strona główna arrow kultura arrow Malowniczy, antyestabliszmentowy

Kompozytor i pisarz. Przekorny, dowcipny, wnikliwy autor ponad dwóch tysięcy felietonów komentujących rzeczywistość polityczną. Nie chce się wierzyć, że od śmierci Stefana Kisielewskiego minęło już piętnaście lat.

Malowniczy, antyestabliszmentowy

Nie ustawał w walce o suwerenność duchową, intelektualną, twórczą, ale także o prawo do zmiany poglądów, błędów, niekonsekwencji. Korzystał z tego prawa w sposób nietypowy: twierdził nieraz, że poglądy ma wyłącznie gospodarcze i trwał przy swej fascynacji liberalizmem, rozumianym jako prawo do swobody gospodarowania. Był współzałożycielem Partii Wariatów Liberałów, honorowym członkiem Unii Polityki Realnej, ale także przez osiem lat katolickim posłem na Sejm w czasach PRL. Namiętny rowerzysta, pasjonat sportu. Znał m. in. Janusza Kusocińskiego. Niezmiennie, również podczas lat spędzonych w Krakowie, kibicował warszawskiej Legii. Opozycyjny z ducha, dystansował się też wobec redakcji „Tygodnika Powszechnego”, do którego przez całe dekady pisywał jako Kisiel, a gdy objęto go zakazem druku – pod pseudonimem Julia Hołyńska.

Od Legionu... do Buntu Młodych

Atmosfera domu rodzinnego, jaki urodzonemu w 1911 roku Stefanowi stworzyli niezamożni, nieco rozwichrzeni artystycznie i „socjalizujący” rodzice Zygmunt i Salomea, pozwala wytłumaczyć zarówno późniejsze muzyczne pasje, jak i rozmaitość zainteresowań, ciekawość świata oraz zgoła niesocjalistyczne otwarcie na ludzi najróżniejszych poglądów. A zwłaszcza awersję do wszelkiego dyktatu intelektualnego.

Zygmunt Kisielewski, ojciec Stefana i młodszy brat znanego dramaturga Jana Augusta („W sieci”, „Karykatury”), podczas nauki w rzeszowskim gimnazjum wydawał wspólnie z kolegą Sobelsonem, później znanym szerzej jako Karol Radek, socjalistyczną gazetkę „Promień”. Łatwo sobie wyobrazić, że dorosły już Zygmunt, legionista, peowiak i piłsudczyk o radykalno-lewicowych poglądach, nie był zachwycony, gdy jego dorastający syn zaczął znosić do domu pisma Romana Dmowskiego, Zygmunta Balickiego czy Jana Ludwika Popławskiego.

Ale też przestaje dziwić towarzyska komitywa i pewna łatwość w prowadzeniu ideowych sporów z Adamem Polewką u kogoś, kto w młodości zetknął się, choć na krótko, z lewicującym środowiskiem Legionu Młodych, sanacyjnej młodzieżówki, z której wywodzili się m. in. Stefan Jędrychowski, Stefan Żółkiewski czy Wincenty Rzymowski, a później związał się z „Buntem Młodych”, pismem redagowanym przez Jerzego Giedroycia, dzięki któremu poznał braci Bocheńskich, Stanisława Stommę, Konstantego Łubieńskiego, Kazimierza Studentowicza czy Ksawerego Pruszyńskiego.

Cokół z felietonów

Wydana przez Iskry minisaga „Kisielewscy: Jan August, Zygmunt, Stefan, Wacek” , autorstwa związanego z „Odrą” i „Polityką” Mariusza Urbanka, który już wcześniej napisał monografię poświęconą „Kisielowi”, przybliża postaci czterech, zasłużonych dla polskiej kultury członków tego rodu. Współtwórca legendarnego, galicyjskiego „Zielonego Balonika” (Jan August). Radiowiec i wiceprezes przedwojennego Związku Zawodowego Literatów Polskich (Zygmunt). Kompozytor, prozaik, felietonista i facecjonista (Stefan). Pianista-wirtuoz w podróży (Wacek). W losach rodziny Kisielewskich tragizm splata się z dniem powszednim, fantazja z pracowitością, patriotyzm z uniwersalizmem, poczucie misji z poczuciem humoru.

Jerzy Kisielewski, najmłodszy z trójki dzieci Kisiela, dziennikarz radiowy i telewizyjny, nie ma wątpliwości, że pewien autorytet polityczny, jaki mimo ostrej cenzury i okresowego zakazu jakichkolwiek publikacji potrafił sobie wyrobić w PRL jego ojciec, wspiera się na dwóch filarach: celnym komentowaniu przez blisko półwiecze bieżącej sytuacji politycznej na łamach „Tygodnika Powszechnego” i wciąż ponawianych spotkań z czytelnikami, a zwłaszcza dyskusji z młodzieżą.

– Ojciec był niesłychanie ruchliwy, wciąż poznaję jakieś nowe epizody z jego życia. Podchodzi np. ktoś i opowiada, jak to przed laty dyskutował z moim ojcem w Lesznie. Ktoś inny wspomina, że gościł go u siebie po odczycie – opowiada Jerzy Kisielewski. Według niego, nawet nie wszystkie anegdoty, w które obrosła charakterystyczna sylwetka Kisiela, dotyczą naprawdę jego ojca. Ale to już, sympatyczna zresztą, cena uznania i popularności.

Czynszówka czterdziestu wieszczów

Po wojnie, gdy dzięki komunikatowi radiowemu, Stefanowi udało się odnaleźć w Niemczech żonę z pierworodnym synem Wacławem, Kisielewscy zamieszkali w Krakowie, przy ulicy Krupniczej 22, w przejętej przez związek literatów czynszówce, zwanej wtedy Kamienicą Czterdziestu Wieszczów. Z tamtego czasu pochodzą wspomnienia o ostrych (często też ostro zakrapianych) sporach ideologicznych, jakie w lożach mieszczącej się na parterze stołówki toczyli ze sobą komunista Adam Polewka i Stefan Kisielewski, przekorny i odważny katolik-liberał. Wtedy zaczęła się trwająca do dziś przyjaźń między rodzinami Kisielewskich i Polewków, która również obrosła anegdotami.

Niektóre z nich to wręcz klasyka gatunku. Jak choćby ta: Kisielowi zdarzyło się kiedyś nazwać publicznie Stalina idiotą, ktoś doniósł, sprawą zajął się sąd koleżeński. Winowajca bronił się, cytując porzekadło o psie, któremu wolno na Pana Boga szczekać. Polewka, znany i wtedy jeszcze wpływowy działacz partyjny, natychmiast podchwycił zaskakującą linię obrony. „Kolega Kisielewski posunął się w swej samokrytyce dalej, niż moglibyśmy tego oczekiwać” – orzekł i skończyło się tylko na rocznym zakazie wstępu do stołówki. Jak na tamte czasy, było to niemal równoznaczne z uniewinnieniem.

Jan Polewka, syn Adama, znany scenograf teatralny, który nadal mieszka w niszczejącym domu przy Krupniczej, opowiada mi inną historię. Wracający późną nocą do domu Polewka dobija się do zamkniętej bramy oficyny. Mieszkający po sąsiedzku Kisiel wychyla się przez okno i pyta, kto tak hałasuje po nocy. „Swój” – mówi Polewka. Na co Kisiel reaguje z wyraźnym ożywieniem w głosie: „To już pana wypieprzyli z partii?”.

– Kisiel, zapalony rowerzysta, nieraz przez cały dzień chodził po mieście z zapinką na prawej nogawce spodni. To była niezwykle malownicza postać, dziś powiedzielibyśmy pewnie raczej, że medialna – wspomina scenograf Polewka, który jeszcze w latach szkolnych bywał z Wackiem w krakowskim jazz klubie, a do dziś przyjaźni się Krysią i Jerzykiem.

Kisiel przewraca się w grobie

Taką opinię wygłosił Janusz Korwin-Mikke przed rokiem, gdy jednym z trójki laureatów nagrody Kisiela, przyznawanej od 1990 pod auspicjami Tygodnika Wprost, został Tomasz Lis, człowiek bynajmniej nie rogaty, o poglądach – jak to ujął Korwin-Mikke – zupełnie niekisielewskich.

– Zgodnie z prawem O’Sullivana, wszystkie nie dość przemyślnie zabezpieczone instytucje czy przedsięwzięcia prawicowe, po pewnym czasie dostają się w ręce lewicy, tak stało się z fundacjami Forda czy Carneggie’ego, trudno się dziwić, że przydarzyło się to nagrodzie Kisiela – mówi lider Unii Polityki Realnej, kiedyś – wraz z Kisielem, członek Partii Wariatów Liberałów.

Rzeczywiście, mogłoby się wydawać, że bliski Stefanowi Kisielewskiemu nonkonformizm i skłonność do nieowijania prawdy w bawełnę, czyli antypody politycznej poprawności, która terroryzuje dziś debatę publiczną, znacznie bardziej charakteryzuje np. Stanisława Michalkiewicza, Bronisława Wildsteina, a nawet – abstrahując od treści poglądów – Piotra Ikonowicza.

Czy Kisiel, jako swego rodzaju ikona osobistej niezależności, odwagi i uporu intelektualnego, będzie z upływem lat – jak obawia się Korwin-Mikke – zawłaszczany przez lewicę? Niewątpliwie, charakterystyczna sylwetka Kisiela, żywość jego języka, jawnie antyestabliszmentowa postawa, której dowodzi choćby lektura „Dzienników”, podobnie jak rowerowe pasje czy rozliczne anegdoty – będą jeszcze długo atrakcją dla ludzi młodych, przechodzących nieuchronny okres buntu. To może rodzić na lewicy pokusy, aby użyć Kisielowego magnesu dla przeciągnięcia młodzieży do swego obozu, zwłaszcza wtedy, gdy motywy prowadzonych przez niego antysocjalistycznych krucjat i potyczek staną się już nieczytelne lub anachroniczne.

Może jednak rację ma Jan Polewka, który widzi w Kisielu wciąż atrakcyjny wzorzec intelektualnej niezależności w dążeniu do prawdy. Przede wszystkim, na własny rachunek.

„Tygodnik Solidarność”, nr 40, z 6 października 2006