Zmodernizowana huta prosperuje, ludzie identyfikują się z firmą, a właściciel wpuszcza do niej jako p.o. prezesa – młodego wilka, który ogłasza, że przyszedł tu posprzątać...

Gra w rozbijanego

Na dyskusyjnym forum regionalnego konińskiego portalu dominują głosy poparcia i życzliwości wobec strajkujących. Można też oczywiście znaleźć wpisy przeciwników protestu, ale te są w zdecydowanej mniejszości. I sprawiają wrażenie kontrakcji. Nic dziwnego, huta aluminium od zawsze stanowiła ważny punkt na przemysłowej mapie Konina. I do dziś jest cenionym miejscem pracy. Choć, dla pełnej ścisłości trzeba zaznaczyć, że od 20 sierpnia 2007 w hucie się nie pracuje. Podtrzymywane są tylko niezbędne procesy technologiczne, aby nie wygaszać wanien i pieców. Trwa strajk.

Wrosła w pejzaż miasta

Taksówkarz, który wiezie mnie do konińskiej huty, jest pełen zrozumienia dla obecnej sytuacji. Zna zakład od samego początku, wspomina pierwszych trzech czy czterech dyrektorów, także wyjazdy szkoleniowe do Francji. W jednym z nich sam uczestniczył, w końcu przepracował w hucie okrągłe dziesięć lat.

Ten ton szacunku dla zakładu pracy oraz troski o pracujących w nim ludzi powtarza się w rozmowach z mieszkańcami Konina, bez względu na to, czy rozmawiam z panią z dworcowego kiosku, czy z byłym awuesowskim posłem. Huta aluminium jest obecna w życiu już dwóch pokoleń koninian. Pytanie, czy Roman Karkosik, nowy właściciel sprywatyzowanego zakładu, uwzględnia w ogóle ten społeczny wymiar w swoich rachubach biznesowych.

Nie wiadomo, dlaczego w hucie doszło do takiej zawieruchy. Na dobrą sprawę, brakuje racjonalnych podstaw konfliktu: zrestrukturyzowany zakład – największy w kraju producent blach aluminiowych, rocznie wytwarza około 55 tys. ton aluminium – ma ostatnio bardzo dobre wyniki finansowe i pełny portfel zamówień. Czysty zysk za rok 2006 wyniósł nieco ponad 58 mln złotych, ale już w pierwszym półroczu 2007 zysk netto osiągnął pułap 60 mln, z czego aż 80 proc. przypadło na drugi kwartał. Po co więc Karkosikowi ten strajk?

Straty poniesione przez zakład w wyniku zatrzymania produkcji osiągnęły już poziom rocznych podwyżek naszych płac – mówią mi pracownicy walcowni, z którymi przez rampę ograniczającą wjazd na teren wydziału rozmawiam w trzecim dniu bezterminowego strajku.

Pozbyć się związkowców

Przy głównej bramie konińskiej huty stoi kilkuosobowa pikieta. Związkowcy z obu działających tu organizacji – czyli NSZZ Solidarność oraz Międzyzakładowego Związku Zawodowego Hutników i Pracowników Aluminium Konin (MZZHiPAK) – pilnują porządku. Strajkiem, rozpoczętym w poniedziałek na pierwszej zmianie, kierują wspólnie Zdzisław Nowakowski, przewodniczący MOZ Solidarności, a zarazem szef ZR konińskiej „S”, oraz Zbigniew Kruczkowski, przewodniczący MZZHiPAK.

Na teren zakładów nie są wpuszczani przedstawiciele mediów – tak uzgodniono w kierownictwem zakładów. Z inicjatywy kierujących strajkiem związkowców, obowiązuje też zakaz poruszania się samochodami osobowymi po terenie huty. W sali konferencyjnej biurowca trwa narada. Oprócz przewodniczącego Nowakowskiego, biorą w niej udział Henryk Chojnacki i Wiesław Wanjas, członkowie KZ „S” w konińskiej hucie; przewodniczącemu Kruczkowskiemu towarzyszą – jego zastępca Józef Maciej Graczyk oraz Henryk Wapiński, członek prezydium MZZHiPAK.

Związkowcy analizują bieżącą sytuację, zastanawiają się nad możliwym rozwojem sytuacji, odbierają telefony. Na szczęście, w dobie telefonii komórkowej mniej doskwiera im fakt, iż kilka dni wcześniej – wbrew gwarancjom z pakietu socjalnego – oba związki zostały pozbawione dostępu do swoich pomieszczeń. Ale być może Jerzy Popławski, pełniący od miesiąca obowiązki prezesa Aluminium Konin, wykazuje się jedynie konsekwencją. Dlaczego miałby udostępniać jakieś lokale osobom, które kilka dni wcześniej potraktował jak grupę pijaków lub złodziei?

Było tak: 14 sierpnia, tuż przed piętnastą, aż 32 osoby otrzymały pisma, w których poinformowano je o zwolnieniu z huty w trybie art. 52 par. 1 pkt. 1 kodeksu pracy. Przekładając na polski, oznacza to rozwiązanie umowy o pracę bez wypowiedzenia, z winy pracownika. Nowy p.o. prezesa spółki, za „ciężkie naruszenie obowiązków pracowniczych” uznał zorganizowanie dwugodzinnego strajku ostrzegawczego, z 18 lipca 2007. I nie oglądając się na obowiązujące w Polsce prawo, wyrzucił z huty pełne składy zarządów obu działających w firmie organizacji związkowych (18 osób z MZZHiPAK, 14 – z „S”), z ich przewodniczącymi włącznie.

Już wszystko było dogadane

Jerzy Popławski pojawił się w konińskiej hucie pod koniec lipca 2007, wkrótce po dymisji prezesa Marka Kacprowicza, który nie tylko zrobił wiele dla unowocześnienia zakładu – modernizację zakończono w I kwartale br. – ale również potrafił porozumieć się ze związkami zawodowymi.

Ze względu na dobre wyniki finansowe pracownicy domagali się wzrostu wynagrodzeń. Od połowy maja do 26 czerwca br., choć nie bez pewnych trudności, podwyżki uzgodniono, przeciętnie po 300 złotych na osobę. Zasadniczy spór nie dotyczył bynajmniej wielkości kwoty przeznaczonej na wzrost wynagrodzeń, lecz zasad przyznawania jej części zmiennej, czyli premii.

Jak łatwo się domyślić, związki optowały za bardziej egalitarnym wariantem rozdziału premii, natomiast menedżment podnosił motywacyjne zalety możliwie największego jej zróżnicowania. Mimo odmiennego podejścia udało się przecież wypracować porozumienie. 11 lipca, po technicznych korektach, wszystko było gotowe.

Może niedobrze, że termin podpisania został ustalony na godziny popołudniowe, w piątek trzynastego – wzdychają dziś związkowcy. I tłumaczą, że gdy zarząd bez podania przyczyn odmówił podpisania uzgodnień, nie mieli innego wyjścia i musieli ogłosić krótki strajk ostrzegawczy.

Zarząd kierowany przez prezesa Kacprowicza uznał legalność dwugodzinnego strajku, z 18 lipca, i zaproponował dalsze rozmowy z udziałem negocjatora Piotra Potempy, który już kiedyś skutecznie doprowadził do zawarcia układu zbiorowego. Obie strony sporu honorowo podzieliły się kosztami: zarząd spółki wziął na siebie opłacenie negocjatora, związkowcy zrezygnowali z zapłaty za czas strajku. Tak umówiono się przed południem, a po południu i zarząd, i prezes podali się do dymisji.

Gry biznesowe czy polityczne

A potem było już tylko gorzej. Ludzie są rozgoryczeni, nie rozumieją, co się stało. Pytają, dlaczego lekceważy się godność pracowników, pomiata związkowcami, nie szanuje zawartych porozumień. I dlaczego wystawia się na szwank interes oraz giełdową wartość spółki. Najtrudniej jednak zrozumieć im gwałtowne zmiany decyzji, a potem nagłe odejście prezesa Kacprowicza, który w przeciwieństwie do Jerzego Popławskiego, miał wśród ludzi spory autorytet.

Karkosik chyba nie wie, co się tutaj dzieje – sądzą jedni. Inni twierdzą, że szykował się do sprzedaży Impexmetalu, więc zależało mu na pokoju społecznym w konińskiej hucie, lecz gdy potencjalny kontrahent się wycofał, Kacprowicza zmuszono do złożenia rezygnacji. Być może – dywagują jeszcze inni – strategiczny inwestor Konina potrzebował pieniędzy na akcje Orlenu lub wręcz przeciwnie, zagrał na obniżenie akcji własnej firmy... Nie wyklucza się także motywacji ściśle politycznych.

Trudno się dziwić, że całej serii niezrozumiałych (i niekorzystnych dla huty) pociągnięć towarzyszą najróżniejsze spekulacje i domysły. W końcu drugi na tegorocznej liście najbogatszych ludzi w Polsce Karkosik, którego tygodnik „Wprost” wycenił na 5,3 mld złotych, pierwsze poważne pieniądze zarobił na akcjach Banku Śląskiego. Warto przypomnieć, że była to jedna z bardziej spekulacyjnych prywatyzacji, na którą wielu Polaków namówiono tylko po to, żeby niewielu wybranych mogło zarobić naprawdę duże pieniądze. Wywołane w ten sposób społeczne wzburzenie stało się pośrednią przyczyną ustąpienia Marka Borowskiego, ówczesnego wicepremiera i ministra finansów.

Walcownia stoi twardo

Wbrew mylącym opinię publiczną komunikatom, wydawanym przez nowe kierownictwo spółki, huta naprawdę strajkuje: elektroliza i odlewnia są tylko na tzw. podtrzymaniu produkcji, a walcownia stoi całkowicie.

– Nie ma żadnych ludzi z zewnątrz. Zresztą kto by miał obsługiwać nasze maszyny, może włókniarki – ironizuje młody pracownik walcowni, który mówi, że po pięciu latach pracy nadal się tego uczy. I dodaje: – Mój ojciec, choć pracuje na walcowni już ponad 30 lat, powie panu to samo.

Koledzy, także ci starsi, którzy pracują w konińskiej hucie od samego początku, potwierdzają tę opinię. Tak, ludzie z walcowni są zdeterminowani, gotowi wytrwać tyle, ile będzie trzeba. Motywacji im nie zabraknie, bo wiedzą, o co strajkują. Walczą – jak mówią Tygodnikowi Solidarność – o własną godność, o należne podwyżki, o wyrzuconych kolegów.

– Bo jak zabraknie w hucie związków, to wtedy już całkiem po nas. Niepokornych wybiorą po kolei, jak pisklęta z gniazda, a posłusznym nawet dorzucą pieniędzy. Ale z łaski, a my tak nie chcemy. Przecież dawali nam tu już po pięćset, żebyśmy tylko przerwali strajk, a my im na to, że chcemy tylko po trzysta, ale dla wszystkich – tłumaczy jeden z pracowników.

Przede mną poważne twarze kobiet, które po trzydziestu latach pracy na walcowni zarabiają do 3 tys. zł brutto. Pracownicy z kilkunastoletnim stażem, wyciągają 1600-1700 zł, natomiast ci najmłodsi, związani z hutą od kilku lat, choć często po studiach, mogą liczyć na 1200-1300 złotych.

– I tak jest od niedawna, bo jeszcze parę lat temu młodym oferowano nie więcej niż 800-900 złotych. Dopiero otwarcie granic i masowe wyjazdy ludzi do Irlandii zmusiły firmę do podwyżki stawek – wyjaśnia trzydziestolatek z walcowni, który z wykształcenia jest informatykiem.

– Pan Popławski się przeliczy, my wytrwamy – mówi jedna z kobiet, z takim przekonaniem w głosie, że trudno jej nie uwierzyć.

„Tygodnik Solidarność” nr 35, z 31 sierpnia 2007