Ani szafa Patrycji Koteckiej, ani wysokość gwiazdorskiej umowy Tomasza Lisa nie są dobrym punktem wyjścia do dyskusji o miejscu i roli telewizji publicznej w dzisiejszej Polsce.

Cały ogień na publiczną

Zaczęło się jesienią od ataku na dyrektor Małgorzatę Raczyńską, kierującą programem pierwszym TVP. Przenicowano biografię osoby: przedmiotem zjadliwej krytyki stała się przeszłość, życie osobiste, temperament, nawet jej kontakty towarzyskie. Głównie, z rodziną Kaczyńskich, ale i z Danutą Waniek. Podważano też kompetencje zawodowe dyrektor Raczyńskiej, jednak dramatyzm narracji znacznie przekroczył ciężar gatunkowy przywołanych argumentów. Toteż sprawa rozstrzygnie się przed sądem powszechnym.

– Koledzy dziennikarze z Niemiec pisali do mnie, że „Bild” w swych najgorszych latach nie zrobiłby tego, na co niektóre tytuły Axela Springera pozwalają sobie dziś w Polsce – mówi dyrektor Raczyńska.

– Skąd te wyniki, jeśli jestem aż tak niekompetentna? Spostponowano mnie jako szefową anteny telewizji publicznej, dlatego spotkamy się w sądzie – dodaje.

Raczyńska woli Wildsteina

Później przyszła kolej na redakcję „Misji specjalnej” oraz Patrycję Kotecką, z Agencji Informacyjnej. Zwłaszcza Koteckiej nie oszczędzono pod koniec roku żadnej przykrości, do jakiej zdolny jest tzw. czarny PR. Tymczasem Andrzej Urbański, którego „reformatorzy” telewizji zostawili sobie na deser, zdołał zaskoczyć opinię publiczną, a także swych przeciwników kontraktem stulecia. Urzędujący prezes TVP SA – mimo że Andrzej, nie Hubert – upolował Lisa (Tomasza). Nic dziwnego, że w mediach znów zawrzało.

Komentatorzy i analitycy powątpiewają we wzniosłe motywy obu sygnatariuszy tej owianej tajemnicą umowy. Urbańskiemu przypisują raczej karkołomną próbę obrony swej prezesury niż dbałość o poszerzenie pluralizmu opinii w TVP. Natomiast u Lisa, bardziej niż chęci uzdrawiania telewizji publicznej, na której jeszcze całkiem niedawno nie pozostawiał suchej nitki, dopatrują się zamiaru poprawienia stanu rodzinnych finansów.

– Nie prosiłabym nigdy Tomasza Lisa o pomoc, bo „Jedynka” ma się wyśmienicie, ale gdybym miała wybierać między Lisem a Wildsteinem, to chyba zaprosiłabym tego drugiego – mówi dyrektor Raczyńska.

Różnica stylu – nie wizji

Słowa szefowej „Jedynki” mają swoją wagę, bo za czasów prezesury Bronisława Wildsteina doszło między nimi do szeroko komentowanego sporu.

– Nigdy nie było między nami awantur ani konfliktów, przecież właśnie przy Wildsteinie zostałam dyrektorem anteny, wcześniej za prezesa Dworaka byłam wiceszefem redakcji, w której odpowiadałam za pion publicystyki politycznej i śledczej. Całą anteną kierował wtedy Maciej Grzywaczewski – wspomina Raczyńska swoją drogę awansu w TVP SA.

– Poszło raczej o sposób rozstania się z Moniką Olejnik czy dwoisty status Andrzeja Mietkowskiego, który jako dyrektor Agencji Informacyjnej był moim partnerem, a jako szef „Wiadomości” – podwładnym, bo wtedy cała sfera informacji była częścią programu pierwszego – wyjaśnia Małgorzata Raczyńska, pytana o źródła swego konfliktu z Wildsteinem.

O różnicach między Raczyńską a prezesem decydował bardziej styl zarządzania i niektóre nominacje, niż zasadnicza odmienność poglądów na strategię kierowania najważniejszym z publicznych mediów. No, może z wyjątkiem kwestii wyprowadzania poza „Jedynkę” programów informacyjnych oraz niektórych redakcji, które stały się podstawą uruchamianych właśnie tzw. kanałów tematycznych.

Podzielając opinię o potrzebie przekształceń, Raczyńska nie chciała jednak, żeby tworzenie takich kanałów pozbawiało antenę przedmiotowych redakcji, tak jak miało to miejsce w przypadku kanału „Sport”. Inaczej już było z kanałem „Kultura”, którego powstanie nie uszczupliło możliwości anteny. Raczyńska była przekonana, że urzeczywistnienie wizji Wildsteina mocno ograniczyłoby poszczególnym Antenom TVP – wtedy były jeszcze trzy: „Jedynka”, „Dwójka” i „Trójka” – możliwość kształtowania swego programu.

Zwycięskie słupki Jedynki

A „Jedynka” jest dziś mocna, programowo najmocniejsza. Co zręczne skądinąd hasło reklamowe jednej z komercyjnych stacji, ostro konkurujących z telewizją publiczną o dochody z reklam oraz rząd dusz w Polsce – czyni jedynie pobożnym życzeniem męskiej części rodziny Walterów.

U progu nowego roku, przy kwaśnej minie prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz, przetoczył się przez media spór o wielkość audytoriów dwóch sylwestrowych koncertów: w Krakowie (impreza Polsatu) i we Wrocławiu (impreza publicznej „Dwójki”). Mało kto jednak wie, że naprawdę rywalizację o publiczność wygrała właśnie „Jedynka”. Jej udziały w rynku przekroczyły tego dnia (średnio) 26 proc. dla wszystkich kategorii widzów, a w tzw. grupie komercyjnej (widzów w wieku od 16 do 49 lat), przynoszącej największe zyski z reklam – ponad 23 proc.

Najmocniej ścigający się z „Jedynką” Polsat sięgnął w tych kategoriach po udziały rzędu, odpowiednio – 19,9 oraz 21,8 proc., wyprzedzając „Dwójkę”, która przed rokiem uplasowała się na drugiej pozycji, niewiele tylko ustępując zwycięskiej i wtedy „Jedynce”. Natomiast TVN, z udziałami 12,6 oraz 15,5 proc. – w grupie komercyjnej zajęła ostatnie czwarte miejsce, nie osiągając nawet pułapu swych wyników z Sylwestra 2006.

Duszę się od reklam

Układając ramówkę raczej pod hasłem „coś dla każdego” niż „wszystko dla wszystkich”, pierwszy program telewizji publicznej wygrał Sylwestra i Wigilię, osiągnął też bardzo dobre wyniki podczas Świąt Bożego Narodzenia. Ale najdobitniej chyba przemawiają „słupki” oglądalności za cały ubiegły rok. W tzw. kategorii 4+ (widzów powyżej 49 roku życia) telewizja publiczna z udziałami w rynku 24,1 proc. dla TVP1 oraz 17,9 proc. dla TVP2 zdecydowanie wyprzedza stacje komercyjne – odpowiednio 16,7 proc. dla Polsatu i 15,2 dla TVN. Natomiast już w kategorii wiekowej 16-49, udziały TVN i „Dwójki” wynoszą po 17 proc., a Polsat (19,6 proc.) goni niezmiennie prowadzącą „Jedynkę” (20,7 proc.).

– Jesteśmy niekwestionowanym liderem na rynku, odnotowaliśmy też w minionym roku najwyższą, kilkunastoprocentową dynamikę przychodu z reklam – mówi dyrektor Raczyńska.

Zwycięstwo przy tak ostrej konkurencji musi cieszyć. Zwłaszcza wtedy gdy przynosi spory zysk finansowy. To istotne, gdyż rozrywka na przyzwoitym poziomie – jak choćby „Przebojowa noc”, która po sformatowaniu ma poważne szanse eksportowe – naprawdę sporo kosztuje. Znacznych nakładów wymaga również produkcja filmów, duże koszty generują formy dokumentalne, notacje, programy dla dzieci. Szefowa anteny – choć z innych powodów niż widzowie – widzi też dolegliwości nadmiernego „puchnięcia” bloków reklamowych.

– Duszę się od reklam, mam zbyt mało czasu na autopromocję, a nikt za nas tego nie zrobi – tłumaczy – przecież nawet „Determinatora” udało nam się wypromować na antenie.

Misja nie musi być nudna

Klimat nie sprzyja dziś telewizji publicznej. Na jej potknięcie czyha komercyjna konkurencja. Pokusę rozparcelowania struktur TVP i przejęcia jej majątku, w tym techniki i archiwaliów, przejawiano już nieraz. Majstrowanie przy abonamencie, zakaz emisji reklam, osłabienie wiarygodności zarzutami o nadmierne upolitycznienie – to całkiem skuteczne sposoby podkopywania pozycji i wartości mediów publicznych w ogóle.

Taką zapaść, spowodowaną mało odpowiedzialnym wezwaniem przez polityków Platformy Obywatelskiej do niepłacenia abonamentu, szczególnie mocno odczuło niedawno Polskie Radio. A na rynku z pewnością są dziś środki finansowe, umożliwiające przejęcie majątku mediów publicznych, najchętniej w postaci masy upadłościowej po uprzednim mocnym ich osłabieniu. Pytanie, czy w Polsce – w przeciwieństwie do poważnych krajów Starej Unii – wyobrażamy sobie przestrzeń medialną bez publicznej telewizji i publicznego radia.

Właściciele mediów komercyjnych, a pewnie i część klasy politycznej powitałaby taką sytuację z zadowoleniem, jednak wciąż jeszcze brak na to przyzwolenia społecznego. Aż trzy czwarte ankietowanych opowiedziało się za pozostawieniem mediów publicznych i za dalszym finansowaniem ich z abonamentu.

Wprawdzie można uznać, że np. liczące 74 pracowników Biuro Programowe czy podobnie rozbudowane Biuro Marketingu, to w relacji do realizowanych przez nie zadań struktury nadmiernie puszyste. Ale już niewiele ponad sto etatów (redaktorskich, dziennikarskich, administracyjnych – łącznie) w „Jedynce” wcale nie wydaje się przesadą, jeśli pamiętać, że telewizja publiczna ma do wypełnienia tzw. misję. Stacje komercyjne nie przygotują spektakli teatru telewizji, ani nie przeprowadzą coniedzielnej transmisji mszy świętej czy papieskiej modlitwy „Anioł Pański” z Rzymu. Nie podejmą się funkcji edukacyjnej, ani nie zadbają o blok audycji dla dzieci. Nie wyprodukują też programów dla rolników, choć co czwarty mieszkaniec Polski jest zainteresowany tą problematyką, a trzy niedzielne audycje redakcji rolnej TVP mieszczą się wśród 20 programów o największej oglądalności.

To pewnik, że programy misyjne, które wcale nie są nudne, pozostaną domeną telewizji publicznej. Dopóki ta przetrwa.

Widzowie wybrali publiczną

Prezes Drawicz, z Rywinem i Dworakiem w roli zastępców, prezes Miazek, prezes Kwiatkowski, nawet już usamodzielniony prezes Dworak – nie wzbudzali większych namiętności politycznych. Natomiast za prezesury Bronisława Wildsteina i jego następcy Andrzeja Urbańskiego, telewizja publiczna znalazła się pod pręgierzem. Próbę choćby częściowego przywrócenia na antenie parytetów ideowych i światopoglądowych, które wcześniej dyskryminowały ludzi wierzących, patriotów, konserwatystów czy po prostu związanych z prawicą, uznano za polityczny zamach na lewicowo-laicki monopol dotąd milcząco, ale niesłusznie utożsamiany z normalnością.

Tytuły prasowe i stacje komercyjne, same przecież bardzo dalekie od politycznej neutralności, w każdej szybkiej reakcji TVP na bieżące wydarzenia wyborczej jesieni 2007 upatrywały jednostronnej agitacji na rzecz PiS. „Upartyjniona do granic możliwości”, „komisaryczna”, „manipulatorska”, „reżimowa” – nie szczędzono dosadnych określeń i najsurowszych krytyk. Ani prezes Urbański, ani szefowa „Jedynki” nie przyjmują zarzutów, za którymi poza wrogą retoryką – co oboje podkreślają – nie idą żadne sprawdzalne konkrety.

– Gdyby moja antena była tak manipulatorska, jak nam zarzucają, to Prawo i Sprawiedliwość powinno wygrać jesienne wybory. Gdyby zaś była tylko jawnie i nieudolnie stronnicza, to powinna stracić wiarygodność, a co za tym idzie widzów. Tymczasem nawet w październiku 2007 Polacy, którzy w wyborach oddali przecież władzę komuś innemu, chętniej oglądali „Jedynkę”, naturalnie zdominowaną wtedy przez publicystykę polityczną, niż kolorową wizję świata serwowaną przez TVN – argumentuje Raczyńska.

Za to Pawlak woli Lisa

Ciągłe spekulacje oraz przecieki w mediach dotyczące wysokości tajemniczego „kontraktu III Millenium” z pewnością nie służą wizerunkowi TVP, sprzyjając zarzutom o niegospodarność w dysponowaniu środkami publicznymi. Uznałem więc, że telewidzowie mają prawo wiedzieć, ile będzie ich kosztować wsparcie znanego dziennikarza, od kilku lat mocno zatroskanego Polską. Niestety, dyrektor „Dwójki” Wojciech Pawlak odmówił porównania kosztów produkcji jednego odcinka planowanego programu Tomasza Lisa, ze średnimi nakładami np. na odcinek „Warto rozmawiać”. Ale ponieważ szanując zasadę tajemnicy handlowej, nie zapytałem o wysokość kwot, lecz jedynie o proporcje między nimi, dyrektor Pawlak dodał w liście taką uwagę: „obydwa projekty są nieporównywalne, jeśli chodzi o znaczenie programów dla anteny”.

Historia znów zatoczyła koło. Odmieniając w bezpardonowych atakach zaledwie kilka nazwisk z kierownictwa telewizji publicznej i nie proponując żadnych nowych rozwiązań instytucjonalnych, liderzy Platformy Obywatelskiej – podobnie jak ich sprzymierzeńcy – uzasadniają niestety przypuszczenia, że cały pomysł na media publiczne, jakim dysponuje ekipa Donalda Tuska, wbrew deklaracjom sprowadza się do umieszczenia w TVP SA, Polskim Radiu i Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji własnych nominatów.

„Tygodnik Solidarność” nr 5, z 1 lutego 2008