Arcybiskup Józef Życiński nie zaprotestował, gdy Gazeta Wyborcza wydrukowała fragmenty wygłoszonej przez niego homilii, opatrując tekst tytułem: „Kto przeciw Unii, ten z Rosją”.

Katedra i polityka

Wprawdzie hierarcha użył nieco innych sformułowań, ale sens jego nauczania, skierowanego pierwotnie do księży Ziemi Chełmskiej, nie pozostawiał wątpliwości. Eurosceptycyzm to, zdaniem abp. Życińskiego, propozycja „amatorskich polityków” oddających się „niepoważnej trosce o interesy Rosji” i „obsesyjnym uprzedzeniom wobec Europy, Stanów Zjednoczonych, Izraela”. Kto zaś nie chce wpisywać się w patologię polityczną rodem z czasów komunistycznych, kto nie chce zdradzić „czytelnej, patriotycznej tradycji, której uczył swym życiem wielki Prymas Tysiąclecia” ten powinien unikać tych katolickich środowisk i mediów, które umożliwiają wypowiedzi politykom „opiewającym uroki życia w Oświęcimiu”.

Trudno odmówić lubelskiemu metropolicie determinacji. Pytanie, czy za przejawioną pasją, kryją się racje. Czy naprawdę problem trudnego wyboru polityczno-cywilizacyjno-moralnego, przed jakim podczas czerwcowego referendum staną również polscy katolicy, można sprowadzić do prostego dylematu geopolityki: albo z Rosją, albo z Unią Europejską? Gdybyż to było takie proste... Natomiast sugerowanie, że polscy eurosceptycy są jednocześnie piewcami obozów zagłady, po prostu nie przystoi osobie duchownej, gdyż to zwyczajnie nieprawda. A relację, do której odwołuje się ten fragment kazania arcybiskupa lubelskiego, opublikowały pozostające chyba poza wszelkim podejrzeniem Zeszyty Historyczne, wydawane w Paryżu przez Jerzego Giedroycia.

Oficjalne stanowisko Episkopatu Polski w sprawie integracji jest znane. Pasterze Kościoła katolickiego mają zachęcać wiernych do odpowiedzialnego udziału w referendum, pozostawiając wszakże treść ostatecznej decyzji – owo „tak” lub „nie” – ich chrześcijańskiemu sumieniu oraz politycznemu rozeznaniu. Arcybiskupowi Życińskiemu ani biskupowi Pieronkowi, który członków antyunijnej partii Leppera określił kiedyś mianem „dzikich zwierząt” i którego Sławomir Wiatr zaprosił do udziału w przygotowywanej przez siebie kampanii reklamowej, najwyraźniej „to, co boskie” nie wystarcza. Chcą uczestniczyć również w „tym, co cesarskie”. I mają do tego pełne prawo. Wszakże jako obywatele, a nie hierarchowie katoliccy.

Ogłoszona niedawno w Watykanie „Nota doktrynalna”, traktująca właśnie o udziale katolików w życiu politycznym, nie pozostawia w tej kwestii żadnych złudzeń:

„Chociaż prawem i obowiązkiem Kościoła jest wyrażanie moralnych ocen na temat doczesnych rzeczywistości, jeśli wymaga tego wiara albo moralne prawo, to jednak jego zadaniem nie jest formułowanie konkretnych rozwiązań – a tym mniej rozwiązań wyłącznych – w doczesnych kwestiach, jakie Bóg pozostawił wolnemu i odpowiedzialnemu osądowi każdego człowieka”.

„Tygodnik Solidarność” nr 6, z 7 lutego 2003