strona główna arrow na gorąco arrow Krasowszczyzna

11 marca 2009

Krasowszczyzna

To doświadczenie powtarzalne: ilekroć zaczynam czytać wstępniak Roberta Krasowskiego do „Europy”, jestem prawie gotowy mu przyklasnąć lub co najmniej docenić subtelność prezentowanych dystynkcji oraz odwagę zmierzenia się
z problemem. Ale zanim doczytam tekst do końca znajduję w nim coś, co niweczy
to pierwsze dobre wrażenie, a przede wszystkim – zaufanie do autora.

Od kilku tygodni „Europa” drukuje cykl rozmów, które można by objąć wspólnym tytułem: wyznania czterdziestoletnich konwertytów. Pomysł ciekawy, bo możliwość wysłuchania racji osób, które ze względu na „dziwne poczucie wolności” nie potrafiły sobie znaleźć na stałe miejsca w kręgach, z którymi były związane, wcale nie jest dziś
aż tak częsta.

Żarliwa szczerość ideowych konwertytów, niewątpliwie ciekawa dla wszystkich złaknionych wiedzy zza kulis, budzi jednak trochę mieszane uczucia. Z wielu powodów. Po pierwsze, Cichy, Graczyk, Jastrun junior czy Sosnowski nieźle funkcjonowali w swych dawnych środowiskach i to na prawach postaci znaczących. Może dlatego ich decyzje są przez dawnych komilitonów traktowane w kategoriach zdrady, choć warto zaznaczyć, że za „zdradę” nie uważa się samej zmiany barw klubowych, lecz raczej publiczne ujawnienie tajemnic polityczno-środowiskowej alkowy.

Po drugie, żadna wielka krzywda się tym konwertytom nie dzieje – przeskoczyli z jednych eksponowanych pozycji na inne, często wcale nie gorsze. Wreszcie sporo pikanterii dodaje sprawie fakt, że dociekliwe wywiady prowadzi również czterdziestolatek-konwertyta, przejawiający wobec rozmówców wysoki poziom empatii, co byłoby nawet sporą zaletą, gdyby przy okazji nie użalał się tak często
nad własnym losem...

Ale wróćmy do Krasowskiego. „Po kilku opowieściach inteligentów, którzy uciekli
z lewicowych formacji, teraz przechodzimy na prawą stronę, gdzie życie intelektualne
i polityczne miało charakter jeszcze bardziej patologiczny” – przesądza arbitralnie Krasowski zaraz w pierwszym zdaniu swego wstępniaka. Rekomendując rozmowę Cezarego Michalskiego z Robertem Matyją, kiedyś ideologiem zalążkowego obozu konserwatystów, a dziś politologiem, naczelny „Dziennika” sygnalizuje dwa główne grzechy polskiej prawicy: interesowny cynizm i obłudę.

Cóż, przedstawiony fresk mrocznych postaci prawicy obciąża rachunek Matyi, nie Krasowskiego. Rzeczą Matyi pozostaje też przynajmniej częściowe wyłączenie z pocztu pazernych prawicowców własnego przyjaciela Michała Kazimierza Ujazdowskiego oraz Waldemara Gaspera, przypadkiem zaprzyjaźnionego kiedyś z Cezarym Michalskim.

Być może, oceny Roberta Matyi mają znakomite oparcie w faktach. Zresztą politologowi z Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu trzeba oddać sprawiedliwość: nieliczne postaci pozytywne wymienia z nazwisk, nieciekawą resztę pozostawiając
w półmroku anonimowości. Co najwyżej, dowiadujemy się, że w przeciwieństwie
do Waldka – Wiesiek był trochę beee…

Całkiem odmienną strategię prowadzenia rozmowy przyjmuje Czezi, jak do dziś mówi się o Michalskim w środowisku jego byłych przyjaciół politycznych. Czezi bowiem przejawy najgorszych, według siebie, postaw czy zachowań w kręgu, do którego z sukcesem kiedyś przynależał, opatruje ściśle imieniem i nazwiskiem. Aż chciałoby się westchnąć: Panie Cezary, czy nie za dużo już tego rozpamiętywania doznanych krzywd? Może zdrowiej byłoby przebaczyć?

Powie ktoś: zawinił Michalski – Krasowskiego zaczepili. Ale to nie tak. Nominalnie szefem Magazynu Idei „Europa” jest Maciej Nowicki, ale jeśli uwzględnić, że edytoriale do kolejnych numerów pisze właśnie Krasowski, jeśli dostrzec publicystyczną zaczepność jego tekstów, to nasuwają się dość oczywiste wnioski.

„Europa” nie od dziś aspiruje do rangi poważnego periodyku, ale jak mieć zaufanie
do kogoś, kto budując krajową analogię dla objaśnienia czytelnikom pozycji w sporze między Juergenem Habermasem a lewicowym filozofem i publicystą z Włoch, nie potrafi poprawnie przywołać nazwiska Pawła Milcarka? Przez nieuwagę? A może przez lekceważenie?

Tak, lekturę Krasowskiego i tym razem zacząłem z zaciekawieniem, a skończyłem
jak zwykle – z mieszanymi uczuciami. Ale gdy tak sobie patrzę na Krasowskiego (którego przecież też mógłbym mylić z jakimś Krassowskim), to zaraz cała
ambiwalencja znika.