypisują Balcerowiczowi.

Bardzo niesprawiedliwa ocena, bo to nasz związek w najtrudniejszym czasie przemian uchronił kraj przed wrzeniem. Gdyby nie zaufanie, jakim ludzie obdarzyli Solidarność, zamiast transformacji mielibyśmy rewolucję. I dziś nie byłoby nas
ani w NATO, ani w Unii.

Za pilotowanie niezbędnych reform w gospodarce „S” zapłaciła utratą części zaufania społecznego, również pewnym spadkiem liczebności. Toteż krytycznych uwag od osób, które np. po zwolnieniu z pracy doświadczyły skutków transformacji
na własnej skórze, słucham zawsze z uwagą i życzliwością.


Jan Mosiński – przewodniczący ZR Wielkopolska Południowa NSZZ „S”; w związku od 1980; jeden z sygnatariuszy wniosku o ponowną rejestrację „S” w 1989, w latach 1992 – 2002 członek Prezydium KK „S”. Od 1997 był w kaliskich strukturach RS AWS.

Dwudziestolecie to w dziejach Polski krótki okres, ale z perspektywy Solidarności, która za rok będzie obchodzić własne trzydziestolecie, przerwane „niewolą stanu wojennego” – świetna okazja do refleksji.

Patrząc na kraj, nie sposób nie dostrzec pozytywnych zmian, jakie zaszły
w nim po 1989 roku. Zmienił się polityczno-gospodarczy pejzaż, ale spory potencjał intelektualny wciąż należy do naszych istotnych aktywów, choć nie zawsze dostatecznie wykorzystywanych.

Niestety, w polskich przemianach niewystarczająco uczestniczyli ich faktyczni promotorzy, w tym zwłaszcza środowiska pracownicze oraz rolnicy. Procesy transformacji z ich udziałem miałyby na pewno bardziej cywilizowany, sprawiedliwszy przebieg, co zwiększyłoby stopień społecznej akceptacji dla niezbędnych przeobrażeń.

Źle się stało, że w wyniku „okrągłostołowych” ustaleń podzielono strefę wpływów pomiędzy komunistów, którym przypadła gospodarka, oferująca sposobność uwłaszczania się, a tzw. laicką część środowisk opozycyjnych i związkowych, które
w zamian za ofertę uczestnictwa w kontraktowych wyborach oraz kontraktowym współrządzeniu, stały się – w wielu przypadkach świadomie – fasadą dla pseudoprywatyzacji i wyprzedaży majątku. Nie pozostało to zapewne bez wpływu
na stosunek społeczeństwa do Solidarności.

Niewykluczone, że niektórzy byli działacze związkowi, m.in. Bujak i Frasyniuk, wraz z grupą ekspertów, brali pod uwagę taki scenariusz, być może licząc na upadek Solidarności w perspektywie kilku lat. Myślę, że ów scenariusz udałoby się zrealizować, gdyby nie determinacja większości działaczy „S”, którzy stanowczo sprzeciwiali się układaniu z komunistami i rozkradaniu kraju. Szkoda, że Lech Wałęsa, „pilotowany” przez fałszywych przyjaciół naszego związku, nie chciał wówczas dostrzec
tych zagrożeń.

Tym wszystkim, których nie przekonują moje wnioski, powiem: Spójrzmy, gdzie są ówcześni liderzy Solidarności: Celiński, Frasyniuk, Bujak, czy w jakimś stopniu nawet sam Lech Wałęsa? I jak się dziś do związku odnoszą, co mają o nim do powiedzenia?

W minionym dwudziestoleciu zmieniał się również związek. Nowa rzeczywistość polityczna i gospodarcza wymuszała na nas aktywną adaptację czy wręcz wyprzedzanie nadchodzących zmian. W okresie przedakcesyjnym, na etapie dostosowywania ustawodawstwa do wymogów prawa wspólnotowego, dowiedliśmy nieraz, że nasz związek się profesjonalizuje. Przecież Solidarność już na długo przed przystąpieniem Polski do UE znalazła się w europejskiej rodzinie związkowej, jako jej pełnoprawny
i aktywny uczestnik.

„Tygodnik Solidarność” nr 9, z 27 lutego 2009




Eugeniusz Karasiński – od 1997 przewodniczący Stowarzyszenia Represjonowanych w Stanie Wojennym Regionu Śląsko-Dąbrowskiego; członek i działacz „S” od 1980, internowany, po 1989 w regionalnych
i krajowych władzach związku.

U progu lat 90. Solidarność, jako ważny podmiot krajowej sceny politycznej,
ze względu na brak formacji, którą można by uznać za realną opozycję wobec komunistów, wzięła na siebie funkcję partii opozycyjnej. Związek pojawił się w sejmie, najpierw pod własną nazwą, później zastąpił go AWS.

Z czasem udział pierwiastka politycznego w „S” znacząco malał. Dziś jest chyba najmniejszy, choć przecież całkowicie nie zniknął. Wycofaliśmy się z pełnionych zastępczo funkcji administracyjnych i politycznych, stając się profesjonalnym związkiem zawodowym, który w demokratycznym państwie prawa broni interesów pracowniczych. Jednak nasza liczebność i posiadanie struktur w terenie powoduje,
że wciąż pozostajemy atrakcyjni dla różnych ugrupowań politycznych. Pewnie najbliżej nam do Prawa i Sprawiedliwości, czyli partii, z którą łączy nas idea państwa solidarnego, ale w dążeniu do ważnych społecznie celów porozumienia z Platformą Obywatelską
też wykluczać nie należy.

Bardzo zmieniło się środowisko, w jakim działamy. Kiedyś, w uspołecznionych zakładach pracy funkcjonowały rady pracownicze, samorządy załogi. W gospodarce przeorientowanej na model rynkowy, w której zdecydowaną większość stanowią pracodawcy prywatni, pojawiły się całkiem nowe wyzwania. Z pewnością nie jest łatwo. Ale w dużych, tworzonych od podstaw firmach widać znaczną determinację do zakładania struktur związkowych. Powiedziałbym, że im większą opresyjność przejawia pracodawca, tym bardziej wśród pracowników wzrasta popularność idei związkowej.

Obserwowałem ostatnio sytuację w porcie lotniczym w Pyrzowicach, gdzie w ciągu kilku dni sto kilkadziesiąt osób utworzyło organizację związkową. Gdy pracownicy zrozumieli, że związek może zapewnić im mocną pozycję przetargową w rozmowach
z pracodawcą, zaraz powstała swoista masa krytyczna. A wtedy wystarczy już tylko iskra… Dlatego tak ważny jest profesjonalizm związkowych organizatorów, którzy w decydującym momencie muszą skutecznie pomóc się ludziom zorganizować. O wiele trudniejsze jest działanie w małym biznesie, gdzie w parze z niewielkimi uprawnieniami idzie znaczny opór materii. Pracodawcy zwykle niechętnym okiem patrzą na związkowca z organizacji międzyzakładowej, który reprezentuje interesy ich pracowników, choć sam nim nie jest. Ale chyba najgorzej z obecnością organizacji związkowych jest w placówkach administracji publicznej, gdzie większą rolę
od związków odgrywają koterie, układy, relacje towarzyskie, gdzie często panuje nepotyzm. Być może tę sytuację poprawi trochę ustawa, odbierająca urzędnikom samorządowym status pracowników mianowanych.

Jednak o przyszłość związku się nie obawiam, bo świadomość, że apetyty młodych wilków menedżmentu potrafimy okiełznać tylko w solidarnym współdziałaniu, narasta z każdym dniem.


Janusz Pałubicki – polityk, historyk sztuki, działacz opozycji;
w „S” od 1980, w 1981 członek KK; internowany, więziony; po 1989
w krajowych i regionalnych władzach związku; poseł AWS, w rządzie premiera Buzka minister-koordynator służb specjalnych.

Rok 1989 stanowił ważną cezurę w działalności NSZZ Solidarność. Związek przestał wtedy walczyć o sprawy, które nazwałbym podstawowymi dla naszego bytu państwowego, dla niepodległości Polski, ogniskując swą aktywność na kwestiach ściśle pracowniczych albo politycznych, lecz powiązanych z pracowniczymi. Nie znaczy to, że stosunek do przeszłości czy kwestia lustracji przestały być dla „S” ważne. Nie, związek problematyki o wymiarze etycznym nie porzucił, choć nie jest to już główny nurt jego działalności.

Najbardziej wyrazistą zmianą, jaka zaszła w Solidarności po 1989, była rozbudowa struktur branżowych. Związek zrobił to, wychodząc naprzeciw bieżącym potrzebom, gdyż najważniejsze akcje o charakterze protestacyjnym rodzą się teraz właśnie w branżach. Dopiero potem przenoszone są na poziom krajowy,
z oczekiwaniem wsparcia ze strony całej struktury terytorialnej.

Jeśli idzie natomiast o zmianę pokoleniową, wydawałoby się, najbardziej naturalną, sprawa wcale nie jest tak oczywista. Odnoszę bowiem wrażenie, że zdecydowana większość działaczy szczebla krajowego funkcjonuje w tych strukturach już od dawna. Zupełnie nowych, względnie nowych oraz młodych osób jest w nich niewiele. Trzeba pamiętać, że na początku lat 90. ze związku odeszło do polityki,
a niekiedy do działalności gospodarczej, naprawdę wielu działaczy. Tę wyrwę trzeba było zastąpić w trybie natychmiastowym, dlatego zabrakło czasu na naturalny proces wyłaniania się i formowania związkowych liderów.

Po roku 1989 Solidarność, korzystając z rad związkowców amerykańskich, zaczęła tworzyć zarówno na poziomie krajowym, jak i w regionach prawne oraz ekonomiczne struktury doradcze, które znacząco poprawiły efektywność naszych działaczy związkowych. Gremia eksperckie, a także rozwinięty system szkoleń, docierających do coraz większej liczby związkowców, to pewnością bardzo
pożyteczne innowacje, przejaw nowej jakości w działaniu.

„Tygodnik Solidarność” nr 8, z 20 lutego 2009