strona główna arrow varia arrow Mroczny blask orderów

Działo się to w środę, 8 maja 1765 roku. O jedenastej rano ruszył król Stanisław August Poniatowski z liczną asystą z Zamku do kościoła św. Krzyża przy Krakowskim Przedmieściu. Niespełna pół roku wcześniej odbył tu nakazane zwyczajem modły ekspiacyjne w przeddzień koronacji. Teraz okazja do świętowania była potrójna: wspomnienie św. Stanisława, biskupa i patrona Polski, imieniny monarchy oraz uroczystość nadania odznaczeń ustanowionego w przeddzień Orderu Św. Stanisława. Według Wiadomości Warszawskich, datowanych na 11 maja, po kazaniu, wygłoszonym przez księdza Piotra Hiacynta Śliwickiego CM, sekretarz i jałmużnik orderu, czyli brat króla Michał Jerzy Poniatowski odczytał statuty, a król jegomość własnoręcznie wręczał insygnia orderowe i dobytą szpadą pasował pierwszych jego kawalerów...

Samozwańczy prezydent. Fałszywy książę. Zachłanny filantrop...

Mroczny blask orderów

Falerystyka to dziedzina wiedzy o orderach, odznaczeniach sensu stricto i odznakach, które w dawnej Polsce określano zwykle mianem znaków zaszczytnych, choć niekiedy mówiono też o „dekoracjach”. Dziś znawstwo w tej dziedzinie ogranicza się do wąskiego grona fachowców, przeważnie kolekcjonerów i muzealników. Z powszechnej świadomości zanikło podstawowe rozróżnienie między instytucją orderu a zdobnymi znakami orderowymi, które są tylko jej zewnętrznym przejawem. Współcześnie utożsamia się też uroczystość dekoracji z aktem odznaczenia, a to przecież dwie różne sprawy. Zarówno w czasach pierwszej, jak i drugiej Rzeczypospolitej odznaczony musiał opłacić koszt wykonania stosownych, nieraz kosztownych „dekoracji”. W II RP bywało nieraz, że ten i ów – z przyczyn prozaicznych – musiał się zadowolić przyznanym zaszczytem jedynie w wymiarze symbolicznym. Odznaki orderowe nie podlegały dziedziczeniu. Statuty orderu stawiały zwykle warunek ich zwrotu po śmierci kawalera.

Komuniści, którzy z jednej strony niszczyli szacowne tradycje, z drugiej – w kuriozalny sposób je hołubili. Dość powiedzieć, że w PRL przyznano ponad 8,5 miliona rozmaitych wyróżnień.

Szczypta teorii...

„Ordery, najwyższa forma odznaczeń, to dziś w większości państw świata jednocześnie najwyższa forma uznania dla obywateli kraju i państw zaprzyjaźnionych. Zewnętrznymi symbolami orderów są odznaki orderowe, najczęściej w kształcie krzyża. Ich różne odmiany wywodzą się od znaków przyjętych w wielkich zakonach rycerskich epoki wypraw krzyżowych – Templariuszy, Joannitów i Zakonu Niemieckiego Najświętszej Marii Panny, czyli Krzyżaków. Łacińska nazwa zakonu, ordo, stała się źródłosłowem nazwy „order”, przyjętej w wielu językach, także polskim. Ordo to reguła, prawo – czyli zakon. W dawnej polszczyźnie wyrazem bliskoznacznym z orderem był termin „kawaleria”, w którym zachowano rycerski rodowód tych organizacji” – pisał Tadeusz Jeziorowski, jeden z lepszych znawców zagadnienia, w informatorze do wystawy „Pokój Orderowy. Ordery królów i prezydentów Polski”.

Statuty, czyli spisane reguły stowarzyszeń orderowych przewidywały dość rygorystyczne „limitowanie liczby kawalerów”. Do Orderu Św. Stanisława, pierwszego polskiego odznaczenia, z oficjalnie ustanowionym statutem, można było przyjąć stu kawalerów, ale przepis trochę liberalizowano: król, cudzoziemcy oraz kawalerowie Orderu Orła Białego, którym OSS – jako niższy w hierarchii – przysługiwał właściwie automatycznie, znajdowali się poza limitem.

Stanisław August miał raczej lekką rękę do odznaczeń, nie zawsze też dość starannie dobierał kawalerów orderu. Bywało, że wykupywał w ten sposób długi karciane swego ulubionego bratanka ks. Józefa Poniatowskiego. Jak głosi anegdota, do jednego z dekorowanych miał nawet powiedzieć: „Zrób to Waszmość dla mnie, że gdyby cię wieszano, zdejmij uprzednio ten order”, co mogłoby nawet świadczyć o pewnym królewskim samokrytycyzmie. W ciągu trzydziestu lat jego panowania w poczet kawalerów Orderu Św. Stanisława zaliczono przeszło 1700 osób.

... i garść historii

Polska szlachta do końca XVII wieku stulecia była przeciwna tym różnym cudzoziemskiego pomysłu „błyskotkom”, w których upatrywała zamachu na żywotnie ważną dla swego stanu zasadę równości. Zbigniew Puchalski, autor „Dziejów polskich znaków zaszczytnych” (Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 2000) określa taką postawę mianem orderofobii i dowodzi, że wydarzenia następnego stulecia nie tylko zadały śmiertelny cios „rzeczypospolitej bezorderowej”, ale i uruchomiły wśród Polaków ciągoty do zaszczytów i wyróżnień, które bez przesady można nazwać orderomanią.

Wśród motywów, jakie skłoniły ostatniego polskiego króla do ustanowienia Orderu Św. Stanisława wymienia się i te polityczne, i bardziej osobiste. Wspomniany już Puchalski zauważa, że „król musiał zabiegać o stronników, potrafiących skutecznie poprzeć ambitne zamiary reform państwowych. Nowy, związany ściśle z osobą monarchy order mógł mu nie tylko zjednać nowych zwolenników, ale też zneutralizować przeciwników, z których niejeden był (odziedziczonym po Sasach – wż) kawalerem Orderu Orła Białego. Do okoliczności o czysto politycznym charakterze dołączyła, być może, królewska próżność (...) Nie bez znaczenia pozostawało również to, że król był imiennikiem świętego”. Wybór na patrona orderu biskupa-męczennika mógł być pomyślany jako swoista deklaracji intencji monarchy wobec szlachty obawiającej się groźby absolutyzmu.

Składający się z dwunastu artykułów statut Orderu Św. Stanisława precyzował między innymi „wygląd i rodzaj insygniów, kryteria nadawcze, obowiązki kawalerów, zakres czynności sprawowanych przez jałmużnika oraz sposób przeprowadzania uroczystości orderowych”. Wtedy, w maju 1765, jak i w późniejszych latach ceremonia inicjacji kawalerów orderu wyglądała tak: wywołani kandydaci składali przysięgę, a potem król dokonywał aktu dekoracji i pasowania. Rytuał kończyła wymiana pocałunków: Wielki Mistrz całował klęczącego adepta w policzek, a ten rewanżował się ucałowaniem królewskiej dłoni. Nb. przynależność do orderu pociągała za sobą niemałe obowiązki. Oprócz ślubowanej królowi „dozgonnej wierności”, nowo przyjęci zobowiązywali się dbać o ubogich, płacić roczne składki na utrzymanie szpitala Dzieciątka Jezus oraz kancelarii Orderu, wreszcie zamawiać msze gregoriańskie za każdego zmarłego kawalera.

Dzieje OSS są niezmiernie pouczające. Król mianował kawalerów tego orderu aż do swej śmierci w roku 1798. Byli wśród nich tacy ludzie jak marszałek Sejmu Czteroletniego Stanisław Małachowski, poseł na ten Sejm i bohaterski prezydent Warszawy Ignacy Wyssogota Zakrzewski czy autor pieśni „Jeszcze Polska nie umarła” Józef Wybicki, ale także np. Płaton Zubow, ostatni kochanek i zausznik starzejącej się carycy Katarzyny. Potem odznaczenie to funkcjonowało zarówno w Księstwie Warszawskim (1807-1813), jak i w Królestwie Polskim (1815-1830). Po upadku Powstania Listopadowego OSS, podobnie jak Ordery Orła Białego i Virtuti Militari, został włączony do systemu orderowego carskiej Rosji. Przetrwał (jako odznaczenie) do upadku imperium, otrzymało go wielu żołnierzy podczas I wojny światowej, w tym także Polacy, późniejsi uczestnicy wojny z bolszewikami.

Można się dziś spotkać z opinią, że zawłaszczenie OSS przez carską Rosję, a także degradacja jego wartości odznaczeniowej zniechęciły władze II RP do restytucji tego orderu. Ale Tadeusz Jeziorowski jest innego zdania. – W 1921 zasady Orderu Św. Stanisława i jego wstęga zostały związane z Orderem Odrodzenia Polski, który dość często, za sprawą łacińskiej dewizy, określa się mianem Polonia Restituta – wyjaśnia. I zaraz dodaje: – Gdyby na serio traktować argumenty o „zawłaszczeniu przez Rosję”, to wtedy nie wypadałoby też wracać do Virtuti Militari czy Orła Białego.

Hrabia Juliusz Nowina-Rozbijacki

Najnowsze dzieje Orderu Św. Stanisława rozpoczynają w Londynie, gdzie ukazał się dekret datowany na 9 czerwca 1979 (choć jego nowela, statuty orderu oraz cennik zostały opublikowane dopiero w listopadzie 1984), w którym można było przeczytać, że „prezydent RP na Uchodźstwie, wraz z delegatami rządu RP rezydującymi zarówno w Kraju, jak i we wszystkich wielkich środowiskach Emigracji Polskiej na świecie, (...) reaktywuje jego (tj. OSS – wż) nadawanie i związaną z tym aktywność społeczną”. Pięknie? No, nie całkiem. Przede wszystkim, królewskie prerogatywy w tym zakresie w czasach II Rzeczypospolitej przejął Sejm, a nie prezydent. Po drugie, także zagraniczni znawcy problematyki przychylają się do poglądu, że OOP z 1921 i jego powojenne nadania – oczywiście, londyńskie, a nie peerelowskie – stanowią kontynuację OSS z czasów króla Stanisława Augusta. Po trzecie wreszcie, dekretu z czerwca ’79 nie podpisał wcale prezydent Stanisław Ostrowski, lecz „prezydent” Juliusz Nowina-Sokolnicki, co zasadniczo zmienia postać rzeczy.

O Sokolnickim zaczęło być głośno, gdy tuż po śmierci prezydenta RP Augusta Zaleskiego, który – nie respektując tzw. umowy paryskiej – trwał na urzędzie nieomal ćwierć wieku, zgłosił aspiracje do prezydentury. I ostatecznie prezydentem się ogłosił. Tzw. raport Wendorffa, szefa kancelarii cywilnej Zaleskiego, nie pozostawia złudzeń: choć opatrzona prawdziwą pieczęcią nominacja, jaką miał Sokolnickiemu wystawić poprzedni prezydent, została po prostu sfałszowana. Wendorff nie tylko objaśnia, jak mogło do tego dojść, ale dowodzi, że gdyby nawet wahający się co do osoby swego następcy Zaleski 22 września 1971 mianował nim Sokolnickiego, to i tak musiałby zmienić swą decyzję. Nie sposób przecież upierać się przy kandydaturze osoby, którą wkrótce (25 listopada ’71) w trybie natychmiastowym trzeba było zwolnić z ministerialnej funkcji, za oceniane jako skandaliczne kontakty z przedstawicielami niemieckich ziomkostw z terenów USA. Trudno bowiem uznać za „dobrego kandydata” na głowę państwa kogoś, kto głosi koncepcję odzyskania niepodległości Polski przy pomocy Wehrmachtu.

Dymisje i dziwne kontakty to niejako specjalność Nowiny-Sokolnickiego. Już w 1956 podobno na życzenie Scotland Yardu kilka razy spotykał się z komunistycznym agentem Świerczyńskim, który miał mu proponować karierę i życie w luksusie, za rozbijacką działalność w środowisku politycznym polskiego Londynu. Po ujawnieniu tego faktu wybuchł skandal. W lutym 1957 sąd honorowy orzekł, że takie zachowanie (czytaj: kontakty z obcą agenturą) nie przystoi członkowi Rady RP, uznał Sokolnickiego winnym i udzielił „nagany połączonej z zakazem uczestniczenia w pracach Rady” aż do końca jej kadencji.

Właściwie nie wiadomo, kim jest Sokolnicki. Jego biogramy urzędowe są bardzo lapidarne. „Urodzony 16 grudnia 1920 w Pińsku”. Wykształcenie raczej nieformalne, choć w jednym z życiorysów (1972) pisze, że „po ukończeniu szkół średnich brał udział w kampanii 1939 roku i następnie w konspiracji”. We wrześniu miał podobno służyć w „84 p.s.p.”, a działalność konspiracyjną prowadzić na terenach małopolskich powiatów Leżajsk i Kraśnik. Nie wiemy też, kiedy znalazł się na zachodzie. Sam zainteresowany podaje sprzeczne wersje. Według jednej, opuścił kraj w styczniu 1945 i dotarł do polskich wojsk stacjonujących we Włoszech. Według innej, uciekł z Polski dopiero rok później, dzięki pomocy kpt. Stefana Rybickiego.

Z czasem suchy życiorys nabiera cech heroicznej legendy. „Hrabia” Sokolnicki wywodzi swój ród od połączonych gałęzi (Śląskiej i Mazowieckiej) „królewskiego rodu polskich Piastów”. Zaczyna od Ziemowita I, którego mieni królem Polski. Zalicza do swych przodków niemałą część Matejkowskiego pocztu, wskazuje na koligacje z Babenbergami, Przemyślidami, Rurykowiczami, Hohenzollernami, że już o Odrowążach, Lubomirskich, Potockich czy wreszcie Florkiewiczach nie wspomnę. A w brytyjskim magazynie Mayfair, który ćwierć wieku temu zamieścił serię rozbieranych zdjęć jego dwudziestoletniej wtedy córki Franceski, znalazła się informacja, że „hrabia Juliusz Sokollniki, prezydent RP na Uchodźstwie” nie tylko ma latyfundia na zachodzie Polski, ale do swych antenatów zalicza również Wilhelma Zdobywcę!

Stale w ruchu, zmieniający adresy, z trudną do określenia liczbą żon Nowina-Sokolnicki to operetkowa, ale i groźna postać, która wpisała się w historię Rzeczypospolitej. Jako samozwańczy prezydent, między 1972 a 1990 zdołał powołać kilkanaście „rządów”. Ich liczebność i trwałość podlegały znacznym fluktuacjom. W skład gabinetu powołanego w marcu 1981 weszło np. 13 osób z Anglii, 5 – z USA oraz po jednej z Francji, Brazylii i Kanady, w sumie – w tym 21-osobowym gronie znalazło się „miejsce” dla trzech kobiet oraz dwóch Anglików. Zdaniem Wendorffa, egzotyczne składy rządów, z ministrami zamieszkałymi w różnych krajach osiedlenia, z jednej strony – pozwalały Sokolnickiemu na działania samodzielne, z drugiej – pomagały mu budować mit funkcjonowania w oparciu o całą światową Polonię.

Rozdawanie nominacji i awansów, przyznawanie orderów i odznaczeń stało się ulubionym zajęciem hrabiego-prezydenta. Zważywszy na opłaty, jakie należało wnieść, aby dostąpić zaszczytów lub dostać odznaczenie bojowe, był to raczej handel niż rozdawnictwo. Już w kwietniu 1977 niebezpieczeństwo dla jednolitej postawy niepodległościowej dostrzegli w tym generałowie dywizji Maczek, Szyszko-Bohusz i Duch. W rok później „Rezolucję”, w której działalność Sokolnickiego uznano za „szkodliwą i destrukcyjną”, oprócz Szyszko-Bohusza i Ducha, podpisało jeszcze sześciu generałów brygady i dwudziestu prezesów organizacji skupiających b. żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Obczyźnie. „Juliusz Sokolnicki swoim postępowaniem zdeptał i zhańbił nasze najwyższe odznaczenia, sprzedając je nie tylko Polakom, ale i Amerykanom, Kanadyjczykom, Anglikom i Francuzom, głównie w celu zbezczeszczenia tychże i dla celów pieniężnych” – pisali z kolei w maju 1991 zamieszkali w Toronto kawalerowie Orderu Virtuti Militari.

W styczniu 1987 prawowity Rząd RP na Uchodźstwie ostrzegał przed prowokacyjnym charakter niektórych jego działań, piętnując zwłaszcza pomysł ustanowienia na terenie kraju „Nadzwyczajnego Trybunału Karnego”, z prawem zaocznego sądzenia i skazywania komunistów, aż do kary śmierci włącznie. Niestety, sygnały najwidoczniej nie dotarły lub je zbagatelizowano. Symbolem nieostrożności pozostanie nie tylko Lech Wałęsa, który przyjął od Sokolnickiego OOB, lecz także gen. Tadeusz Wilecki, któremu dopiero polski konsulat w Londynie zasygnalizował niestosowność kontaktów z JNS. Do rzadkości należała postawa, jaką przybrał Cezary Chlebowski, który otrzymane akty nadania Krzyża Komandorskiego z Gwiazdą OOP oraz Złotego Krzyża Zasługi zaraz odwrotną pocztą zwrócił do nadawcy.

Jan Alfred Łokcikowski – „generał brygady”. Konstanty Z. Hanff – „baron kurlandzki”, o niejasnej przeszłości wojennej. Stanisław Iwańczak, wcześniej z Australii, w latach 90. przez 7 lat pracownik Urzędu ds. Kombatantów. Zbigniew Kazimierz Dworak – ortopeda, z Poznania i Kalifornii, przed wyjazdem do USA aktywny działacz ZSP. „Książę” Stanisław Pagacz z Krakowa. „Hrabia” Tadeusz Stocki z Poznania. Orland Machnikowski z Warszawy. Zdzisław Czajkowski z Bielska-Białej. A to tylko niektórzy ze sporej armii ludzi eksprezydenta. Bez nich z pewnością tyle by nie zwojował. Dziś jednak ich drogi przeważnie się rozeszły. Wprawdzie nadal wszyscy mienią się rycerzami biskupa-męczennika, czasem tylko biorąc „na dokładkę” to św. Dominika, to znowu św. Łazarza, ale orderów, wielkich mistrzów i kapituł bardzo się namnożyło. Najczęściej przez pączkowanie. Może dlatego nie słychać w ich głosach entuzjazmu, gdy mówią o swoich niedawnych komilitonach.

Tadeusz Stocki – monarchista, kiedyś związany z konkurencją, dziś znów u Sokolnickiego – jest dość tajemniczy. Kryteria przystąpienia do orderu formułuje bardzo ogólnie, po szczegóły odsyłając do Internetu, ale adresu strony www przez telefon podać nie zamierza. Stanisław Iwańczak z kolei nie ma nic pochlebnego do powiedzenia ani o Stockim, ani o Zdzisławie Czajkowskim. Za to o Sokolnickim mówi wprost, że to międzynarodowy hochsztapler. Sprzedaje odznaczenia za duże pieniądze, bywa że nawet za 5 do 10 tys. USD. Brzmi to całkiem wiarygodnie, bo przecież według oficjalnego cennika – ogłoszonego w listopadzie 1984 przez Wielkiego Mistrza Kapituły Suwerennego Orderu Św. Stanisława, czyli właśnie Sokolnickiego – wpisowe dla kawalerów Wielkiej Wstęgi z Gwiazdą już wtedy wynosiło 1000 GBP. Płk. Iwańczak twierdzi, że poznał się na „Julku”, jak nazywa Sokolnickiego, już w 1972, gdy ten nie chciał poddać swojej rzekomej nominacji na następcę prezydenta żadnej wiarygodnej ekspertyzie. Ale na pytanie, dlaczego wobec tego razem z bratem – jak pisze Wendorff – finansowali przez lata samozwańca, dlaczego obaj z bratem pełnili ministerialne funkcje w kolejnych powoływanych przez niego gabinetach (jeszcze w składzie rządu z 1990 St. Iwańczak figuruje jako minister sprawiedliwości) odpowiada nieco infantylnie, że „Sokolnicki wpisywał go do składu rządu bez porozumienia”.

Order świeżo klonowany

Zdzisław Czajkowski, w drugiej połowie lat 90. jeździł parę razy do Londynu, działał na rzecz Sokolnickiego, ale potem – gdy tamten domagał się coraz więcej pieniędzy, a zamiast obiecanej powodzianom pomocy nadeszła jakaś żenująca starzyzna – założył odrębne stowarzyszenie Rycerze Świętego Stanisława i sam został Wielkim Mistrzem. Samodzielność nie przyszła łatwo. Stanisław Pagacz z Krakowa, który ponoć próbował już wszędzie, nawet u księcia-regenta Wierzchowskiego, „obsmarował” ich na łamach prasy. Był nawet proces i sąd uznał to za zniesławienie. Czajkowskiemu, który statut swoich rycerzy zarejestrował w wielu krajach świata, nie podoba się swoiście stosowana przez JNS zasada inkulturacji. I tak insygnia OSS na Ukrainę ozdobione są tryzubem, podczas gdy na terenach położonych bliżej Moskwy na pieczęciach pojawia się carski orzeł dwugłowy!

Sukcesem organizacyjnym Wielkiego Przeora na Polskę Bractwa Kawalerów OSS Stanisława Pagacza trzeba nazwać triumfalny, odnotowany przez lokalne media, pobyt Sokolnickiego w Krakowie i okolicach w maju 1999. Podczas dwudniowego zjazdu, oprócz „inwestytury”, czyli ceremonii przyjęcia nowych członków, istotnym punktem programu były uroczystości w sanktuarium św. Stanisława w Szczepanowie, rodzinnej miejscowości biskupa-męczennika, a także wykład prof. dr hab. Jacka M. Majchrowskiego z UJ, byłego wojewody krakowskiego, który – podejmując kwestię sukcesji prezydenckiej na obczyźnie – zaczął od słów: „Czuję się nieco skrępowany, mówiąc o rzeczach, które znam z literatury i ze źródeł, natomiast pan prezydent w większości z autopsji”.

Sąd Wojewódzki w Warszawie 27 stycznia 1997 zarejestrował Stowarzyszenie Kawalerów Orderu Św. Stanisława z siedzibą w Łazienkach Królewskich, konkurencyjne wobec poczynań Sokolnickiego. Na „nowego” Wielkiego Mistrza tej kapituły OSS został wybrany książę Zbigniew Kazimierz. Objęcie funkcji miało bardzo ceremonialny charakter i odbyło w miejscu śmierci Świętego Stanisława BM w Krakowie na Skałce. Wielki Mistrz złożył przysięgę na relikwie świętego, Wielki Kanclerz Kapituły OSS otrzymał przy okazji Wielki Łańcuch Suwerennego, Rycerskiego i Religijnego Orderu Korony Cierniowej, a potem dokonano inwestytury nowych kawalerów i dam. Oprócz rodzonego brata Wielkiego Mistrza znalazło się tam kilka naprawdę znanych osób, w tym m. in. dyrektorzy Łazienek czy Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Potem odbył się bankiet na Wawelu, książę Zbigniew Kazimierz udzielił wywiadów dla Źródła i Gościa Niedzielnego, którym w swym angielskojęzycznym biuletynie (OSS Newsletter nr 1/1997) przypisał, bagatela, po milionie egzemplarzy nakładu tygodniowo.

Aktualnie prestiż kupię

Następnego dnia szanownych gości przyjął bp Kazimierz Nycz, a także prezydent miasta Józef Lassota, co wspomniany biuletyn skwapliwie odnotowuje. Właściwie pozostaje już tylko dodać, że książę Biziel Dworowiecki w istocie nazywa się Zbigniew Dworak i jest tym samym ortopedą z Kalifornii, który pod koniec lat 80. został „wicepremierem” u Sokolnickiego. Natomiast kanclerzem jego kapituły jest właśnie płk Iwańczak, który ceni Jolantę Kwaśniewską i Jurka Owsiaka, ale ma poważne zastrzeżenia wobec męża pani prezydentowej oraz... Janiny Ochojskiej. Wygląda na to, że Iwańczaka irytuje w Ochojskiej to, za co ceni ją Tadeusz Jeziorowski. Okazuje się, że szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej była jedyną osobą, która zwróciła się do niego z pytaniem, czy wypada przyjąć godność damy Orderu Św. Dominika, którą zaoferował jej książę kijowski i hr. Monte Cassino, czyli inaczej Zbigniew Dworak. – Dlaczego tyle skądinąd rozsądnych i znanych osób ze świata kultury, nauki czy polityki nie zdobyło się na elementarną przezorność, która zaleca namysł przed działaniem? – dziwi się kurator Jeziorowski.

Gdy ludzie nie dostrzegają oczywistego faktu, że prawo Kopernika-Greshama działa także w sferze zaszczytów, to klonowanie orderów staje się sposobem zarabiania na utrzymanie. Motywy Sokolnickiego, który lubi wesołe życie – co potwierdzają wszyscy, którzy się z nim zetknęli – można łatwo zrozumieć. Ale skąd owczy pęd u tych, którzy nie bacząc na zdrowy rozsądek i poczucie przyzwoitości, wyciągają rękę po lipne ordery, fałszywe tytuły, pozorne wyróżnienia? Czy są aż tak niedopieszczeni?

To dobrze, że odradzają się ciągoty korporacyjne, nawet jeśli tkwi w tym element snobizmu, taki apetyt na elitarność. Nie zdołamy jednak nawiązać do szczytnych tradycji, jeśli w punkcie wyjścia zabraknie fundamentu prawdy oraz czynnika prawowitości.

Samozwańczy prezydent. Fałszywy książę. Zachłanny filantrop. Wszyscy oni w kościele, przed ołtarzem... Co się stało z naszym poczuciem niestosowności? Czy dreszcz emocji, jaki zacni kawalerowie i damy orderu odczuwają podczas tej imitacji rytuału, naprawdę odbiera im zdolność rozumowania?

„Tygodnik Solidarność” nr 2, z stycznia 2002