strona główna arrow na gorąco arrow Witajcie w ciężkich czasach!

1 stycznia 2009

Witajcie w ciężkich czasach!

Donald Tusk publicznie oświadczył jesienią, że światowy kryzys finansowy Polski nie dotyczy. Z usług copywritera, który mu ten slogan podsunął, premier przestanie chyba jednak korzystać. I to już niedługo.

The Wall Street Journal, z sylwestrową datą, opublikował listę ofiar oszusta Bernarda Madoffa, budowniczego bodaj największej w historii ludzkości piramidy finansowej.
50 miliardów USD, mimo słabszych niż kiedyś notowań dolara, piechotą przecież
nie chodzi.

Lista jest ciekawa, choćby dlatego, że można się w niej doszukać polskiego tropu, który nieco nadwyręża urzędowy optymizm Donalda Tuska. Polish connection, jak to
z łącznikami w niewyraźnych interesach bywa, nie jest zauważalny na pierwszy rzut oka, trzeba go umieć zrekonstruować. I może warto jednak to zrobić.

Zestawienie, mimo dążenia do pewnego ładu w prezentacji danych, nie jest przejrzyste. Po pierwsze, nie wiadomo, według jakich kryteriów uporządkowano
ofiary żydowskiego finansisty. Porządek alfabetyczny nie miałby sensu, ale podział uwzględniający strukturę poszkodowanych instytucji (bank, fundusz, firma ubezpieczeniowa, brokerska, fundacja, itp.), rodzaje inwestorów (indywidualni, zbiorowi), wreszcie ich umiejscowienie geograficzne, lub (co byłoby najlepszym kryterium) wysokość zaangażowanych przez nich środków – już z pewnością tak.

Można jednak odnieść wrażenie, że listę z WSJ, zawierającą 103 pozycje, przygotowywano w pośpiechu. W przypadku aż 39 podmiotów brak danych co do wysokości ich aktywów zaangażowanych u Madoffa. Autorzy zastrzegają, że to opracowanie obejmuje jedynie „część spośród najbardziej zagrożonych inwestorów, uporządkowanych według wielkości możliwych strat”. Piszą też, że wśród najbardziej poszkodowanych znalazły się „organizacje dobroczynne, fundusze hedgingowe oraz banki z Europy i Azji”.

Tej dobroczynności, poza Spielbergiem, Wieselem, Lautenbergiem, Levittem, Zuckermanem i kilkoma żydowskimi szkołami wcale nie tak wiele na liście Madoffa. Przeważają banki (prywatne, inwestycyjne, w tym szwajcarskie, francuskie, włoskie, dwa brytyjskie, szwedzka Nordea), ofensywne i ryzykowne wbrew nazwie fundusze, towarzystwa ubezpieczeniowe (z Japonii, Izraela, także francuski gigant AXA), różne firmy brokerskie i doradcze.

Za sprawą rodzinnej firmy Madoffa na lokaty nowych posiadaczy przepłynęło 50 miliardów USD. Inwestorzy zajmujący pierwsze 9 miejsc na opublikowanej przez WSJ liście ofiar wpłacili do oszukańczej piramidy ponad 22 miliardy, co stanowi przeszło
40 proc. zdefraudowanej kwoty. Z naszego punktu widzenia na szczególną uwagę zasługuje pięć „trafionych” banków z Europy: hiszpański Santander (na 2,9 mld USD), austriacki Medici (2,1 mld USD), holenderski Fortis (1,4 mld USD), brytyjski HSBC
(1 mld USD) i szwajcarski Union Bancaire Privee (700 milionów dolarów).

Z Bankiem Medici AG było tak: zainwestował w przedsięwzięcie Madoffa swoje dwa fundusze, na łączną kwotę 1,5 miliarda euro, czyli 2,1 miliarda dolarów. Tak się składa, że to były praktycznie wszystkie aktywa tego austriackiego banku, z siedzibą w centrum Wiednia, przy Operngasse 6/4, o tradycjach sięgających roku 1855. A gdzie wspomniany wcześniej polski ślad?

Otóż, właścicielem szacownej instytucji finansowej Bank Medici AG jest w trzech-czwartych przewodnicząca rady nadzorczej Sonja Kohn. Pozostałe 25 proc. udziałów posiada... włoski Unicredit SpA, międzynarodowy bank europejski z siedzibą w Mediolanie, zwany też Unicredito. A ten z kolei jest właścicielem około 60 proc. Banku Pekao SA. Jeśli właściciele podmiotu z nazwiskiem Medyceuszy w nazwie zechcą teraz solidarnie pokryć straty, to rykoszet oszukańczej działalności globalnego oszusta z USA dotknie również klientów Pekao SA.

Nawiasem mówiąc, znacznie ciekawsza od listy ofiar, czyli graczy, którzy późno przystąpili do udziału w spekulacyjnej piramidzie Madoffa, byłaby lista jego klientów wcześniejszych, czyli tych, którzy stali się beneficjentami grabieży dokonywanej przez lata, w biały dzień, pod okiem instytucji nadzoru oraz wyspecjalizowanych służb. Idzie przecież o prawdziwe, i to niemałe pieniądze, które wyrwane prawowitym właścicielom trafiły do… No, właśnie – dokąd?