strona główna arrow na gorąco arrow Boni w rządzie, Sakiewicz w kozie?

4 listopada 2007

Boni w rządzie, Sakiewicz w kozie?

Sprawa Michała Boniego, sama w sobie oczywista i trywialna aż do bólu, skłania jednak do refleksji nad okolicznościami, które jej towarzyszą.

Melodramatyczna konferencja prasowa Boniego, który aspiruje do udziału w kolejnym rządzie, nie wzbudziła zachwytu. Każdy średnio zainteresowany historią współczesną swego kraju zna już tzw. listę Macierewicza, a ci bardziej dociekliwi przeczytali studium przypadku w książce „Agenci są wśród nas”, pióra Michała Grockiego (pseudonim). To dobrze, że Boni przestał wreszcie przeczyć udokumentowanym faktom, ale to jeszcze nie rewelacja. O tej można by mówić dopiero, gdyby sam zainteresowany oraz jego obrońcy sprzed lat przeprosili ministra Antoniego Macierewicza za miotane wówczas pod jego adresem obelgi. I gdyby wreszcie przestali mówić o nim per „Maciarewicz”.

Trudno też zapomnieć, że młody konspirator sam sprokurował sytuację, w której stał się dla peerelowskich służb wymarzonym wręcz obiektem presji i szantażu. Aura męczennictwa, jaką próbuje dziś roztoczyć wokół siebie Boni, nie ma więc żadnego oparcia w faktach. Z tych wyłania się bowiem obraz faceta dość nieodpowiedzialnego, który – łamiąc normy rodzinnego współżycia oraz elementarne reguły konspiracji – naraził na szwank osoby ze swego najbliższego otoczenia. Dziś nie waha się jednak sugerować, że to on najbardziej ucierpiał.

Media, nawet te chętnie żerujące na skandalu, w przypadku Boniego dziwnie stronią od szczegółów, które dość łatwo można zrekonstruować. Autorzy depesz zamieszczanych w portalu Onet.pl wypracowali np. neutralną aksjologicznie formułę „w mieszkaniu przyszłej żony”, a całkiem formalne „zobowiązanie do współpracy z SB” opatrzyli mylącym dla przedstawicieli młodszego pokolenia mianem „lojalka”. Szkoda, że na przejawy wielkoduszności działających w Polsce mediów mogą liczyć tylko wytrawni funkcjonariusze służb specjalnych PRL oraz złamani przez nich spiskowcy. Natomiast konspiratorzy, którzy pozostali nieugięcie antykomunistyczni – casus Kornela Morawieckiego i Solidarności Walczącej – nie powinni już oczekiwać takich względów. Podobnie jak „nie ma przebacz” dla kogoś, kto na prywatnej działce zabawiał się np. paleniem pochodni o niewłaściwym kształcie.

W polityczno-medialnej grupie wspierającej kandydata na ministra znalazł się także historyk Andrzej Friszke, były członek Kolegium IPN. Prof. Friszke, broniąc Boniego, który w stanie wojennym był jednym z liderów stołecznej grupy Wola, przytoczył na antenie telewizji publicznej kilka zastanawiających argumentów. Nie ma żadnych dowodów – mówił znany badacz dziejów solidarnościowego podziemia – że TW Znak komukolwiek swymi informacjami zaszkodził, natomiast wiemy, że dziarsko pisywał do podziemnej prasy pod pseudonimem „Litwin”, którego esbecja nigdy nie zdołała rozszyfrować. Co ważne, konspirujący z Bonim koledzy do końca obdarzali go swym zaufaniem.

Prof. Friszke nie miał oczywiście takich intencji, ale mimochcąc skierował uwagę obserwatora na analogie między przypadkami Michała Boniego oraz Małgorzaty Niezabitowskiej. 1) Szantaż na tle obyczajowo-rodzinnym, który ułatwił złamanie oporu werbowanych. 2) Zatajenie tego faktu przed innymi członkami własnych środowisk. 3) Ponadprzeciętna aktywność konspiracyjna obojga po wpadce. 4) Znaczące kariery osobiste w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, czy szerzej – w tzw. rządach solidarnościowych (casus Boniego).

Oba te przypadki rzucają światło na okoliczności, w jakich przyszło działać gabinetowi Mazowieckiego, zwanemu pierwszym niekomunistycznym rządem po 1989 roku. Nasuwają się również pytania o efektywność polityczną ekipy, bez udziału osób podatnych na presję poszczególnych funkcjonariuszy byłych służb specjalnych lub nawet całych ich struktur (WSW/WSI), którym to służbom w najważniejszym dla Polski okresie przemian własnościowych, politycznych i gospodarczych udało się praktycznie zerwać ze smyczy.

Michał Boni dowiódł, że jest gotów zrobić bardzo różne rzeczy w trosce o własny, niekoniecznie dobrze pojęty interes. Zaryzykował. Podpisał. Zmilczał. Wypierał się, dopóki było można. Przyznał się w obliczu procedury lustracyjnej. Czy to naprawdę dobra rekomendacja dla ministra? Jeśli Donald Tusk weźmie jednak Boniego, to ryzykuje, że ci wszyscy, którzy głosowali na PO, dlatego że w rządzie Jarosława Kaczyńskiego raziła ich obecność wicepremier Gilowskiej lub ministra Jasińskiego, stracą również zaufanie do prolustracyjnych deklaracji Platformy Obywatelskiej.