strona główna arrow na gorąco arrow PiS nie jest PIN

22 czerwca 2008

PiS nie jest PIN

Czy grozi nam zaskakująca powtórka z historii, tym razem pod nazwą Świeckie Cesarstwo Brukselskie Narodu Niemieckiego? Na razie, dzięki Irlandczykom, jeszcze nie. Jednak zuchwali globaliści nie przyjmują do wiadomości weta ze Szmaragdowej Wyspy. I z miedzianym czołem chcą zmienić zasady gry w trakcie jej trwania.

Nicholas Sarkozy nakazuje władzom innych, wciąż jeszcze suwerennych państw kontynuację procesu ratyfikacyjnego. Nie mniej od niego czujny Aleksander Smolar, wraz z Fundacją Batorego-Sorosa, organizuje jutro w Warszawie (23 czerwca 2008, Sapieżyńska 10a, o godzinie 16) debatę kilku znanych sobie osób (Lena Kolarska-Bobińska, Krzysztof Bobiński, Eugeniusz Smolar, Paweł Świeboda), które mają przygotować „rekomendacje dla stanowiska Polski“.

Nasuwa się pytanie, kto dziś Polska rządzi. I kto analizuje rozwój sytuacji międzynarodowej z punktu widzenia potrzeb niepodległego państwa, dobra wspólnego, interesu narodowego? Czy takie kategorie są jeszcze w ogóle brane pod uwagę? Czy polski premier, rząd, parlament mają coś do powiedzenia w tej sprawie, czy scenariusze bliskiej przyszłości dla Polaków przygotowują już tylko państwo Bobińscy z braćmi Smolarami? No i z panem Świebodą, prezesem demosEuropa–Centrum Strategii Europejskiej, dla okrasy.

Na szczęście, w odwodzie – prócz wiernych Irlandczyków – mamy jeszcze poczuwające się do odpowiedzialności za losy swego państwa i narodu władze Czech, z prezydentem Vaclavem Klausem. Niestety, nie możemy w tej sprawie liczyć ani na Sejm lub Senat, które odmówiły Polakom prawa do zadecydowania o przyszłości własnego kraju, ani na własnego prezydenta, który zapowiedział, że i tak podpisze martwy już, przynajmniej
w porządku międzynarodowo-prawnym, traktat lizboński.

Apele kierowane z różnych stron do Lecha Kaczyńskiego, aby swym podpisem nie galwanizował złowrogiego trupa z Lizbony, traktuję jako przejaw politycznej naiwności lub dowód poważnych uszczerbków w pamięci u autorów takich manifestów…

Prezydent Kaczyński nieraz już dowiódł, że ma oryginalne poglądy i potrafi dać im wyraz w zaskakujący sposób. To przecież On – jeszcze jako minister sprawiedliwości w rządzie Buzka – przerwał ekshumację w Jedwabnem. I zrobił to właśnie wtedy, gdy natrafiono na materialne dowody, które demaskowały kłamstwa Jana Tomasza Grossa. Zapewne była ogromna presja ze strony środowisk żydowskich nakręcających antypolską kampanię wokół sprawy Jedwabnego. Być może, minister Kaczyński nie mógł się temu przeciwstawić. Dlaczego wobec tego nie podał się do dymisji, tak jak zrobił to niewiele później, z powodu sporu o jednego prokuratora ze Śląska? A ciężar gatunkowy obu tych spraw trudno nawet ze sobą porównywać...

Przypomnijmy udział pałacu prezydenckiego – w osobach pani Prezydentowej oraz minister Juńczyk-Ziomeckiej – w skutecznym skontestowaniu inicjatywy na rzecz wzmocnienia konstytucyjnej ochrony życia. Przypomnijmy meandrowanie w kwestii integracji europejskiej, które przejawiło się choćby w przesadnie łatwej rezygnacji
z traktatu nicejskiego oraz pospiesznym porzuceniu koncepcji tzw. pierwiastka. Ale przecież nie tylko w tym! Przypomnijmy praktyczne unicestwienie idei szerokiego otwarcia poesbeckich archiwów, sprzeczne z ponawianymi wciąż deklaracjami braci Kaczyńskich, w dodatku dość niejasno motywowane.

Lech Kaczyński podpisze traktat i zapewne jako polityk proeuropejski na tym skorzysta. Tyle ze Polska straci szanse podjęcia dalszych negocjacji o kilka ważnych dla nas spraw. Proste i smutne. Tak jak PiS? Podobnej ambiwalencji doświadczyli zwolennicy tej partii po zeszłorocznych wyborach parlamentarnych. Wtedy konfuzję wzbudziło dające się zaobserwować zadowolenie szefa formacji z rezultatów głosowania, które choć nominalnie dla partii korzystne (przybyło mandatów!) położyły jednak kres nadziejom rozbudzonym przez podwójne zwycięstwo Kaczyńskich jesienią 2005.

Adama Bielana i Michała Kamińskiego, wszechwładnych dyrygentów ostatniej kampanii wyborczej, mimo przegranej nie spotkało ani słowo wyrzutu. Widocznie spindoktorzy PiS spełnili oczekiwania Jarosława Kaczyńskiego, co znaczyłoby, że oddanie władzy Platformie zostało uwzględnione w jego scenariuszu. Przypomnijmy: szef partii zablokował powyborcze dyskusje, wytłumił czytelne niezadowolenie w partyjnych szeregach, wyeliminował zbyt wyrazistych liderów. To spójna wykładnia następujących po sobie faktów, po wygaśnięciu wyborczych emocji dość oczywista, ale płynące z niej wnioski muszą budzić przygnębienie.

Oddanie władzy Platformie Obywatelskiej, zapewne pożyteczne dla interesu partyjnego PiS, dla Polski stanowi tylko dalszą stratę czasu. Co więcej, wygrywanie korzyści grupowych, partykularnych, partyjnych kosztem dobra wspólnego nie mieści się w kanonie tradycyjnej polityki polskiej, do której PiS tak chętnie i często się odwołuje.

Od deklaracji ważniejsze są jednak czyny, realizowane cele, wartości urzeczywistniane w działaniu. Nie ma zmiłuj! Prawo i Sprawiedliwość, ugrupowanie duże i skuteczne,
ale walczące bez pardonu i empatii wyłącznie o swoje, nie jest partią interesu narodowego.