strona główna arrow portrety arrow Bracia w biskupstwie

Przez dziesięć lat kierował parafią NMP z Lourdes i skutecznie ożywił duszpasterstwo działające w pobliżu tzw. miasteczka studenckiego. Później, już jako biskup pomocniczy, przez blisko dekadę współpracował z niekonwencjonalnym metropolitą krakowskim Karolem kardynałem Wojtyłą. W marcu 2008 minęło pół wieku od chwili, gdy ks. Albin Małysiak oraz późniejszy papież poznali się w pociągu z Lublina.

Bracia w biskupstwie

Ksiądz profesor Wojtyła był właśnie po wykładach na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, ks. Albin Małysiak CM wracał z rekolekcji, które prowadził w jednej
z podlubelskich miejscowości. Przywitali się, przez chwilę porozmawiali, ale – jak wspomina biskup Małysiak, najstarszy z żyjących polskich hierarchów – to pierwsze spotkanie, chyba ze względu na zmęczenie obu kapłanów, minęło zupełnie bez historii.

Przyjdź, mama się ucieszy

Wkrótce jednak historia mocno przyśpieszyła. Jesienią 1958 ks. Karol Wojtyła otrzymał sakrę biskupią, a proboszcz krakowskiej parafii Księży Misjonarzy pod wezwaniem NMP z Lourdes, powierzył księdzu Małysiakowi poprowadzenie pracy duszpasterskiej w środowisku akademickim.

Potrzeby były duże. Nieopodal kościoła, przy ulicy Bydgoskiej, stały cztery
spore bloki, połączone tzw. przewiązkami i zamieszkane (wówczas) przez studentki
i studentów Politechniki Krakowskiej. A dalej – w kierunku ulicy Piastowskiej rosły
już kolejne budynki miasteczka studenckiego...

Gdy we wtorkowy wieczór na pierwszej konferencji dla młodych, tradycyjnie zapowiedzianej podczas niedzielnej liturgii, pojawiło się w kościele zaledwie kilkadziesiąt osób, nowy duszpasterz zrozumiał, że trzeba sięgnąć po inne, mniej konwencjonalne metody działania.

– Zacząłem sam szukać młodzieży. Popołudniami, gdy studenci wracali
z wykładów, krążyłem po ulicy Kronikarza Galla między przystankiem tramwajowym
a kościołem, i tych wszystkich, którzy na widok osoby duchownej reagowali tradycyjnym pozdrowieniem, zachęcałem do udziału w naszych zajęciach – wspomina
w rozmowie z „Tygodnikiem Solidarność” krakowski biskup pomocniczy (1970–1993),
dziś biskup senior Albin Małysiak.

– Mówiłem: przyjdź, będziesz miał się czym pochwalić mamie. I to chyba skutkowało – dodaje biskup Małysiak, który wziął wtedy nawet do pomocy drugiego księdza.

Duszpasterstwo przy skwerze Polewki

Efektywność tej bezpośredniej ulicznej zachęty przerosła oczekiwania. Do kościoła Księży Misjonarzy na wieczorne konferencje dla studentów zaczęło przychodzić po kilkaset osób. Niedzielne msze św. o jedenastej były tłumnie uczęszczane. Tłoczno bywało na opłatkach akademickich, podczas których trzeba było nieraz ośmiu kapłanów, żeby każdy z uczestników miał sposobność przełamania się opłatkiem
i rozmowy z osobą duchowną.

Przełożeni szybko docenili duszpasterską skuteczność księdza Małysiaka i w 1959 roku powierzyli mu kierowanie parafią, w której dotąd był tylko duszpasterzem. Młody biskup krakowski Wojtyła chętnie, choć nie tak często jak chciałby nowy proboszcz
i oczekiwaliby tego studenci, przyjmował zaproszenie do udziału w konferencjach. Brał też udział w słynnych spotkaniach opłatkowych w kościele przy Misjonarskiej.

– To duszpasterstwo akademickie wspominam jako ważną część swojej posługi kapłańskiej. Czuliśmy się niczym w rodzinie, widzieliśmy jak pogłębia się życie religijne młodzieży. To było ważne dla Kościoła, ale to była również praca dla Polski – ocenia
dziś biskup Małysiak.

– Ludzie z zachodu Europy, którzy nieraz nas odwiedzali, nie mogli się nadziwić, że w niedzielę z akademików, przez Skwer im. Adama Polewki, płynie w stronę świątyni rzeka młodych ludzi. Nasi goście wychylali się z okien plebanii, zafascynowani tym widokiem. Słychać było tylko trzask ich aparatów fotograficznych – wspomina emerytowany hierarcha.

Śmiałe słowa nowego proboszcza

Na tej plebanii, podczas obiadu po mszy świętej odpustowej w lutym 1963, doszło do zdarzenia do charakterze niemal profetycznym. Młody stażem proboszcz Małysiak – składając podziękowanie głównemu celebransowi, którym był Karol Wojtyła (już wikariusz kapitulny, ale jeszcze nie metropolita) – wypalił: „życzę księdzu biskupowi, żeby szybko został ordynariuszem, potem otrzymał biret kardynalski, a wreszcie zasiadł na Stolicy Piotrowej”.

– To były bardzo śmiałe słowa, trzeba pamiętać, że sobór watykański dopiero
się zaczął. W dodatku, wypowiedziałem je w obecności kilkunastu osób, wśród których, oprócz samego adresata życzeń, był również kapelan biskupa ks. Pochopień, moi wikariusze, no i księża-sąsiedzi – uważa dziś sędziwy autor proroczej wypowiedzi.

– Czy żyją jeszcze świadkowie tamtego zdarzenia? – pytam.

– Chyba nie – odpowiada biskup senior, podkreślając jednocześnie, że nie był wcale jedyną osobą w Krakowie, która w uznaniu dla niepospolitych zasług i talentów późniejszego kardynała Wojtyły, widziała w nim dobrego kandydata na papieża.

– Być może mnie pierwszemu udało się wyrazić tę opinię w większym gronie – puentuje.

Zostań jeszcze, Albinku!

– Z biskupem, a potem kardynałem Wojtyłą pracowałem w Kościele krakowskim dwadzieścia lat: 10 lat jako proboszcz parafii wielkomiejskiej NMP z Lourdes i jednocześnie duszpasterz akademicki, a przez kolejne 10 lat jako biskup sufragan, bo takim mianem określało się kiedyś biskupa pomocniczego – opowiada emerytowany hierarcha, który jest przekonany, że swoją sakrę zawdzięcza właśnie późniejszemu papieżowi.

Skłonność do niekonwencjonalnych metod duszpasterskich? Na pewno. Umiejętne podejście do młodych? Oczywiście. Przekonanie o ważnej dla Kościoła roli świeckich we współczesnym świecie? Również i to pozwala zrozumieć, dlaczego krakowski metropolita chciał mieć w Kurii takiego współpracownika. Ale już trwałość osobistych relacji między młodszym o trzy lata wadowiczaninem, który później został papieżem, a urodzonym w 1917 roku w Koconiu k. Żywca Albinem Małysiakiem powinna zastanowić uważnego obserwatora.

Częste wizyty krakowskiego sufragana w Watykanie, korespondencja prowadzona do ostatnich tygodni... Dość powiedzieć, że ostatni z papieskich listów, zamieszczonych we wspomnieniowej książce biskupa Małysiaka („Służyłem z Janem Pawłem Wielkim”, Szczecinek 2005) nosi datę 17 lutego pamiętnego roku, i jest wyrazem serdecznej pamięci schorowanego papieża o nadchodzących imieninach adresata, które przypadają w dniu 1 marca. A to znaczy, że list został napisany zaledwie kilka tygodni przed śmiercią, która poruszyła cały cywilizowany świat.

„Zostań jeszcze, Albinku” – zwrócił się kiedyś w Watykanie papież-Polak do swego dawnego współpracownika. Czy tylko dlatego, że lubił słuchać zabawnych anegdot opowiadanych przez gościa z Polski?

Sprawiedliwy jak kapelan

Pochodzący z kupieckiej rodziny Albin Małysiak już jako dziewiętnastolatek złożył śluby wieczyste w Zgromadzeniu Księży Misjonarzy św. Wincentego á Paulo (Congregatio Missionis, CM) w Krakowie, a w roku 1941 przyjął święcenia kapłańskie. Po krótkim wikariacie pod Wadowicami, podjął obowiązki kapelana w Zakładzie im. Helclów, dla osób w podeszłym wieku. I pełnił tę funkcję do końca wojny. Ponadto
w ramach tajnego nauczania udzielał lekcji religii, łaciny i... gimnastyki.

– Był listopad, mglisty, deszczowy wieczór, gdy w jednym z kątów mieszczącej się w zakładzie kaplicy zobaczyłem ciemną, skuloną postać – opowiada biskup senior, tłumacząc w jaki sposób w pół wieku później znalazł się na liście odznaczonych przez izraelski Instytut Yad Vashem.

23 listopada 1993 roku biskupa katolickiego Albina Małysiaka oraz siostrę Bronisławę Wilewską, szarytkę, zaliczono w poczet „Sprawiedliwych wśród narodów świata” za uratowanie podczas wojny pięciorga osób narodowości żydowskiej.

Tego pierwszego uciekiniera, mimo pełnej świadomości płynących stąd zagrożeń, umyto, przebrano, nakarmiono. Dzięki fałszywej metryce, którą młody kapelan załatwił u znajomego księdza na Podhalu, udało się wyrobić tzw. kenkartę.
A później... po prostu przyjęto go do zakładu jako podopiecznego! W podobny sposób ksiądz kapelan, wspierany przez siostrę przełożoną, udzielił schronienia jeszcze dwóm mężczyznom i dwóm kobietom.

– W 1944 władze okupacyjne wysiedliły nasz zakład z Krakowa do Szczawnicy, gdzie znaleźliśmy pomieszczenia zastępcze w willach: Adria, Sokolica Biała i Sokolica Żółta. Ale pomimo tego, że w Szczawnicy były posterunki niemieckiej policji, straży granicznej oraz Gestapo, a mieszkańcy świetnie wiedzieli, że wśród pensjonariuszy ukrywa się pięcioro Żydów, wszyscy szczęśliwie doczekaliśmy końca wojny –
wspomina hierarcha.

– A teraz zarzucają nam antysemityzm – dodaje z goryczą.

Papież z Polski

– Kardynał, a potem papież Wojtyła to był głęboki teolog, znakomity filozof,
a także artysta, ale przede wszystkim nadzwyczajny głosiciel słowa Bożego. Tak, Jan Paweł II poszedł w świat ze swoją żywą wiarą i gorącą pobożnością – mówi biskup Małysiak, a szczery podziw, jaki słychać w jego głosie, przenika się z rzeczowością właściwą ludziom o sporym doświadczeniu.

Biskup senior opowiada o wyjątkowym połączeniu żarliwej modlitwy, elementów polskiej pobożności ludowej oraz prawdziwie mistycznych uniesień, jakie charakteryzowały – obserwowaną przez niego – religijność późniejszego papieża. I podkreśla jednocześnie jego bardzo realistyczną ocenę praktycznego, gospodarczego wymiaru rzeczywistości kościelnej.

– Kardynał Wojtyła nie zgadzał się z głośnym swego czasu postulatem rezygnacji z pobierania ofiar w czasie wizyt duszpasterskich, zaproponował tylko, żeby 10 proc. uzbieranych sum przeznaczyć na budowę nowych świątyń – wspomina krakowski hierarcha.

– Mimo że sam jako osoba wzorcowo urzeczywistniał dyrektywę „raczej być
niż mieć” – zauważam.

– Oczywiście – potwierdza z ożywieniem mój rozmówca – przecież prywatnie miał tylko buty, sutannę i biret. Pamiętam jego mieszkanie przy Kanoniczej, jeszcze
z profesorskich czasów, tam było jak w celi u zakonnika najściślejszej reguły. Filozofia, teologia, modlitwa, tylko tym żył.

– Papież był zakorzeniony w Bogu, ale także w swojej ziemskiej ojczyźnie,
w jej historii, kulturze, literaturze, poezji...

– Jan Paweł II dał ogromnie wiele dowodów wysokiego, rozumnego patriotyzmu. Pod tym względem był zupełnie wyjątkowym człowiekiem, nawet wśród duchownych. A jak wspaniale rozsławił imię swego kraju w świecie, ilu ludzi w odległych, egzotycznych krajach dowiedziało się, dzięki jego podróżom duszpasterskim, o istnieniu Polski – podkreśla biskup Małysiak.

– Fachowcy od marketingu mówiliby wręcz o podniesieniu wartości naszej narodowej marki... Z tych wspomnień i opowieści wyłania się właściwie postać duchowego mocarza. Czy jego nigdy blask nie oślepiał?

– Był skromnym, mądrym, dobrym człowiekiem. Dlatego właśnie myślę o nim: Jan Paweł Wielki.

„Tygodnik Solidarność” nr 14, z 4 kwietnia 2008