strona główna arrow na gorąco arrow Kronika Dzikich Pól (1)

17 marca 2008

Kronika Dzikich Pól (1)

Kształt przyszłości, przynajmniej w zakresie dominujących norm i reguł, które wyznaczają sposób odnoszenia się do innych ludzi wykuwa się na rubieżach, na kresach, w nowej przestrzeni, gdzie spotykają się przedstawiciele różnych plemion, narodów, kultur, religii, cywilizacji. Od tego, czyje wzorce zwyciężą w tej rywalizacji,
w takim swoistym boju spotkaniowym – bo zderzenia cywilizacji odznaczają się zwykle pewną gwałtownością – zależą późniejsze relacje międzyludzkie. Od tego zależy,
czy będziemy traktować Drugiego jako swego bliźniego, w duchu chrześcijańskiego uniwersalizmu? Czy może jako przeciwnika-konkurenta, którego w rywalizacji o wpływy trzeba pokonać lub wręcz unicestwić? A może jako niewolnika – użyteczne, żywe narzędzie do wykorzystania, najzwyklejszy środek do celu, którym jest czyjś osobisty sukces oraz prosperity, w wymiarze ziemskim, doczesnym.

Odpowiednikiem naszych Dzikich Pól, na których przed wiekami zderzyły się łacińska Europa z turańską cywilizacją azjatycką, na kontynencie amerykańskim stał się Dziki Zachód. To chyba nie przypadek, że w obu nazwach zaakcentowano właśnie pierwiastek dzikości. Takiej dzikości czy wręcz cywilizacyjnego zdziczenia nie sposób uniknąć – twierdził Feliks Koneczny na grubo przed Huntingtonem – gdy na jednym obszarze dochodzi do starcia (w walce o byt i dominację) pomiędzy przedstawicielami odmiennych mentalności, kultur, prawa, religii. Wybitny uczony już przed drugą wojną światową przewidział fatalne skutki utopijnych pomysłów w rodzaju „multi-kulti”, które dziś w całym nasileniu obserwujemy w tzw. postępowych krajach Europy Zachodniej. Koneczny, w swych cenionych przed wojną pracach (potem chyba celowo eliminowanych z naukowego obrotu), podkreślał fundamentalną rolę cywilizacyjnego zakorzenienia, którego wcale przecież nie utożsamiał z technologicznymi gadżetami.

To prawda, że w XX wieku udało się zminimalizować, z bardzo zresztą różnych, nie zawsze do końca chwalebnych powodów – terytorialny zasięg wojen gorących, czyli ograniczyć przestrzeń bezpośrednich starć militarnych, ale Wielka Kulturowa Wojna Światów trwa w najlepsze. I skutkuje przede wszystkim w sferze symbolicznej. A jej najbardziej wyniszczającym narzędziem nie jest bynajmniej tzw. globalny terroryzm. Ani nawet rozreklamowany przez Huntingtona nieuchronny podobno konflikt ideologów konsumeryzmu z muzułmańskimi fundamentalistami. Znacząco więcej ofiar pochłaniają choćby narkotyki, bezkarnie i skutecznie promowane przez współczesną popkulturę Zachodu, samobójczo otwartą na wszelką, także destrukcyjną egzotykę. Wobec masowości zjawiska, skali produkcji oraz zdumiewająco sprawnej dystrybucji wszelkich (tradycyjnych i projektowanych w laboratoriach) „oszałamiaczy”, antynarkotykowe służby świata zachodniego, przejawiają bezradność, która musi skłaniać do gorzkiej refleksji. Ale też do pytań o granice naszego, obywatelskiej zgody na status quo
i tolerancji wobec amatorów „odlotu”.

Wiadomo, że określoną zmianę chemii mózgu, skutkującą „odmiennym stanem świadomości” można wywołać nie tylko przez zaaplikowanie ciału jakiejś stosownej substancji, lecz również przez bombardowanie psychiki i/lub przebodźcowanie zmysłów. Tę wiedzę od wieków stosowali zresztą szamani, którzy wprowadzali
w trans siebie oraz współplemieńców, wykorzystując – oprócz środków płynnych lub wziewnych – oddziaływanie na rytm pracy serca oraz stopień pobudzenia aktywności różnych ośrodków mózgu, poprzez rytm, taniec, ekstazę. Po 1968, dzięki ideologom kontrkultury, szamanizm trafił na uniwersytety, a LSD ruszyło na podbój studenckich klubów i kampusów... Współcześnie w zachodnim kręgu kulturowym funkcję The Mózgoodmieniaczy pełnią z powodzeniem coraz bardziej ekspansywne multimedia, wśród których po okresie bezapelacyjnego królowania gier (sfera interaktywności mechanicznej) nadeszła chyba pora dominacji sieci...

Od kilku lat – z uwagą i zaciekawieniem, co nie znaczy, że z przyjemnością – obserwuję internetowe fora dyskusyjne. Nie mam jednak na myśli ani tematycznych czatów,
ani sprofilowanych grup dyskusyjnych czy choćby zabawowych rozmówek wirtualnej społeczności o wyraźnych zainteresowaniach i pasjach, lecz ogólnodostępne fora
w portalach (ostatnio też w blogosferze) które umożliwiają udział w dyskusji (czyli umieszczenie tzw. postu) bez obligatoryjnego logowania się w charakterze uczestnika. Ważną rolę wydaje się odgrywać tu (całkowicie złudne) przekonanie o pełnej anonimowości. I właśnie ta strefa sieciowej aktywności internautów – nieraz bulwersująca za sprawą agresywnych postaw, przejawianego zdziczenia obyczajów, ciągłej prowokacji obyczajowej i religijnej, wreszcie retoryki – pełnej wulgaryzmów, obscenów i pseudoargumentacji, ostatnio również z powodu ostrej polaryzacji politycznej – wydaje się dziś wirtualnym odpowiednikiem Dzikich Pól.

Anomii (brakowi reguł) w dziedzinie moralności, często deklarowanej wprost lub dającej się wyprowadzić z formy wypowiedzi, towarzyszy jawna pogarda dla zasad polskiej ortografii czy zbornego formułowania myśli. Zwykle brakuje elementarnej kurtuazji wobec polemistów oraz współuczestników, a postawa szacunku dla kompetencji (cudzych czy własnych) należy naprawdę do rzadkości. Często też, oprócz zachwalania antywartości, lansuje się aktywną niewiarę w Boga (zwaną ateizmem pozytywnym), wrogość wobec Kościoła katolickiego, jaskrawy antyklerykalizm. Nadal wzięcie na forach ma negatywny stosunek do Polski, polskości oraz patriotycznych postaw, choć ostatnio akcenty nieco się tu przesunęły. Względnie ugruntowaną pozycję ma wciąż propaganda aborcji oraz tzw. lekkich narkotyków, a prym wiodą nieodmienne zachwyty nad dewiacyjnymi sposobami zaspokajania potrzeb erotycznych, z „kultową” pederastią na czele. Wszystko – w kostiumie retoryki wolnościowej.

Ta „surowizna” wypowiedzi na forach głównych polskich portali (w moim przypadku, materiał porównawczy zazwyczaj pochodzi z Onetu) częściowo może stanowić element celowego dezorientowania opinii publicznej – rozwinę ten wątek w przyszłości – ale
po części pokazuje realne kompetencje w czytaniu, pisaniu i myśleniu przeciętnego polskiego internauty (na dyskusyjnym haju) w niespełna dwadzieścia lat od czasu rozpoczęcia transformacji. Oczywiście, otwarte fora dyskusyjne w sieci nie są dziś w żaden sposób reprezentatywne... ale właśnie na nich powstają dynamiczne wzorce zachowań, które jutro staną się – lepiej: mogą się stać – powszechnie obowiązujące. Gwałt na języku, zwany w nowomowie politpoprawności dysgrafią i dysleksją? Proszę bardzo. Modna retoryka, czyli przyzwolenie na bluzg, grypserę i obcy idiom językowy
w sferze publicznej. A jakże! Gwałt na logice i racjonalności arystotelejskiej, wprowadzony pod hasłem: każdy ma swoją prawdę. W miejsce „potęgi smaku” pojawi się kabaretowo-knajackie poczucie humoru. Granice przyzwoitości? Nie, raczej bezkarne naruszanie zasady „nie rób drugiemu...”.

Przy wymagającym ideale miłości bliźniego najtrudniej wytrwać tam, gdzie chrześcijański uniwersalizm staje oko w oko z dwustandardową etyką plemienną: relatywizującą, antagonizującą, instrumentalizującą innych ludzi. Zgodnie z filozofią Kalego – ten Drugi, gdy tylko nie jest ziomalem, od razu przestaje być bliźnim. Stanowi za to zasób ludzki. Jest siłą roboczą. Bywa petentem, konsumentem, a nawet klientem. I zawsze pozostaje płatnikiem netto. Bywa też faszystą, zoologicznym antykomunistą, elementem bezmyślnej gawiedzi lub kimś z czarnosecinnego motłochu, który nie dorósł jeszcze do demokracji. Natomiast Polakiem staje się jedynie chwilowo, gdy mowa o statystycznych litrach czystego alkoholu wypitego w ciągu roku na głowę mieszkańca. Albo o rosnącej liczbie wypadków drogowych, wszechogarniającej korupcji lub dynamice wskaźnika przestępczości. No i oczywiście o Jedwabnem.